piątek, 29 września 2017

Prezent urodzinowy


Wielkimi krokami zbliżały się urodziny mojego siostrzeńca. To zaskakujące, jak szybko mija ten czas. Wydawałoby się , że dopiero wczoraj kończył siedem lat, a tu już zleciał kolejny roczek. Jakub, od kiedy sięgnę pamięcią uwielbiał wszelkiego rodzaju gry planszowe. Jego rówieśnicy grali na komputerach , konsolach i tak dalej, a Kuba wolał bardziej tradycyjne formy rozrywki. Gdy wpadałem z wizytą zawsze rozgrywaliśmy partyjkę jakiejś ciekawej planszówki. Jednym z plusów jego pasji, było to, że wiadomo było, że jedynym prezentem , z którego zawsze się ucieszy będzie kolejna gra planszowa. Jednak przed jego urodzinami zadzwoniłem do siostry podpytać, czego życzy sobie mały jubilat. Kuba chyba słyszał w jakiej sprawie dzwonię do jego mamy, bo w oddali było słychać jak mówi, że chciałby dostać tą nową grę planszową , którą reklamują na jednym z kanałów telewizyjnych dla dzieci o nazwie…… i tu niestety nie udało mi się dosłyszeć, bo Kubusia wypowiedź została przerwana przez jego mamę, która skrytykowała go, że nieładnie jest w ten sposób się zachowywać. Byłem trochę zły na siostrę, że nie pozwoliła mi później porozmawiać z Kubusiem. Musiałem poradzić sobie sam. Włączyłem w domu jego ulubiony kanał z bajkami i wyczekiwałem reklam. Rzeczywiście udało mi się zanotować kilka pozycji, które mogłyby się Kubie spodobać. Udałem się do sklepu. Wszystkie reklamowane gry, których nazwy sobie zapisałem dostępne były w sprzedaży. Zastanawiałem się dłuższą chwilkę, o którą grę mogło chodzić Kubusiowi. Wybór padł na grę zręcznościową Mistakos. Miałem nadzieję, że nawet jeśli nie jest to gra, o której marzy, spodoba mu się i będzie z niej zadowolony . Kilka dni później odbyło się przyjęcie urodzinowe, na które przybyłem jako pierwszy. Wręczyłem małemu prezent i wstrzymałem oddech, gdy go odpakowywał. Ku mojemu zaskoczeniu, Kuba podskoczył                               z radości i rzucił mi się na szyję. Gra Mistakos okazała się strzałem w dziesiątkę. Byłem przeszczęśliwy, że udało mi się wybrać akurat tą, o której marzył. Tylko moja siostra nie chciała wierzyć, że zakup tej gry był tylko przypadkiem.

wtorek, 26 września 2017

Z wizytą u wuja


Tegoroczny urlop musieliśmy spędzić w naszym rodzinnym mieście z uwagi na kosztowny remont domu. Z jednej strony cieszyliśmy się , że w końcu doszedł on do skutku, z drugiej jednak strony przykro nam było, że nigdzie nie wyjechaliśmy. Obiecaliśmy sobie , że w przyszłym roku pojedziemy na całe dwa tygodnie w nasze ukochane góry. Tuż przed zakończeniem wakacji, zadzwonił do mnie mój wuj i zaproponował, żebyśmy do niego zawitali na kilka dni i koniecznie zabrali ze sobą naszego wnuczka Mikołajka. Musieliśmy to przedyskutować z naszą córką. Anna chętnie zgodziła się na naszą propozycję, tym bardziej, że Mikołaj, gdy tylko o tym usłyszał, nie dawał jej spokoju. Spakowaliśmy walizki i ruszyliśmy w drogę. Wuj mieszka z całą swoją rodzinką na wsi niedaleko Augustowa. Po drodze wstąpiliśmy do sklepu, by najmłodszej córce wuja kupić jakiś drobiazg.  Z pomocą przyszedł nam nasz wnuczek, który wybrał Galaktyczną Przygodę Barbie, stwierdzając stanowczo, że dziewczynki bardzo lubią takie puzzle. Wuj miał jeszcze dwóch starszych synów, ale chłopcy mieli już po kilkanaście lat, więc postanowiliśmy dać im po prostu parę groszy, których w tym wieku nigdy nie za dużo. Na miejsce dotarliśmy po kilkugodzinnej podróży. Trafiliśmy akurat na porę obiadową. Troszkę nam było głupio, ale ciotka, jak zwykle bardzo gościnna, nie odpuściła nam, dopóki nie zjedliśmy pysznego zresztą posiłku. Amelce wręczyliśmy Galaktyczną przygodę Barbie, a chłopakom daliśmy po pieniążku. Mikołajek postanowił pomóc kuzynce w składaniu układanki, a my mieliśmy troszkę czasu dla siebie, by móc spokojnie porozmawiać z wujostwem. Tego dnia poszliśmy bardzo późno spać. Rano postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę do Augustowa. Wprawdzie wuj z ciocią musieli zająć się gospodarstwem ,ale towarzyszyły nami ich dzieci. To był wyjątkowo udany dzień. Do mu przyjechaliśmy dopiero późnym wieczorem. Te kilka dni minęło bardzo szybko, ale najbardziej zadowolony z pobytu na wsi był Mikołajek, który nie odstępował Amelki nawet na krok, a ona opowiadała mu o kurach , królikach i krówkach.

piątek, 22 września 2017

Rodzinny wieczór


Pierwszy weekend września nie należał do najpiękniejszych. Właściwie to pogoda nie rozpieszczała nas już od piątku, a prognozy mówiły wprost, że na poprawę nie ma na razie co liczyć. Bardzo nie lubię takich smutnych i zimnych dni Najgorsze jednak jest to, że ciężko bardzo jest się przestawić. Jeszcze kilka dni temu było słonecznie i naprawdę cieplutko, bo termometry wskazywały wspaniałe dwadzieścia osiem stopni. Z dnia na dzień dosłownie, temperatura spadła niemal o połowę. Nie dość, że było zimno, to lało jak z cebra. Zapowiadał się nudny weekend w domu. Do południa sobotę spędziliśmy na robieniu zakupów i typowych porządków domowych. Potem zaczęła dopadać wszystkich domowników nuda, no bo ile można oglądać telewizję .Złapałem półgodzinną drzemkę, z której wyrwała mnie moja najstarsza  córka. Wpadła do salonu, niczym bomba i radośnie oświadczyła, że ma doskonały pomysł na ten smutny, samotny wieczór. Przytargała do pokoju grę towarzyską Kolejka, którą niedawno dostała na urodziny od swojej przyjaciółki. Gra była jeszcze w folii, bo do tej pory nie było okazji, by w nią zagrać. Właściwie był to całkiem ciekawy pomysł na zabicie nudy. Zebraliśmy się całą rodzinką przy dużym stole, małżonka przyniosła świeżo upieczony placuszek z malinami, zrobiła herbatkę i zasiedliśmy do wspólnej rozgrywki. Kolejka okazała się grą planszową, której fabuła została osadzona w czasach schyłkowego komunizmu w Polsce. Zadaniem graczy, tworzących rodzinę , było zdobycie wszystkich produktów z danej listy zakupów. Problem był oczywisty, bo sklepowe półki świeciły pustkami. Trzeba było nieźle kombinować, żeby zdobyć upragniony towar. Gra tak bardzo nas pochłonęła, że nawet nie spostrzegliśmy, że zegar kuchenny zaczął wybijać północ. Musiałem przyznać, że gry planszowe są idealnym rozwiązaniem na nudne, deszczowe wieczory. Kiedyś, gdy córeczki były jeszcze małe, bardzo często w naszym domu w  nie graliśmy. Potem jednak z upływem lat powolutku zaprzestawaliśmy tej formy rozrywki. Ostatnia sobota sprawiła, że chyba znowu zagoszczą w naszym domu.

wtorek, 19 września 2017

Spotkanie integracyjne


Pod koniec zeszłego roku szkolnego, a dokładnie pod koniec czerwca, miało odbyć się spotkanie integracyjne uczniów klasy mojego syna wraz z rodzicami       i wychowawcą. Niestety nie doszło ono do skutku ze względu na niesprzyjające warunki atmosferyczne. Zdecydowaną większością głosów postanowiono wówczas o przełożeniu spotkania na termin wrześniowy. Wakacje właśnie się skończyły i zaraz na pierwszym zebraniu rodziców ustaliliśmy wspólnie, że najdogodniejszym momentem na zorganizowanie zabawy będzie najbliższy weekend. Pogoda była wspaniała, więc warto było skorzystać z ostatnich chwil słonecznej aury. Szybko zebraliśmy fundusze . Spotkanie rozpoczęło się                o godzinie szesnastej w sobotę. Początkową atrakcją dla dzieciaków były przejażdżki konne. Mój syn Igor, choć upierał się przed wyjazdem, że jest to zajęcie przeznaczone tylko dla dziewczynek, gdy tylko dosiadł konia, nie chciał się z nim rozstać. Na terenie ośrodka dzieci miały do dyspozycji nowoczesny plac zabaw. My w tym czasie przygotowywaliśmy stoły do wspólnej biesiady        i pieczenia kiełbasek. Pan wychowawca, który w tym roku po raz pierwszy objął opieką naszą klasę, poprosił swoich uczniów o chwilę uwagi. Okazało się , że przygotował dla nich mały konkurs przyrodniczy  z nagrodami . Tematem konkurencji były zwierzęta zamieszkujące okoliczne lasy. Ucieszyłem się, gdyż sam jestem z zawodu leśnikiem , a zamiłowania myśliwym, więc staram się mojego syna stopniowo wprowadzać w tajniki łowiectwa. Po pierwszych kilkunastu pytaniach było już wiadomo, że w tym temacie Igorowi nie będzie równych. Zaimponował tym samym panu wychowawcy wiedzą w tym zakresie no i oczywiście zgarnął główną nagrodę, którą był drobny upominek w postaci talii tematycznej firmy Trefl „Horoskop”. W końcu nadszedł długo wyczekiwany przez dzieciaki moment pieczenia kiełbasek nad ogniskiem. Frajdy miały co niemiara. Do domu wróciliśmy późnym wieczorem. Przed snem Igor stwierdził, że choć wygrana przez niego w konkursie talia tematyczna ”Horoskop” może      i nie jest najlepszym prezentem na świecie, to jednak jest dumny z tego, że mógł nowemu wychowawcy zaprezentować swoją wiedzę.

piątek, 15 września 2017

Leon


Kilka lat temu moja córka wyemigrowała za granicę . Znalazła tam dobrą pracę no i przyszłego męża. O powrocie do kraju nawet nie chciała myśleć. Wiodło im się naprawdę dobrze. Postanowili również założyć rodzinę i tak niecałe trzy lata temu pobrali się, a kilka miesięcy później na świat przyszedł Leon, mój ukochany wnuczek. Cieszyłem się z narodzin maluszka niesłychanie, żal mi tylko było, że tak rzadko mogę go widywać. Gdy Leoś kończył roczek córka zrobiła mnie i mojej małżonce niespodziankę . Kupiła bilety i zaprosiła do siebie w odwiedziny. To była niezapomniana wizyta. Teraz zbliżały się drugie urodzinki wnuczka. Tym jednak razem nie mogliśmy odwiedzić najbliższych. Małżonka podupadła na zdrowiu i o locie nie mieliśmy co marzyć. Postanowiłem wysłać Leonowi paczuszkę z prezentem urodzinowym . W sklepie z artykułami dziecięcymi i zabawkami kupiliśmy kilka modnych ciuszków i Arkę Noego - kolorowy zestaw zwierząt i postaci, kształtujący umiejętność logicznego myślenia i koncentracji. Zapakowaliśmy prezenty i wysłaliśmy miesiąc przed urodzinami Leona, tak na wszelki wypadek, gdyby przesyłka miała jakieś opóźnienie. Cierpliwie czekaliśmy na informację od córki o dostarczeniu pakunku. Okazało się, że prezent dotarł  w niecałe dwa tygodnie, ale córka obiecała , że zabawkę wręczy małemu dopiero w dniu jego urodzin. Tak też się stało. W ten wyjątkowy i uroczysty dzień zadzwoniliśmy do naszego ukochanego wnusia. Dzięki dzisiejszym możliwościom technologicznym mogliśmy z nim rozmawiać i oglądać, jak rozpakowuje prezent. Pomagała mu w tym mama.  Leoś wyglądał na zadowolonego. Oczywiście córka musiała mu pokazać jak bawić się  Arką Noego, ale maluszek bardzo szybko nauczył się obsługiwać nową zabawkę. Obserwowaliśmy go dłuższą chwilkę. To zaskakujące, jak szybko takie małe dziecko zdobywa nowe umiejętności                               i przyswaja wiedzę. Zabawa Arką Noego pochłonęła go całkowicie. Cieszyliśmy się , że przypadła małemu do gustu. Miałem nadzieję, że małżonka niedługo wróci do zdrowia i za rok osobiście będziemy mogli wręczyć Leonowi prezent urodzinowy i mocno go uściskać.

środa, 13 września 2017

Wakacje na wsi


Jakiś czas temu postanowiłem zrobić swojemu sześcioletniemu  wnuczkowi niespodziankę.  Choć nadeszły wakacje maluch niestety nie mógł w tym roku liczyć na żaden dłuższy wyjazd z rodzicami, ponieważ  niedawno na świat przyszła jego siostrzyczka. Dla Tomka był to trudny okres. Rodzice dużo więcej czasu poświęcali niemowlęciu, a on czuł się osamotniony i coraz częściej zazdrosny. Postanowiliśmy z małżonką zabrać wnuczka do siebie na wieś. Zaraz po zakończeniu roku szkolnego pojechaliśmy do córki . Tomek na wieść o pobycie u nas, ku naszemu zaskoczeniu, bardzo się ucieszył. Zazwyczaj zdecydowanie bardziej wolał spędzać czas ze swoimi rodzicami. Jednak sytuacja w domu spowodowała, że ucieczka od płaczącego po nocach malucha, była jednak   wiele lepszym rozwiązaniem, nawet jeśli miałby ten czas spędzić z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Tomek spakował calutki plecak zabawek, z którymi nigdy się nie rozstaje. Między innymi zabrał ze sobą swoją ulubioną grę planszową „ Grzybobranie w Zielonym Gaju” i pożegnał się z domownikami. Nawet malutkiej Amelce dał całuska po kryjomu, by nikt nie widział. Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Mieszkamy niecałe dwieście kilometrów od mojej córki. Gdy dotarliśmy na miejsce, Tomeczek nagle posmutniał. Postanowiłem z nim porozmawiać  w cztery oczy. Powodem okazało się rozstanie z mamą. Nigdy wcześniej nie wyjeżdżał z domu na tak długi okres czasu. By rozweselić malucha zabrałem go ze sobą w odwiedziny do mojego sąsiada. Na przywitanie przybiegł Olek, jego syn. Był o rok starszy od Tomka. Sąsiad zaprosił nas na ciasto z truskawkami, a maluchów zostawiliśmy samych sobie, by mogli się lepiej poznać. Już po kilkunastu minutach ganiali się po podwórzu tak , jakby znali się od zawsze. Zaproponowałem Tomkowi, żeby następnego dnia zaprosił Olka do nas, na partyjkę gry „ Grzybobranie w Zielonym Gaju”. Syn sąsiada był naszym wnuczkiem zafascynowany. Następnego dnia spędzili  ze sobą calutki dzień i o nudzie nie było mowy. Tomek przez cały okres pobytu o nas ani razu nie wspomniał, że tęskni za rodzicami,  a wszystko za sprawą Olka, z którym świetnie się dogadywał.

poniedziałek, 11 września 2017

Półkolonie


Tegoroczny urlop zaplanowaliśmy z małżonką na przełomie lipca i sierpnia. Mieliśmy w planach tygodniowy odpoczynek na urokliwych cypryjskich plażach. Nie mogliśmy się doczekać wylotu. Zresztą nie tylko my, bo i nasz dziesięcioletni syn o niczym innym nie mówił. Zanim jednak doszedł on do skutku, postanowiliśmy zapisać Kamila na półkolonie. Oboje z  małżonką pracowaliśmy, a na pomoc instytucji babci nie mogliśmy liczyć. Szkoda nam było małego, bo musiałby siedzieć sam w domu. Początkowo nie chciał słyszeć o żadnych półkoloniach. Troszkę to nas zmartwiło. Okazało się jednak, że nasi znajomi posyłają dziecko na półkolonię pod hasłem Robotyka z Minecraftem. Postanowiłem sprawdzić ofertę organizatora. Wprawdzie nie należała ona do najtańszych, ale program był rzeczywiście wyjątkowo atrakcyjny. Zanim jednak przedstawiłem propozycję Kamilkowi, zabrałem go do swojego znajomego, by dzieciaki mogły się lepiej poznać. Przypadli sobie do gustu. Kacper był w wieku Kamila. Wtedy dopiero zaproponowałem synowi udział w takich półkoloniach. Ku mojemu zaskoczeniu, gdy tylko usłyszał, że będą tam razem chodzić, zgodził się bez chwili zawahania. Zajęcia rozpoczynały się od ósmej rano  i trwały aż do godziny czwartej po południu .W cenę wliczone też było śniadanie, obiad                    i podwieczorek. Już po pierwszym dniu, Kamil był zachwycony. Buzia dosłownie mu się nie zamykała. Tym bardziej, że Minecraft to była jedna z jego ulubionych gier komputerowych. Do tego dzieciaki przy pomocy opiekunów miały okazje tworzyć własne roboty z klocków Lego. W ostatnim dniu półkolonii każde dziecko otrzymało prezent w postaci zestawu naukowego Fabryka Rakiet i dyplom ukończenia zajęć. Kamil był dumny i szczęśliwy. Gdy wracaliśmy do domu poprosił mnie, bym następnego dnia zabrał go do Kacpra. Chłopcy umówili się na wspólną zabawę . Zadzwoniłem więc do znajomego z zapytaniem, czy takie spotkanie naszych dzieci jest możliwe i czy nie ma przypadkiem innych planów. Następnego dnia Kamil spakował swoją Fabrykę Rakiet i pojechaliśmy do Kacpra.

