Nastały brzydkie jesienne dni. Bardzo nie lubię tej pory
roku. Jest zazwyczaj szaro, deszczowo i ponuro. Większość czasu spędza się w
domu. Na całe szczęście mamy bardzo fajnych sąsiadów, z którymi często spędzamy
te monotonne wieczory. To bardzo sympatyczna i
wesoła para. Nie sposób się nudzić w ich towarzystwie. Mieszkają dwa
piętra wyżej, więc gdy tylko doskwiera nam nuda wykonujemy jeden telefon i
można być pewnym, że wieczór będzie ciekawy. Zazwyczaj wspólny czas spędzamy
grając w jakieś gry. Ostatnio każde spotkanie kończyło się zabawą w kalambury.
Niedawno jednak miałem okazję odwiedzić hurtownię z zabawkami. Kupowałem wtedy
prezent dla mojej siostrzenicy Ady z okazji jej ósmych urodzin. Przechodząc
jednak obok stoiska z grami planszowymi, zatrzymałem się na chwilę. Uwagę moją
przykuła nowość firmy Trefl, a mianowicie gra
„ 5 sekund” . Gdy spytałem ekspedientki o opinie klientów, przekonywała
mnie ,że to rewelacyjna pozycja. Zapoznałem się z regułami gry. Wydawała się
całkiem ciekawa. Cena też nie była zbyt wygórowana. Za namową sympatycznej pani
,skusiłem się i ją kupiłem. Był piątek, więc po powrocie do domu zadzwoniłem do
moich ulubionych sąsiadów i zaprosiłem ich na małą partyjkę. Byli przekonani,
że będziemy znów grali w
kalambury. Żona przygotowała mały poczęstunek, a ja zaprezentowałem gościom
moją nową zdobycz. Byli nieco zaskoczeni. Stwierdzili nawet, że skoro kupiłem
ją w sklepie z zabawkami, jest to gra
przeznaczona dla dzieciaków. Przedstawiłem reguły gry . Na pozór były
rzeczywiście proste, gdy jednak rozpoczęliśmy rozgrywkę, nikomu nie było już do
śmiechu. Każdy chciał być najlepszy i najmądrzejszy. Najlepsze jest jednak to,
że o ile pytania wymagające wiedzy specjalistycznej nie sprawiały zazwyczaj
żadnego problemu, to pytania z pozoru
banalne wprawiały graczy wręcz w osłupienie. Rywalizacja była zacięta, ale
pomimo bojowych nastrojów, grze „ 5
sekund” towarzyszyły również pozytywne emocje. Przede wszystkim było mnóstwo
śmiechu. Nasze piątkowe spotkanie skończyło się wyjątkowo późno, ale gra była
tego warta.
piątek, 30 października 2015
środa, 28 października 2015
Puzzle przyjacielem dziecka
Nasz wnuczek Mateusz od kiedy sięgnę pamięcią uwielbiał
układać puzzle. Pasją tą zaraziła go moja siostra, która, gdy Mateusz miał
zaledwie trzy latka zabierała go ze sobą do swojego domu. Miała tam niezliczone
ilości układanek. Niektóre z nich były naprawdę stare. Najbardziej jednak
Mateusz lubił układać puzzle „Kąpiel Prosiaczka”. Może dlatego, że była to jego
ulubiona bajka, a może
dlatego ,że puzzle nie były zbyt skomplikowane i pomimo młodego wieku mógł
zupełnie sam je ułożyć. W każdym razie złapał bakcyla i choć dzisiaj ma już
dziesięć lat nadal lubi je układać. Tydzień temu, przechodząc obok Miejskiego
Domu Kultury zauważyłem plakat zatytułowany „Puzzle przyjacielem dziecka”. Od
razu pomyślałem o Mateuszu. W końcu nie zawsze trafia się taka okazja.
