czwartek, 19 marca 2015

Ferie zimowe

Tegoroczne ferie zimowe zapowiadały się wyjątkowo nudno. Rodzice pracowali od rana do zmierzchu, by opłacić moje wymarzone wakacje na Krecie,  a mnie planowali wysłać na całe dwa tygodnie do babci - mamy mojej mamy. Wprawdzie babcia Józefina to jedna z osób najbliższych memu sercu, jednak perspektywa spędzenia wyczekiwanego wypoczynku w towarzystwie starszej babuni, nie napawała mnie optymizmem. Jako nastoletni chłopak wolałbym spędzić wolny czas w bardziej rozrywkowym towarzystwie. Niestety, pomimo moich protestów, już pierwszego dnia upragnionego odpoczynku, zostałem dowieziony przez moich rodziców do miejsca mojego udręczenia. Babcia Józefina mieszkała w malowniczo położonej wiosce, niedaleko Sanoka, w Bieszczadach. Fakt, dla mnie - mieszczucha, górskie widoki zapierały dech w piersiach. Niestety, poza podziwianiem malowniczego krajobrazu, niewiele się tu działo. Kilka gospodarstw wiejskich, okoliczny sklepik, oddalony od miejsca zamieszkania mojej babci o dobre dwadzieścia pięć minut szybkiego marszu oraz boisko - o tej porze roku przykryte sporą warstwą białego puchu. Pierwsze trzy dni spędziłem na długich rozmowach z moja babunią Józefiną. Nie widzieliśmy się od wakacji, więc było o czym opowiadać. Nowa szkoła,nowi nauczyciele, nowi znajomi itd. Czasem mam wrażenie, że babcia pomimo swojego sędziwego wieku doskonale mnie rozumie. Szkoda, że mieszkamy tak daleko od siebie i tak rzadko się widujemy. Czwartego dnia pobytu wydarzyło się coś, co sprawiło że właśnie TE ferie zimowe okazały się zaczątkiem nowego etapu mojego życia. Wybrałyśmy się z moją babcią w odwiedziny do jej przyjaciółki Mani, mieszkającej cztery domy dalej. Pani Maria była 65-letnią wdową. Gdy weszłyśmy do środka moją uwagę przykuły wiszące w przedsionku specyficzne obrazki. Po dłuższych oględzinach okazało się, że to puzzle oprawione w ramki. Panią Marię zastaliśmy siedzącą przy dużym stole. Była odwrócona tyłem. Gdy podeszłem, aby się przywitać, znieruchomiałem. Wszystkiego bym się spodziewał: lepienia pierogów, dziergania na drutach albo rozwiązywania krzyżówek... ale PUZZLE! Rozłożyły mnie na łopatki! W mieszkaniu  miała setki różnych układanek. Niektóre z nich układała w kilku egzemplarzach (bo już nic nowego nie było w sklepie). Wystarczyły dwa tygodnie, by Pani Marianna, z malutkiej wioski, w sercu Bieszczad zaraziła mnie pasją do układania PUZZLI :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz