Wielkimi krokami zbliżały się urodziny mojego siostrzeńca. To
zaskakujące, jak szybko mija ten czas. Wydawałoby się , że dopiero wczoraj
kończył siedem lat, a tu już zleciał kolejny roczek. Jakub, od kiedy sięgnę
pamięcią uwielbiał wszelkiego rodzaju gry planszowe. Jego rówieśnicy grali na
komputerach , konsolach i tak dalej, a Kuba wolał bardziej tradycyjne formy
rozrywki. Gdy wpadałem z wizytą zawsze rozgrywaliśmy partyjkę jakiejś ciekawej
planszówki. Jednym z plusów jego pasji, było to, że wiadomo było, że jedynym
prezentem , z którego zawsze się ucieszy będzie kolejna gra planszowa. Jednak
przed jego urodzinami zadzwoniłem do siostry podpytać, czego życzy sobie mały
jubilat. Kuba chyba słyszał w jakiej sprawie dzwonię do jego mamy, bo w oddali
było słychać jak mówi, że chciałby dostać tą nową grę planszową , którą
reklamują na jednym z kanałów telewizyjnych dla dzieci o nazwie…… i tu niestety
nie udało mi się dosłyszeć, bo Kubusia wypowiedź została przerwana przez jego
mamę, która skrytykowała go, że nieładnie jest w ten sposób się zachowywać.
Byłem trochę zły na siostrę, że nie pozwoliła mi później porozmawiać z
Kubusiem. Musiałem poradzić sobie sam. Włączyłem w domu jego ulubiony kanał z
bajkami i wyczekiwałem reklam. Rzeczywiście udało mi się zanotować kilka
pozycji, które mogłyby się Kubie spodobać. Udałem się do sklepu. Wszystkie
reklamowane gry, których nazwy sobie zapisałem dostępne były w sprzedaży. Zastanawiałem
się dłuższą chwilkę, o którą grę mogło chodzić Kubusiowi. Wybór padł na grę
zręcznościową Mistakos. Miałem nadzieję, że nawet jeśli nie jest to gra, o
której marzy, spodoba mu się i będzie z niej zadowolony . Kilka dni później
odbyło się przyjęcie urodzinowe, na które przybyłem jako pierwszy. Wręczyłem
małemu prezent i wstrzymałem oddech, gdy go odpakowywał. Ku mojemu zaskoczeniu,
Kuba podskoczył
z radości i rzucił mi się na szyję. Gra Mistakos okazała się strzałem w
dziesiątkę. Byłem przeszczęśliwy, że udało mi się wybrać akurat tą, o której
marzył. Tylko moja siostra nie chciała wierzyć, że zakup tej gry był tylko
przypadkiem.
piątek, 29 września 2017
wtorek, 26 września 2017
Z wizytą u wuja
Tegoroczny urlop musieliśmy spędzić w naszym rodzinnym
mieście z uwagi na kosztowny remont domu. Z jednej strony cieszyliśmy się , że
w końcu doszedł on do skutku, z drugiej jednak strony przykro nam było, że
nigdzie nie wyjechaliśmy. Obiecaliśmy sobie , że w przyszłym roku pojedziemy na
całe dwa tygodnie w nasze ukochane góry. Tuż przed zakończeniem wakacji,
zadzwonił do mnie mój wuj i zaproponował, żebyśmy do niego zawitali na kilka
dni i koniecznie zabrali ze sobą naszego wnuczka Mikołajka. Musieliśmy to
przedyskutować z naszą córką. Anna chętnie zgodziła się na naszą propozycję,
tym bardziej, że Mikołaj, gdy tylko o tym usłyszał, nie dawał jej spokoju.
Spakowaliśmy walizki i ruszyliśmy w drogę. Wuj mieszka z całą swoją rodzinką na
wsi niedaleko Augustowa. Po drodze wstąpiliśmy do sklepu, by najmłodszej córce
wuja kupić jakiś drobiazg. Z pomocą
przyszedł nam nasz wnuczek, który wybrał Galaktyczną Przygodę Barbie,
stwierdzając stanowczo, że dziewczynki bardzo lubią takie puzzle. Wuj miał
jeszcze dwóch starszych synów, ale chłopcy mieli już po kilkanaście lat, więc
postanowiliśmy dać im po prostu parę groszy, których w tym wieku nigdy nie za
dużo. Na miejsce dotarliśmy po kilkugodzinnej podróży. Trafiliśmy akurat na
porę obiadową. Troszkę nam było głupio, ale ciotka, jak zwykle bardzo gościnna,
nie odpuściła nam, dopóki nie zjedliśmy pysznego zresztą posiłku. Amelce
wręczyliśmy Galaktyczną przygodę Barbie, a chłopakom daliśmy po pieniążku.
Mikołajek postanowił pomóc kuzynce w składaniu układanki, a my mieliśmy troszkę
czasu dla siebie, by móc spokojnie porozmawiać z wujostwem. Tego dnia poszliśmy
bardzo późno spać. Rano postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę do Augustowa.
Wprawdzie wuj z ciocią musieli zająć się gospodarstwem ,ale towarzyszyły nami
ich dzieci. To był wyjątkowo udany dzień. Do mu przyjechaliśmy dopiero późnym
wieczorem. Te kilka dni minęło bardzo szybko, ale najbardziej zadowolony z
pobytu na wsi był Mikołajek, który nie odstępował Amelki nawet na krok, a ona
opowiadała mu o kurach , królikach i krówkach.
piątek, 22 września 2017
Rodzinny wieczór
Pierwszy weekend września nie należał do najpiękniejszych.
Właściwie to pogoda nie rozpieszczała nas już od piątku, a prognozy mówiły
wprost, że na poprawę nie ma na razie co liczyć. Bardzo nie lubię takich
smutnych i zimnych dni Najgorsze jednak jest to, że ciężko bardzo jest się
przestawić. Jeszcze kilka dni temu było słonecznie i naprawdę cieplutko, bo
termometry wskazywały wspaniałe dwadzieścia osiem stopni. Z dnia na dzień
dosłownie, temperatura spadła niemal o połowę. Nie dość, że było zimno, to lało
jak z cebra. Zapowiadał się nudny weekend w domu. Do południa sobotę
spędziliśmy na robieniu zakupów i typowych porządków domowych. Potem zaczęła
dopadać wszystkich domowników nuda, no bo ile można oglądać telewizję .Złapałem
półgodzinną drzemkę, z której wyrwała mnie moja najstarsza córka. Wpadła do salonu, niczym bomba i
radośnie oświadczyła, że ma doskonały pomysł na ten smutny, samotny wieczór.
Przytargała do pokoju grę towarzyską Kolejka, którą niedawno dostała na
urodziny od swojej przyjaciółki. Gra była jeszcze w folii, bo do tej pory nie
było okazji, by w nią zagrać. Właściwie był to całkiem ciekawy pomysł na
zabicie nudy. Zebraliśmy się całą rodzinką przy dużym stole, małżonka
przyniosła świeżo upieczony placuszek z malinami, zrobiła herbatkę i
zasiedliśmy do wspólnej rozgrywki. Kolejka okazała się grą planszową, której
fabuła została osadzona w czasach schyłkowego komunizmu w Polsce. Zadaniem
graczy, tworzących rodzinę , było zdobycie wszystkich produktów z danej listy
zakupów. Problem był oczywisty, bo sklepowe półki świeciły pustkami. Trzeba
było nieźle kombinować, żeby zdobyć upragniony towar. Gra tak bardzo nas
pochłonęła, że nawet nie spostrzegliśmy, że zegar kuchenny zaczął wybijać
północ. Musiałem przyznać, że gry planszowe są idealnym rozwiązaniem na nudne,
deszczowe wieczory. Kiedyś, gdy córeczki były jeszcze małe, bardzo często w
naszym domu w nie graliśmy. Potem jednak
z upływem lat powolutku zaprzestawaliśmy tej formy rozrywki. Ostatnia sobota
sprawiła, że chyba znowu zagoszczą w naszym domu.
wtorek, 19 września 2017
Spotkanie integracyjne
Pod koniec zeszłego roku szkolnego, a dokładnie pod koniec
czerwca, miało odbyć się spotkanie integracyjne uczniów klasy mojego syna wraz
z rodzicami i wychowawcą. Niestety
nie doszło ono do skutku ze względu na niesprzyjające warunki atmosferyczne. Zdecydowaną
większością głosów postanowiono wówczas o przełożeniu spotkania na termin
wrześniowy. Wakacje właśnie się skończyły i zaraz na pierwszym zebraniu
rodziców ustaliliśmy wspólnie, że najdogodniejszym momentem na zorganizowanie
zabawy będzie najbliższy weekend. Pogoda była wspaniała, więc warto było
skorzystać z ostatnich chwil słonecznej aury. Szybko zebraliśmy fundusze .
Spotkanie rozpoczęło się o godzinie szesnastej w sobotę.
Początkową atrakcją dla dzieciaków były przejażdżki konne. Mój syn Igor, choć
upierał się przed wyjazdem, że jest to zajęcie przeznaczone tylko dla
dziewczynek, gdy tylko dosiadł konia, nie chciał się z nim rozstać. Na terenie
ośrodka dzieci miały do dyspozycji nowoczesny plac zabaw. My w tym czasie
przygotowywaliśmy stoły do wspólnej biesiady i
pieczenia kiełbasek. Pan wychowawca, który w tym roku po raz pierwszy objął
opieką naszą klasę, poprosił swoich uczniów o chwilę uwagi. Okazało się , że
przygotował dla nich mały konkurs przyrodniczy
z nagrodami . Tematem konkurencji były zwierzęta zamieszkujące okoliczne
lasy. Ucieszyłem się, gdyż sam jestem z zawodu leśnikiem , a zamiłowania
myśliwym, więc staram się mojego syna stopniowo wprowadzać w tajniki łowiectwa.
Po pierwszych kilkunastu pytaniach było już wiadomo, że w tym temacie Igorowi
nie będzie równych. Zaimponował tym samym panu wychowawcy wiedzą w tym zakresie
no i oczywiście zgarnął główną nagrodę, którą był drobny upominek w postaci
talii tematycznej firmy Trefl „Horoskop”. W końcu nadszedł długo wyczekiwany
przez dzieciaki moment pieczenia kiełbasek nad ogniskiem. Frajdy miały co
niemiara. Do domu wróciliśmy późnym wieczorem. Przed snem Igor stwierdził, że
choć wygrana przez niego w konkursie talia tematyczna ”Horoskop” może i nie jest najlepszym prezentem na
świecie, to jednak jest dumny z tego, że mógł nowemu wychowawcy zaprezentować
swoją wiedzę.
piątek, 15 września 2017
Leon
Kilka lat temu moja córka wyemigrowała za granicę . Znalazła
tam dobrą pracę no i przyszłego męża. O powrocie do kraju nawet nie chciała
myśleć. Wiodło im się naprawdę dobrze. Postanowili również założyć rodzinę i
tak niecałe trzy lata temu pobrali się, a kilka miesięcy później na świat
przyszedł Leon, mój ukochany wnuczek. Cieszyłem się z narodzin maluszka
niesłychanie, żal mi tylko było, że tak rzadko mogę go widywać. Gdy Leoś
kończył roczek córka zrobiła mnie i mojej małżonce niespodziankę . Kupiła
bilety i zaprosiła do siebie w odwiedziny. To była niezapomniana wizyta. Teraz
zbliżały się drugie urodzinki wnuczka. Tym jednak razem nie mogliśmy odwiedzić
najbliższych. Małżonka podupadła na zdrowiu i o locie nie mieliśmy co marzyć.
Postanowiłem wysłać Leonowi paczuszkę z prezentem urodzinowym . W sklepie z
artykułami dziecięcymi i zabawkami kupiliśmy kilka modnych ciuszków i Arkę
Noego - kolorowy zestaw zwierząt i postaci, kształtujący umiejętność logicznego
myślenia i koncentracji. Zapakowaliśmy prezenty i wysłaliśmy miesiąc przed
urodzinami Leona, tak na wszelki wypadek, gdyby przesyłka miała jakieś
opóźnienie. Cierpliwie czekaliśmy na informację od córki o dostarczeniu
pakunku. Okazało się, że prezent dotarł w
niecałe dwa tygodnie, ale córka obiecała , że zabawkę wręczy małemu dopiero w
dniu jego urodzin. Tak też się stało. W ten wyjątkowy i uroczysty dzień
zadzwoniliśmy do naszego ukochanego wnusia. Dzięki dzisiejszym możliwościom
technologicznym mogliśmy z nim rozmawiać i oglądać, jak rozpakowuje prezent.
Pomagała mu w tym mama. Leoś wyglądał na
zadowolonego. Oczywiście córka musiała mu pokazać jak bawić się Arką Noego, ale maluszek bardzo szybko nauczył
się obsługiwać nową zabawkę. Obserwowaliśmy go dłuższą chwilkę. To zaskakujące,
jak szybko takie małe dziecko zdobywa nowe umiejętności i przyswaja
wiedzę. Zabawa Arką Noego pochłonęła go całkowicie. Cieszyliśmy się , że
przypadła małemu do gustu. Miałem nadzieję, że małżonka niedługo wróci do
zdrowia i za rok osobiście będziemy mogli wręczyć Leonowi prezent urodzinowy i
mocno go uściskać.
środa, 13 września 2017
Wakacje na wsi
Jakiś czas temu postanowiłem zrobić swojemu
sześcioletniemu wnuczkowi
niespodziankę. Choć nadeszły wakacje
maluch niestety nie mógł w tym roku liczyć na żaden dłuższy wyjazd z rodzicami,
ponieważ niedawno na świat przyszła jego
siostrzyczka. Dla Tomka był to trudny okres. Rodzice dużo więcej czasu
poświęcali niemowlęciu, a on czuł się osamotniony i coraz częściej zazdrosny.
Postanowiliśmy z małżonką zabrać wnuczka do siebie na wieś. Zaraz po
zakończeniu roku szkolnego pojechaliśmy do córki . Tomek na wieść o pobycie u
nas, ku naszemu zaskoczeniu, bardzo się ucieszył. Zazwyczaj zdecydowanie
bardziej wolał spędzać czas ze swoimi rodzicami. Jednak sytuacja w domu
spowodowała, że ucieczka od płaczącego po nocach malucha, była jednak wiele
lepszym rozwiązaniem, nawet jeśli miałby ten czas spędzić z dala od
wielkomiejskiego zgiełku. Tomek spakował calutki plecak zabawek, z którymi
nigdy się nie rozstaje. Między innymi zabrał ze sobą swoją ulubioną grę
planszową „ Grzybobranie w Zielonym Gaju” i pożegnał się z domownikami. Nawet
malutkiej Amelce dał całuska po kryjomu, by nikt nie widział. Wsiedliśmy do
samochodu i ruszyliśmy w drogę. Mieszkamy niecałe dwieście kilometrów od mojej
córki. Gdy dotarliśmy na miejsce, Tomeczek nagle posmutniał. Postanowiłem z nim
porozmawiać w cztery oczy. Powodem
okazało się rozstanie z mamą. Nigdy wcześniej nie wyjeżdżał z domu na tak długi
okres czasu. By rozweselić malucha zabrałem go ze sobą w odwiedziny do mojego
sąsiada. Na przywitanie przybiegł Olek, jego syn. Był o rok starszy od Tomka.
Sąsiad zaprosił nas na ciasto z truskawkami, a maluchów zostawiliśmy samych
sobie, by mogli się lepiej poznać. Już po kilkunastu minutach ganiali się po
podwórzu tak , jakby znali się od zawsze. Zaproponowałem Tomkowi, żeby
następnego dnia zaprosił Olka do nas, na partyjkę gry „ Grzybobranie w Zielonym
Gaju”. Syn sąsiada był naszym wnuczkiem zafascynowany. Następnego dnia
spędzili ze sobą calutki dzień i o
nudzie nie było mowy. Tomek przez cały okres pobytu o nas ani razu nie
wspomniał, że tęskni za rodzicami, a
wszystko za sprawą Olka, z którym świetnie się dogadywał.
poniedziałek, 11 września 2017
Półkolonie
Tegoroczny urlop zaplanowaliśmy z małżonką na przełomie lipca
i sierpnia. Mieliśmy w planach tygodniowy odpoczynek na urokliwych cypryjskich
plażach. Nie mogliśmy się doczekać wylotu. Zresztą nie tylko my, bo i nasz
dziesięcioletni syn o niczym innym nie mówił. Zanim jednak doszedł on do
skutku, postanowiliśmy zapisać Kamila na półkolonie. Oboje z małżonką pracowaliśmy, a na pomoc instytucji
babci nie mogliśmy liczyć. Szkoda nam było małego, bo musiałby siedzieć sam w
domu. Początkowo nie chciał słyszeć o żadnych półkoloniach. Troszkę to nas
zmartwiło. Okazało się jednak, że nasi znajomi posyłają dziecko na półkolonię
pod hasłem Robotyka z Minecraftem. Postanowiłem sprawdzić ofertę organizatora.
Wprawdzie nie należała ona do najtańszych, ale program był rzeczywiście
wyjątkowo atrakcyjny. Zanim jednak przedstawiłem propozycję Kamilkowi, zabrałem
go do swojego znajomego, by dzieciaki mogły się lepiej poznać. Przypadli sobie
do gustu. Kacper był w wieku Kamila. Wtedy dopiero zaproponowałem synowi udział
w takich półkoloniach. Ku mojemu zaskoczeniu, gdy tylko usłyszał, że będą tam
razem chodzić, zgodził się bez chwili zawahania. Zajęcia rozpoczynały się od
ósmej rano i trwały aż do godziny
czwartej po południu .W cenę wliczone też było śniadanie, obiad i podwieczorek. Już po pierwszym dniu, Kamil
był zachwycony. Buzia dosłownie mu się nie zamykała. Tym bardziej, że Minecraft
to była jedna z jego ulubionych gier komputerowych. Do tego dzieciaki przy
pomocy opiekunów miały okazje tworzyć własne roboty z klocków Lego. W ostatnim
dniu półkolonii każde dziecko otrzymało prezent w postaci zestawu naukowego
Fabryka Rakiet i dyplom ukończenia zajęć. Kamil był dumny i szczęśliwy. Gdy
wracaliśmy do domu poprosił mnie, bym następnego dnia zabrał go do Kacpra.
Chłopcy umówili się na wspólną zabawę . Zadzwoniłem więc do znajomego z
zapytaniem, czy takie spotkanie naszych dzieci jest możliwe i czy nie ma
przypadkiem innych planów. Następnego dnia Kamil spakował swoją Fabrykę Rakiet
i pojechaliśmy do Kacpra.
piątek, 8 września 2017
Zapominalska
Całkiem niedawno mieliśmy zaszczyt gościć całą naszą rodzinkę
z odległej Lubelszczyzny. Nie widzieliśmy się od dawna i każda taka okazja jest
dla nas wszystkich szczególnie ważnym wydarzeniem. Dom mamy duży, więc z
noclegiem nie było żadnego problemu. Tuż przed przyjazdem kuzynostwa z
dzieciakami , żona w kuchni dwoiła się i troiła, by wybornie uraczyć gości.