piątek, 8 września 2017

Zapominalska


Całkiem niedawno mieliśmy zaszczyt gościć całą naszą rodzinkę z odległej Lubelszczyzny. Nie widzieliśmy się od dawna i każda taka okazja jest dla nas wszystkich szczególnie ważnym wydarzeniem. Dom mamy duży, więc z noclegiem nie było żadnego problemu. Tuż przed przyjazdem kuzynostwa z dzieciakami , żona w kuchni dwoiła się i troiła, by wybornie uraczyć gości. Zrobiła nawet moją ulubioną kaczkę z jabłkami, co zdarza jej się wyjątkowo rzadko, bo nie lubi jej przyrządzać. Oczywiście nie zapomnieliśmy również o  naszych najmłodszych przybyszach. Specjalnie dla nich przygotowaliśmy mnóstwo słodkości. Naszych gości postanowiliśmy ulokować  w pokojach na piętrze. Gdy w końcu się zjawili, powitaniom nie było końca. Dzieciaczki tak bardzo urosły, że z trudem bym je po kilku latach rozpoznał , w szczególności sześcioletnia obecnie Marysia, która ostatnio, gdy ją widziałem była słodkim niemowlaczkiem. Goście rozpakowali swoje tobołki i chwilę później wszyscy zasiedliśmy do wspólnej kolacji. Kilka dni minęło tak szybko, że zanim się spostrzegliśmy,  nasi przybysze szykowali się do drogi powrotnej. Pożegnaliśmy się serdecznie, mając nadzieję, że niebawem się znów zobaczymy. Po ich wyjeździe pomagałem żonie posprzątać na piętrze nasze gościnne pokoje. W pewnym momencie zauważyłem, że pod łóżeczkiem , w którym spała Marysia, że leży jakieś nieznajome mi pudełeczko. Gdy je wyciągnąłem, okazało się, że  zapominalska zostawiła u nas swoje puzzle „ Galaktyczna przygoda Barbie”. Postanowiłem zadzwonić do kuzyna, żeby mała się nie denerwowała. Niestety przez następne kilka godzin nie mogłem się z nimi połączyć z uwagi na brak zasięgu. Pod wieczór rozległ głośny dźwięk telefonu. Dzwonił kuzyn, by powiadomić nas , że dojechali cali i zdrowi na miejsce i zapytać, czemu tyle razy próbowałem się z nimi skontaktować. Poprosiłem do telefonu Marysię i spytałem, czy zdążyła już rozpakować swoją torbę podróżną i czy jej zawartość się zgadza. Odpowiedziała twierdząco. Powiedziałem jej zatem                 o moim znalezisku pod łóżeczkiem. Była zaskoczona i zmartwiona, że straciła swoją Galaktyczną przygodę Barbie. Obiecałem jej jednak ,że wyślę ją do niej następnego dnia za pośrednictwem poczty. Ucieszyła się niezmiernie i bardzo mocno mi podziękowała.

środa, 6 września 2017

Norek


Kilka dni temu mieliśmy okazję gościć w naszym domu moją kuzynkę Annę. Właściwie była to dość nieoczekiwana wizyta. Siedzieliśmy akurat w salonie i oglądaliśmy jakiś program przyrodniczy, gdy rozległ się głośny dzwonek u drzwi. Zaciekawiony poszedłem otworzyć. Ku mojemu zdumieniu była to moja kuzynka, która niezbyt często nas odwiedzała. Zawitała do nas ze swoim kilkuletnim wnuczkiem Patrykiem. Byłem tak samo zaskoczony, jak i moja małżonka. Zaprosiliśmy gości do środka. Na całe szczęście pani domu właśnie wyjęła z pieca, apetycznie wyglądający placek z truskawkami. Mały Patryk był troszkę onieśmielony. Po kilkunastu minutach jednak wyjął ze swojego czerwonego plecaczka, którego nie wypuszczał z rąk swoją ulubioną zabawkę VTetch - Autko Policja i rozgościł się na dywanie. Obserwowałem go przez dłuższą chwilkę . Sam wnuków jeszcze nie mam, a przypatrując się maluchowi, zaczynałem nabierać przeświadczenia, że właściwie byłoby to już wskazane. Patryk po cichutku bawił się pośrodku salonu, gdy nagle otworzyły się drzwi wejściowe i do domu wpadł niczym tajfun Norek, pies mojej córki. Zanim zdążyłem zareagować doskoczył do chłopca i zaczął go oblizywać po całej twarzy. Patryk zamarł na chwilę w bezruchu, po czym wybuchnął śmiechem. Radość jednak nie trwała zbyt długo. Czworonożny rozrabiaka w pewnym momencie porwał ulubioną zabawkę Patryka i zaczął uciekać. Rozpoczęła się gonitwa. Zanim jednak zdążyliśmy go złapać, VTetch – Autko Policja  została uszkodzona przez ostre zęby zwierzaka. W jednej chwili na twarzy Patryka pojawił się grymas, który nie wróżył nic dobrego. Chłopiec wybuchł  płaczem. Z trudem go uspokoiliśmy. Musiałem obiecać, że następnego dnia, gdy tylko otworzą sklepy, odkupię maluchowi zabawkę. Poskutkowało. Niestety wizja biegania po sklepach z zabawkami zupełnie popsuła mi humor. Na całe szczęście, córka, która przywiozła ze sobą łobuza , zobligowała się wziąć na swoje barki to wyzwanie. Następnego dnia po południu przywiozła ze sobą nową zabawkę. Odetchnąłem z ulgą. Zadzwoniłem do kuzynki i czym prędzej zawiozłem jej VTetch – Autko Policja  , raz jeszcze przepraszając .