Promowana wystawa puzzli miała odbyć się za kilka dni. Niewiele myśląc
zakupiłem bilety wejściowe i pojechałem wprost do wnuczka. Mateusz odrabiał
lekcje. Nie chciałem przeszkadzać. Usiadłem więc cichutko w kuchni i czekałem cierpliwie, aż
skończy. Zza ściany dobiegało jego biadolenie. Za wszelką cenę chciał bowiem
uniknąć pisania opowiadania. Wszedłem do jego pokoju i oznajmiłem z uśmiechem,
że jeżeli napisze ładne wypracowanie, czeka go bardzo miła niespodzianka, która
z pewnością go ucieszy. Przystał na moje warunki. Córka zrobiła moją ulubioną
herbatkę z cytryną i miodem i usiedliśmy troszkę poplotkować. Po niespełna
godzinie do kuchni wkroczył Mateusz wymachując dumnie skończoną pracą domową.
Przeczytał opowiadanie. Było całkiem dobre, choć wprowadziliśmy kilka poprawek.
W nagrodę wręczyłem mu dwa bilety na
wystawę. Otworzył oczy ze zdumienia, a na jego policzkach pojawiły się
rumieńce. Był zachwycony i podekscytowany. Wystawa
odbyła się w sobotę. Pojechaliśmy na nią razem z moją córką. Mateusz był szczęśliwy. W
pewnym momencie złapał mnie za ręka i
zaprowadził do jednej z gablot z układankami. Nie mogłem uwierzyć własnym
oczom. Pod szklaną taflą leżały ulubione puzzle mojego wnuczka „Kąpiel
Prosiaczka”. Wystawa była rewelacyjna. Warto było ją odwiedzić.
poniedziałek, 26 października 2015
Półkolonie
Wakacje to dla dzieciaków najbardziej wyczekiwany okres. Po
całorocznym wysiłku intelektualnym przychodzi w końcu czas na relaks i
odpoczynek. Dla rodziców, w szczególności posiadających swoje pociechy w wieku
, który nie pozwala na samodzielne pozostawienie ich w domu, to czas dość
problemowy. Można zapisać wprawdzie dziecko na
jakieś półkolonie czy obóz, ale wakacje trwają aż dwa miesiące. Cudem
zatem by było zorganizowanie wypoczynku na cały ten okres. Długo zatem z żoną
debatowaliśmy nad tym tematem. Nasz ośmioletni syn z niechęcią przyjął do
wiadomości, że będzie uczestnikiem organizowanej przez jego szkołę półkolonii.
Twierdził, że podczas wakacji nie ma ochoty uczęszczać do szkoły, nawet jedynie
w celach rozrywkowych. Musiał niestety dostosować się do zaistniałej sytuacji .
Nie mieliśmy innego wyjścia. Pierwsze dwa tygodnie miał spędzić u dziadków na
wsi, kolejne dwa na znienawidzonej półkolonii, następne trzy na przemian ze mną
i żoną i pozostała jeszcze końcówka wakacji, którą jeszcze nie wiedzieliśmy jak
ugryźć. Liczyliśmy na jakiś cud. Niemniej jednak pierwsze dni spędzone u
dziadków upłynęły nad wyraz szybko. Dopiero co nasz syn wyjechał, a już
odbieraliśmy go z powrotem. Nadszedł czas by przygotować go do półkolonii. Całą
niedzielę słuchaliśmy jego narzekań, biadolenia i złośliwych odpowiedzi. W
poniedziałek z samego rana próbował nam wmówić nagłą chorobę. Nagle rozbolał go
strasznie brzuch, zrobiło mu się niedobrze. Podałem mu witaminę C, twierdząc,
że to lekarstwo na jego dolegliwości i zawiozłem do szkoły. Tego dnia zwolniłem
się z pracy, by go odebrać i podpytać opiekunów, jak zachowywał się na
zajęciach. Ku memu zdziwieniu, gdy wszedłem do sali, w której trwały zajęcia
mój syn razem z dwójką
kolegów układali puzzle „Przyjaciele z Krainy Lodu”, chichocząc raz po raz. Gdy
mnie zobaczył, stwierdził stanowczo ,że przyjechałem po niego o wiele za
wcześnie, bo nie zdążyli z chłopakami się pobawić. Wyszedłem więc z sali i poczekałem cierpliwie na zewnątrz. Gdy
zajęcia dobiegły końca, podszedł do mnie zadowolony i nie czekając na moje
pytanie, powiedział, że wcale nie jest aż tak źle na tej półkolonii i może
wytrzyma . Poprosił także, bym kupił mu w sklepie puzzle „Przyjaciele z Krainy
Lodu”, ponieważ mają zamiar z kolegami urządzić sobie zawody w ich układaniu na
czas, a on oczywiście chciał być najlepszy. Przystałem na tę prośbę i
pojechaliśmy do sklepu.
piątek, 23 października 2015
Parapetówka
Niedawno zostaliśmy z żoną zaproszeni przez naszych dawnych
sąsiadów na parapetówkę do ich świeżo wybudowanego domu na obrzeżach naszego
miasta. Basia i Tomasz byli naszymi sąsiadami przez kilka lat, później jednak
wyjechali do Wielkiej Brytani w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Zostali
tam przez blisko pięć lat . Tam też urodziła im się córeczka Pamela, która w ubiegłym miesiącu
skończyła cztery latka. Po okresie ciężkiej pracy na wyspach udało im się
wrócić do Polski i wybudować piękny dom. Tomasz na miejscu mając doskonały fach
w ręku założył własną firmę zajmującą się wykończeniami wnętrz, zaś Basia
otworzyła swój wymarzony salon piękności. Gdy dotarliśmy do ich nowej
posiadłości, zaparło nam dech w piersiach. Na pierwszy plan wysunął się bajkowy
ogród z piękną altaną pośrodku i mnóstwem ozdobnych krzewów i kwiatów. Gdy
zapukaliśmy do drzwi nieśmiało otworzyła
je śliczna dziewczynka o bujnych blond lokach i błękitnych oczach. Wręczyłem
jej mały upominek – puzzle „ Barbie i jej super
przyjaciele”. Zadowolona pobiegła do mamy pochwalić się prezentem. Basia
zaprowadziła nas do obszernego salonu, urządzonego z wyjątkowym gustem i
smakiem. Sądząc po minie mojej żony, oczekiwałem po powrocie do domu lawiny
słów typu : „ a widziałeś
jaki oni mają….”. Powoli zacząłem układać sobie w głowie odpowiedzi na jej
dziwne pytania. Nie mniej jednak dom był rzeczywiście piękny. W salonie
najbardziej spodobał mi się kominek, który gdy zapłonął tworzył wspaniałą,
ciepłą i rodzinną atmosferę. Dom był zbudowany w systemie parterowym z
użytkowym poddaszem mieszkalnym, na którym mieściła się sypialnia rodziców i
pokój dziecięcy. Basia oprowadziła nas po wszystkich zakamarkach. Każde
pomieszczenie było wyjątkowe, ale najbardziej spodobał mi się gabinet Tomasza.
Jego własny azyl. Pomyślałem, że fajnie by było mieć taki własny kąt, gdzie
można się schować i zaszyć choć na chwilę, gdzie nikt ci nie przeszkadza i nie
marudzi. Ostatnim pokoikiem, który pozostał do obejrzenia było małe królestwo
Pamelki. Gdy zajrzeliśmy do środka dziewczynka siedziała na dywaniku i z
zapałem starała się ułożyć puzzle „Barbie i jej super przyjaciele”. Gdy mnie
zobaczyła podbiegła do mnie, chwyciła za rękę i z rozbrajającym uśmiechem
spytała „ Pomożesz mi ? ” wskazując na układankę. Nie śmiałem odmówić.
środa, 21 października 2015
Nieoczekiwane spotkanie
W ubiegłą sobotę zupełnie przypadkiem, przy okazji robienia
zakupów na naszym podmiejskim ryneczku, spotkałem dawnego znajomego , którego
nie widziałem od co najmniej dziesięciu lat. Razem studiowaliśmy na
politechnice w Poznaniu. Przez
ostatnie dwa lata wspólnie wynajmowaliśmy małe mieszkanko niedaleko uczelni. To
były wyjątkowe lata. Bardzo dobrze się dogadywaliśmy, niejedną noc zarwaliśmy,
nawet podobały się nam te same dziewczyny. Wtedy dochodziło do niewielkich
scysji, ale zawsze potrafiliśmy jakoś się dogadać. Po otrzymaniu dyplomów
ukończenia uczelni, każdy z nas wyjechał do swojego rodzinnego miasta. Nasze
drogi się rozeszły. Później docierały do mnie informacje, że Mirek wyjechał do
Niemiec i tam założył rodzinę. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy spotkałem
go przy stoisku z warzywami w
moim rodzinnym mieście. Okazało się, że jego małżonka ma tu babcię, do której
właśnie przyjechali w odwiedziny. Zamieniliśmy kilka słów i wymieniliśmy się telefonami. Po
powrocie do domu opowiedziałem żonie o niezwykłym spotkaniu. Zaproponowała ,
żeby Mirek z żoną wpadli do nas na kolację. Uradowany chwyciłem za telefon i o
godzinie siedemnastej rozległo się głośne pukanie do drzwi. Ku memu zaskoczeniu
towarzyszyła im córeczka, na oko w tym samym wieku co nasza Amelka. Dziewczynki
przypadły sobie do gustu. Po kolacji pobiegły do dziecięcego pokoju, by się
pobawić. Po godzinie zaniepokojeni ciszą zajrzeliśmy do dziewczyn. W skupieniu
układały najnowsze puzzle Amelki „Jej wysokość Zosia”. Były tak pochłonięte
układanką, że nawet nie zauważyły jak cała nasza czwórka stała nad ich głowami.
Gdy w końcu zorientowały się , że są obserwowane nastąpiło takie poruszenie, że
przez przypadek, ze stołu, na którym pracowały, puzzle” Jej wysokość Zosia”
spadły na ziemię i się rozsypały. Dziewczynki były strasznie złe . Z
zaciśniętymi zębami wyprosiły nas z pokoju, by od nowa w spokoju złożyć
układankę. Wróciliśmy zatem do salonu i postanowiliśmy im już nie przeszkadzać.
W końcu one też nie zakłócały nam spotkania.
poniedziałek, 19 października 2015
Monachium
Niedawno pojechaliśmy
z synem i córką do rodziny w Niemczech. Ciotka mieszka w pięknym domu na
obrzeżu Monachium. Ma dwóch synów w
wieku dziesięć i piętnaście lat.
Ciotka Jolanta to młodsza siostra mojej mamy. Gdy miała troszkę ponad
dwadzieścia lat poznała swojego przyszłego męża Wilfrieda i wyjechała do
Niemiec. Spotykamy się bardzo rzadko. Do Monachium jest przeszło tysiąc
dwieście kilometrów, więc podróż jest długa i męcząca. Tym razem jednak postanowiliśmy
wybrać się do niej liniami lotniczymi. W tej chwili ceny biletów nie są zbyt
wygórowane. Właściwie po przeliczeniu kosztów podróży samochodem i samolotem
okazało się, że różnica jest zaledwie dwustu złotych, ale komfort i czas
podróży wart jest dopłacenia tych kilku groszy. Wzięliśmy z żoną kilka dni
urlopu, zamówiliśmy bilety lotnicze i kilka dni później staliśmy już na głównej
płycie portu lotniczego w Monachium. Z podróży najbardziej zadowolony był nasz
syn Igor, gdyż był to jego pierwszy lot. Na lotnisko przyjechał po nas wuj
swoim wielkim Jeepem. Gdy dotarliśmy na miejsce na spotkanie wybiegły
dzieciaki, młodszy Martin i starszy Lukas. Przywitali się z nami i zaprowadzili
do naszych pokoi gościnnych. Dom mieli ogromny. Ciotka przygotowała pyszną
kolację. Po posiłku Igor z Martinem pobiegli do pokojów chłopców, żeby się
pobawić. Synowie ciotki, choć urodzili się w Niemczech świetnie mówią po
polsku. My siedzieliśmy w salonie i rozmawialiśmy. W pewnym
momencie przybiegł do nas Igor, trzymając w ręku jakiś drobiazg. Z podniecenia
mówił tak szybko, że nie mogliśmy go wcale zrozumieć . Chwilę później do salonu
wkroczył Martin, który wytłumaczył nam, że podarował Igorowi swój
VTech-Kidizoom Smart Watch. Martin tłumaczył, że nasz syn był tak zafascynowany
tym zegarkiem, że postanowił mu go dać. Stwierdził, że u nich w Niemczech takie
zabawki elektroniczne, bo VTech-Kidizoom Smart Watch poza wskazywaniem czasu ma
szereg dodatkowych funkcji, które bardziej sprowadzają go do roli zabawki niż
zegarka, nie są drogie i jeszcze zdąży sobie taki kupić. Nasz syn promieniał z
radości. U ciotki spędziliśmy pięć rewelacyjnych dni. Po powrocie do domu, nasz
syn stwierdził, że nigdy nie rozstanie się ze swoim nowym prezentem od Martina.
czwartek, 15 października 2015
Lodowe animacje
W ubiegły weekend pojechaliśmy z synem do Warszawy na pokaz
bajkowych postaci. Wyjazd ten zaplanowany był już prawie miesiąc temu. Któregoś
dnia odebrałem ze szkoły Piotrka. Był bardzo pobudzony. Trzymał w dłoni ulotkę,
reklamującą mający się odbyć w stolicy naszego kraju magiczny show z udziałem najsłynniejszych
postaci z bajek. Okazało się, że tego dnia w szkole na lekcji wychowawczej, do
klasy Piotra zawitał przedstawiciel firmy organizującej pokaz. Wręczył dzieciakom ulotki, opowiedział o
planie imprezy, a nawet odtworzył na projektorze krótki zwiastun programu.
Dzieci były oczywiście zachwycone, rodzice zapewne troszkę mniej. Ceny wstępu
na ten magiczny show przeszły nasze oczekiwania. Niestety nijak nie dało się
wytłumaczyć Piotrkowi, że to strata pieniędzy. W końcu doszliśmy do kompromisu.
Wycieczka do Warszawy miała być prezentem urodzinowym. Przełknąłem te kilkaset
złotych i zamówiłem bilety wstępu. Do stolicy wyruszyliśmy zaraz po sobotnim
obiedzie. Nie chcieliśmy się spóźnić. Podróż trwała prawie półtorej godziny.
Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że show przyciągnął tłumy widzów.
Sądząc po numerach rejestracyjnych zaparkowanych przed wejściem samochodów,
przyjechali tu ludzie z całej Polski. Była nawet ogólnopolska stacja
telewizyjna. Ponieważ cała impreza miała odbyć się na tafli lodu, założyliśmy
łyżwy i daliśmy ponieść się emocjom. Iluminacje świetlne, wspaniałe podłoże
muzyczne, rewelacyjna choreografia i kostiumy aktorów robiły ogromne wrażenia.
Po zakończonym pokazie bajkowe postacie wmieszały się w tłum dzieciaków.
Piotrek oczywiście na krok nie odstępował ulubionych, bajkowych herosów,
szczególnie IronMana. Przy wyjściu ustawiono stoiska z pamiątkami. Nie zdążyłem
zaprotestować, a mój syn trzymał już
w dłoni zestaw puzzli Avengers. Jego błagalny wzrok nie pozostawiał mi innego
wyjścia, jak zakupić to cudeńko za bagatela pięćdziesiąt złotych. Wycieczka
kosztowała mnie fortunę , ale widząc entuzjazm mojego syna, uznałem, że było
warto. Po powrocie do domu, pomimo późnej godziny, pierwszą rzeczą jaką zrobił
Piotrek było oczywiście złożenie w całość swoich puzzli Avengers, z jego
ulubionymi herosami.
środa, 14 października 2015
Impreza urodzinowa
W ubiegłą sobotę zorganizowaliśmy swojemu dziesięcioletniemu jedynakowi imprezę
urodzinową. Planowaliśmy ten dzień uczcić w jakiejś sali zabaw albo w pizzerii. Niestety nasz Igorek uparł się,
żeby przyjęcie odbyło się w domu. Nie byliśmy z żoną tym pomysłem zachwyceni. Mieliśmy
już jedno doświadczenie z
organizowaniem tego typu imprez właśnie w domu. Kilka lat temu Igor zaprosił
bodajże ośmiu najlepszych kolegów. Na całe szczęście byłem wtedy w podróży służbowej i nie miałem okazji
nadzorować tego przyjęcia , ale moja małżonka ponoć włosy z głowy sobie rwała.
Widziałem natomiast efekt końcowy tej imprezy, zrobiła bowiem zdjęcie i mi je
wysłała. Dom został przez te brzdące wywrócony do góry nogami. Wyglądało to tak
jakby tajfun przeszedł nie tylko przez pokój Igora, ale przez niemal całe
mieszkanie. Wtedy żona powiedziała sobie, nigdy więcej. I rzeczywiście przez
następne lata wszelkie przyjęcia organizowane były w specjalnie do tego celu
stworzonych salach zabaw. Dzieci mogły dać upust swoim emocjom, wyładować
ogromne pokłady energii, a mieszkanie pozostawało czyściutkie. W tym roku Igor
się uparł, żeby zorganizować domówkę. Od dwóch tygodni trwały zatem w naszym
domu negocjacje co do miejsca zorganizowania przyjęcia. W końcu żona uległa,
ale pod jednym warunkiem, że nie zostawię jej w tym dniu samej . Igor zaprosił
kolegów. Początkowo dzieciaki bawiły się całkiem spokojnie, o ile spokojną
zabawą można nazwać gry na konsoli z czujnikiem ruchu. Po pewnym czasie jednak
przyszło znużenie i chłopcy zaczęli
penetrować dom. Zawołałem wtedy chłopaków do salonu , położyłem na stole
specjalnie na tę okazję zakupioną grę „5 sekund Junior” i rozpoczęły się zawody, w których wygraną były
bilety do kina dla trzech osób. Dostałem je w pracy, więc postanowiłem
wykorzystać ten fant , gdy przyjdzie krytyczny moment imprezy. Chłopcy poddali
się emocjom, jakie niosła ze sobą rozgrywka. Rywalizacja była naprawdę zacięta.
W końcu gra „5 sekund Junior „ dobiegła końca, wyłoniliśmy zwycięzców i
podziękowaliśmy pozostałym uczestnikom gry za doskonałą zabawę, wręczając im drobne
nagrody pocieszenia. Tym razem przyjęcie urodzinowe nie zrujnowało naszego
mieszkania.
poniedziałek, 12 października 2015
Farma
Niedawno wybraliśmy się z naszą wnuczką do rodziny w okolice
Mikołajek. Mieszka tam mój brat Staszek z żoną Lidką i trójką dzieci :
Mikołajem, Adamem i Olą. Mają ogromny dom i duże gospodarstwo. Zajmują się
głównie hodowlą bydła. Zawsze podziwiałem ich pracowitość i zaangażowanie.
Prowadzenie tak dużego gospodarstwa wymaga ogromnego wysiłku. Z pomocą
przychodzi im najstarszy syn Mikołaj. To bardzo odpowiedzialny młodzieniec. Od ostatniego razu, gdy byliśmy
u nich w gościnie minęło dwa lata. Nasza wnuczka Martynka skończyła w tym roku
sześć lat. Była więc już na tyle duża, by mogła wreszcie wybrać się z nami do
rodziny. Gdy dotarliśmy na miejsce był już wieczór. Lidka zaprowadziła nas do
naszych pokoi gościnnych na poddaszu i zaprosiła na pyszną kolację. Nie mogłem
uwierzyć, jak szybko dorastają dzieci. Mikołaj skończył niedawno siedemnaście
lat. Był już prawie dorosłym mężczyzną, wysokim i postawnym. Adam o dwa lata
młodszy niemal dorównywał mu wzrostem . Najmłodsza była Ola, która niedługo
będzie obchodziła swoje siódme urodziny. Nasza wnuczka Martynka nie odstępowała
jej na krok, a Ola dumnie opowiadała, co dzieje się u niej na wsi. Z samego
rana dziewczynki pobiegły na podwórze. Ola koniecznie chciała pokazać naszej
wnuczce króliki. Zapewne, gdyby Lidka nie zawołała ich na obiad, zupełnie
zapomniałyby ,że czasem też trzeba coś zjeść. Następnego dnia wybraliśmy się na
wycieczkę do Mikołajek. Zwiedzając miasteczko natrafiliśmy na sklep z