Zrobiła nawet moją ulubioną kaczkę z jabłkami, co zdarza jej się wyjątkowo
rzadko, bo nie lubi jej przyrządzać. Oczywiście nie zapomnieliśmy również o naszych najmłodszych przybyszach. Specjalnie
dla nich przygotowaliśmy mnóstwo słodkości. Naszych gości postanowiliśmy
ulokować w pokojach na piętrze. Gdy w
końcu się zjawili, powitaniom nie było końca. Dzieciaczki tak bardzo urosły, że
z trudem bym je po kilku latach rozpoznał , w szczególności sześcioletnia
obecnie Marysia, która ostatnio, gdy ją widziałem była słodkim niemowlaczkiem.
Goście rozpakowali swoje tobołki i chwilę później wszyscy zasiedliśmy do
wspólnej kolacji. Kilka dni minęło tak szybko, że zanim się
spostrzegliśmy, nasi przybysze szykowali
się do drogi powrotnej. Pożegnaliśmy się serdecznie, mając nadzieję, że
niebawem się znów zobaczymy. Po ich wyjeździe pomagałem żonie posprzątać na
piętrze nasze gościnne pokoje. W pewnym momencie zauważyłem, że pod łóżeczkiem
, w którym spała Marysia, że leży jakieś nieznajome mi pudełeczko. Gdy je
wyciągnąłem, okazało się, że zapominalska zostawiła u nas swoje puzzle „
Galaktyczna przygoda Barbie”. Postanowiłem zadzwonić do kuzyna, żeby mała się
nie denerwowała. Niestety przez następne kilka godzin nie mogłem się z nimi
połączyć z uwagi na brak zasięgu. Pod wieczór rozległ głośny dźwięk telefonu.
Dzwonił kuzyn, by powiadomić nas , że dojechali cali i zdrowi na miejsce i
zapytać, czemu tyle razy próbowałem się z nimi skontaktować. Poprosiłem do
telefonu Marysię i spytałem, czy zdążyła już rozpakować swoją torbę podróżną i
czy jej zawartość się zgadza. Odpowiedziała twierdząco. Powiedziałem jej
zatem o moim znalezisku
pod łóżeczkiem. Była zaskoczona i zmartwiona, że straciła swoją Galaktyczną
przygodę Barbie. Obiecałem jej jednak ,że wyślę ją do niej następnego dnia za
pośrednictwem poczty. Ucieszyła się niezmiernie i bardzo mocno mi podziękowała.
środa, 6 września 2017
Norek
Kilka dni temu mieliśmy okazję gościć w naszym domu moją kuzynkę
Annę. Właściwie była to dość nieoczekiwana wizyta. Siedzieliśmy akurat w
salonie i oglądaliśmy jakiś program przyrodniczy, gdy rozległ się głośny
dzwonek u drzwi. Zaciekawiony poszedłem otworzyć. Ku mojemu zdumieniu była to
moja kuzynka, która niezbyt często nas odwiedzała. Zawitała do nas ze swoim
kilkuletnim wnuczkiem Patrykiem. Byłem tak samo zaskoczony, jak i moja
małżonka. Zaprosiliśmy gości do środka. Na całe szczęście pani domu właśnie
wyjęła z pieca, apetycznie wyglądający placek z truskawkami. Mały Patryk był
troszkę onieśmielony. Po kilkunastu minutach jednak wyjął ze swojego czerwonego
plecaczka, którego nie wypuszczał z rąk swoją ulubioną zabawkę VTetch - Autko
Policja i rozgościł się na dywanie. Obserwowałem go przez dłuższą chwilkę . Sam
wnuków jeszcze nie mam, a przypatrując się maluchowi, zaczynałem nabierać
przeświadczenia, że właściwie byłoby to już wskazane. Patryk po cichutku bawił
się pośrodku salonu, gdy nagle otworzyły się drzwi wejściowe i do domu wpadł
niczym tajfun Norek, pies mojej córki. Zanim zdążyłem zareagować doskoczył do
chłopca i zaczął go oblizywać po całej twarzy. Patryk zamarł na chwilę w
bezruchu, po czym wybuchnął śmiechem. Radość jednak nie trwała zbyt długo.