poniedziałek, 4 września 2017

Podróż


Nadeszły upragnione wakacje i każdy z nas czekał na zasłużony odpoczynek.              W tym roku postanowiliśmy wybrać się nad nasze morze. Troszkę obawialiśmy się tej podróży, ponieważ do przejechania mieliśmy ponad siedemset kilometrów, a nasza Natalka była jeszcze malutka. W zeszłym tygodniu skończyła dokładnie piętnaście miesięcy. Miałem jednak nadzieję , że dobrze zniesie długą drogę. Do planowanego wyjazdu przygotowywaliśmy się niemal dwa tygodnie. Najważniejsze było sprawdzenie stanu technicznego naszego auta i uzupełnienie wszelkich płynów , usunięcie drobnych usterek i tak dalej.  Chodziło przecież o bezpieczeństwo naszej rodziny. Na całe szczęście okazało się, że autko jest sprawne i nie są potrzebne większe poprawki czy też naprawy. Dzień przed wyjazdem udałem się z małżonką na ostatnie zakupy. Należało zaopatrzyć się w prowiant na drogę. Wychodząc ze sklepu zauważyłem na półce kolorową książeczkę Moje Pierwsze Rymowanki i odruchowo po nią sięgnąłem. Wyjechaliśmy bardzo wczesnym rankiem. Natalka słodko spała pierwsze dwie godziny jazdy. Ja prowadziłem ,a  małżonka zajmowała miejsce obok córeczki na tylnym siedzeniu samochodu. Gdy się obudziła , zaczęło się marudzenie. Tego obawiałem się najbardziej. Bardzo nie lubię, gdy piszczy z niezadowolenia. Nie mogę się wówczas skoncentrować na jeździe. Poprosiłem małżonkę, byśmy zamienili się rolami, a ja postaram się uspokoić małą marudę. Zjechaliśmy na pobocze i usiadłem obok Natalki. Wyjąłem z torby nowy nabytek w postaci Moich Pierwszych Rymowanek. Z zaciekawieniem przyglądała się kolorowym stronom i w końcu przestała piszczeć. Odetchnąłem z ulgą. Mogliśmy spokojnie kontynuować naszą podróż. Oczywiście zanim dotarliśmy do celu, zrobiliśmy sobie kilka przystanków na wyprostowanie nóg i zasilenie naszych żołądków. Do Władysławowa dojechaliśmy po niemal dziesięciu godzinach jazdy. Po zakwaterowaniu musieliśmy troszkę odpocząć. Na całe szczęście, poza jednym incydentem, podróż minęła nam w miarę spokojnie. Natalka na zmianę przysypiała i bawiła się nową książeczką.  Obawialiśmy się , że będzie dużo gorzej. W końcu jednak można było rozpocząć nasz urlop na dobre.