zabawkami. Martynka bardzo chciała kupić sobie jakąś pamiątkę , która będzie
jej przypominała o tym wyjeździe. Spośród niezliczonej ilości zabawek wybrała
puzzle „Farma”. Gdy wróciliśmy do rodzinnego domu Staszka poprosiła Olę, by
pomogła jej je ułożyć. Dziewczynki pobiegły do pokoju dziecięcego, a my
mieliśmy okazję wreszcie spokojnie porozmawiać. Po jakimś czasie do salonu
dumnie wkroczyła Ola z Martynką
niosąc ostrożnie ułożone w pudełku puzzle „Farma”. Były tak dumne, że same
potrafiły złożyć w całość, bez pomocy dorosłych układankę, że nie zauważyły
leżącego na dywanie psa i po paru sekundach puzzle razem z dziewczynkami również znalazły się na dywanie, a psiak
skomląc uciekł na podwórze. Wyglądało to tak komicznie, że nie mogliśmy
powstrzymać śmiechu. Z początku dziewczynki były strasznie złe, ale po chwili
roześmiały się głośno i
stwierdziły, że puzzle poczekają do jutra, bo trzeba nakarmić króliki. To był
wyjątkowo udany pobyt. Najbardziej z niego zadowolona była Martynka, choć przykro
jej było, że musi wracać do domu.
piątek, 9 października 2015
Sobota
To miała być zwykła sobota. Z samego rana wybrałem się
z moją szanowną małżonką na zakupy. Najpierw kupiliśmy świeże warzywa i owoce
na pobliskim ryneczku, a później wybraliśmy się do supermarketu, celem
uzupełnienia zapasów żywności. Tuż przy kasach wystawiono duże stoisko z grami
planszowymi w atrakcyjnych cenach znanej marki. Pomyślałem, że warto skorzystać
z okazji i kupiłem grę o nazwie „5 sekund” .Spodobał mi się opis gry, według którego jest to gra o
bardzo prostych i przejrzystych zasadach, a do tego wywołująca wiele
pozytywnych emocji. Postanowiłem zatem sprawdzić czy producent aby nie
przechwalił gry. Zaprosiłem więc naszych starych znajomych na małą partyjkę.
Pogoda była wyśmienita, więc postanowiliśmy spędzić ten wieczór w ogrodzie.
Małżonka upiekła pyszne ciasto ze śliwkami, a Mieczysław, mój przyjaciel przyniósł moją
ulubioną nalewkę z owoców leśnych własnej produkcji. Na dużym ogrodowym stole
rozłożyłem planszę gry „5 sekund” i przystąpiliśmy do zabawy. Rzeczywiście była
to doskonała rozrywka. Emocje towarzyszące zabawie były ogromne. Zasady gry są
niezwykle proste. Losuje się karteczki z pytaniem polegającym na wymienieniu
trzech rzeczy w czasie 5 sekund. Czas odmierza bardzo ciekawe urządzenie,
skonstruowane na podobieństwo klepsydry wydającej dźwięk, który dodaje uroku i
adrenaliny. Pytania są zróżnicowane, zaczynając od bardzo prostych jak na
przykład polegające na wymienieniu trzech rzeczy koloru żółtego po takie, które
wymagają dużej wiedzy. Są tu też pytania wymagające kreatywności oraz takie z
życia wzięte. Okazuje się w pewnym momencie gry, że osoby , które posiadają dużą
wiedzę książkową, odpadają na pytaniach wręcz banalnych. Gra posiada bardzo
proste zasady, ale okrojony czas pięciu sekund na udzielenie odpowiedzi, jak
również nietypowość pytania powoduje u każdego z graczy lekki stres. Gra „5 sekund” ma jeszcze jeden
dodatkowy atut, bowiem ilość pytań jest tak duża, że są naprawdę niewielkie
szanse na powtórzenie któregoś z nich. Naszą rozrywkę skończyliśmy w bardzo późnych godzinach wieczornych w
wyjątkowo dobrych nastrojach.