Czworonożny rozrabiaka w pewnym momencie porwał ulubioną zabawkę Patryka i
zaczął uciekać. Rozpoczęła się gonitwa. Zanim jednak zdążyliśmy go złapać, VTetch
– Autko Policja została uszkodzona przez
ostre zęby zwierzaka. W jednej chwili na twarzy Patryka pojawił się grymas,
który nie wróżył nic dobrego. Chłopiec wybuchł
płaczem. Z trudem go uspokoiliśmy. Musiałem obiecać, że następnego dnia,
gdy tylko otworzą sklepy, odkupię maluchowi zabawkę. Poskutkowało. Niestety
wizja biegania po sklepach z zabawkami zupełnie popsuła mi humor. Na całe
szczęście, córka, która przywiozła ze sobą łobuza , zobligowała się wziąć na
swoje barki to wyzwanie. Następnego dnia po południu przywiozła ze sobą nową
zabawkę. Odetchnąłem z ulgą. Zadzwoniłem do kuzynki i czym prędzej zawiozłem
jej VTetch – Autko Policja , raz jeszcze
przepraszając .
poniedziałek, 4 września 2017
Podróż
Nadeszły upragnione wakacje i każdy z nas czekał na zasłużony
odpoczynek. W tym roku
postanowiliśmy wybrać się nad nasze morze. Troszkę obawialiśmy się tej podróży,
ponieważ do przejechania mieliśmy ponad siedemset kilometrów, a nasza Natalka
była jeszcze malutka. W zeszłym tygodniu skończyła dokładnie piętnaście
miesięcy. Miałem jednak nadzieję , że dobrze zniesie długą drogę. Do
planowanego wyjazdu przygotowywaliśmy się niemal dwa tygodnie. Najważniejsze
było sprawdzenie stanu technicznego naszego auta i uzupełnienie wszelkich
płynów , usunięcie drobnych usterek i tak dalej. Chodziło przecież o bezpieczeństwo naszej
rodziny. Na całe szczęście okazało się, że autko jest sprawne i nie są
potrzebne większe poprawki czy też naprawy. Dzień przed wyjazdem udałem się z
małżonką na ostatnie zakupy. Należało zaopatrzyć się w prowiant na drogę.
Wychodząc ze sklepu zauważyłem na półce kolorową książeczkę Moje Pierwsze
Rymowanki i odruchowo po nią sięgnąłem. Wyjechaliśmy bardzo wczesnym rankiem.
Natalka słodko spała pierwsze dwie godziny jazdy. Ja prowadziłem ,a małżonka zajmowała miejsce obok córeczki na
tylnym siedzeniu samochodu. Gdy się obudziła , zaczęło się marudzenie. Tego
obawiałem się najbardziej. Bardzo nie lubię, gdy piszczy z niezadowolenia. Nie
mogę się wówczas skoncentrować na jeździe. Poprosiłem małżonkę, byśmy zamienili
się rolami, a ja postaram się uspokoić małą marudę. Zjechaliśmy na pobocze i
usiadłem obok Natalki. Wyjąłem z torby nowy nabytek w postaci Moich Pierwszych
Rymowanek. Z zaciekawieniem przyglądała się kolorowym stronom i w końcu
przestała piszczeć. Odetchnąłem z ulgą. Mogliśmy spokojnie kontynuować naszą
podróż. Oczywiście zanim dotarliśmy do celu, zrobiliśmy sobie kilka przystanków
na wyprostowanie nóg i zasilenie naszych żołądków. Do Władysławowa dojechaliśmy
po niemal dziesięciu godzinach jazdy. Po zakwaterowaniu musieliśmy troszkę
odpocząć. Na całe szczęście, poza jednym incydentem, podróż minęła nam w miarę spokojnie.
Natalka na zmianę przysypiała i bawiła się nową książeczką. Obawialiśmy się , że będzie dużo gorzej. W
końcu jednak można było rozpocząć nasz urlop na dobre.
Subskrybuj:
Posty (Atom)