czwartek, 8 października 2015
Zguba
W ubiegłą sobotę wybraliśmy
się całą rodziną na organizowany przez naszego pracodawcę festyn
rodzinny z okazji zakończenia wakacji. Impreza zorganizowana została na obrzeżach naszego miasta. Atrakcji
było co niemiara. Darmowy poczęstunek przyciągał tłumy. Można było zjeść
zarówno dania z grilla jak i
tradycyjne dania polskie, takie jak żurek czy pierogi . Dla najmłodszych
przygotowano osobne stanowiska, na których serwowano popcorn, lody, hot-dogi
oraz pyszne naleśniki na słodko. Całej imprezie towarzyszyły zawody sportowe
dla starszych uczestników i mnóstwo atrakcji dla dzieciaków, typu wyścigi na
gokartach, dmuchane zjeżdżalnie, zamki, ścianki wspinaczkowe czy trampoliny.
Uwagę mojego siostrzeńca, którego zabrałem ze sobą, przykuły pokazy aikido. Zwolennicy
sztuk walki tłumnie zebrali się wokół
sportowców. W pewnym momencie pod naszymi nogami ujrzałem jakiś przedmiot .
Okazało się , że to ostatni trend mody – zegarek VTech-Kidizoom Smart Watch.
Obejrzałem to cacko ze wszystkich stron. Prezentował się całkiem ciekawie.
Siostrzeniec objaśnił mi dokładnie, jakie posiada funkcje. To rewelacyjny
gadżet elektroniczny na rękę. Posiada wbudowany ekran dotykowy, aparat
fotograficzny, dyktafon oraz trzy super gry. Ma też możliwość podłączenia do
komputera . Umożliwia dzieciom zgrywanie zdjęć
i filmów oraz kreatywną zabawę. Tego wszystkiego dowiedziałem się od
siostrzeńca. W końcu nadeszła pora odszukania właściciela drogocennej zguby.
Właściwie nie było to trudne zadanie. Wystarczyło poprosić obsługę imprezy o
ogłoszenie komunikatu. Nie musieliśmy długo czekać. Po paru minutach z tłumu
wyłoniła się zapłakana twarzyczka chłopca. Podbiegł do nas i serdecznie
podziękował za odnalezienie jego
VTech-Kidizoom Smart Watch. Bardzo przeżył zgubę, gdyż był to świeżo
otrzymany, upragniony prezent urodzinowy. Mój siostrzeniec , sądząc po minie,
nie był zbyt zadowolony. Miał chyba nadzieję, że nikt nie zgłosi się po
zegarek. Jednak po chwili podszedł do nas tata chłopca. Pogratulował
siostrzeńcowi godnej naśladowania przygody i wyjął z kiszeni kupon rabatowy na
wszystkie gry komputerowe w jego sklepie. Cieszyłem się że ta historia miała
tak szczęśliwe zakończenie. W końcu
siostrzeniec dostał prawdziwą lekcję życia, zgodnie z zasadą, że uczciwość
zawsze popłaca.
poniedziałek, 5 października 2015
Wycieczka
Ostatnio wybrałem się z moim wnuczkiem do kina. Mieszkamy w
małym miasteczku w centrum Polski i nasze miejscowe kino bardzo odbiega od tych
wielkomiejskich, nowoczesnych i komfortowych dużych ekranów. Stąd też gdy tylko
mamy okazję robimy sobie wycieczkę do stolicy , by napawać się efektami
światowej kinematografii w ekskluzywnym wydaniu. Na wyprawę zabraliśmy ze sobą
również najlepszego kolegę mojego wnuczka. Przed wyjazdem przejrzeliśmy grany w
tym dniu repertuar . Były trzy pozycje godne uwagi. Chłopcy po długiej dyskusji
postanowili, że obejrzymy bajkę animowaną Produkcji Walta Disneya Przyjaciele z
Krainy Lodu. Dokonaliśmy internetowej rezerwacji biletów i wyruszyliśmy. Gdy
dotarliśmy na miejsce okazało się, że sala kinowa jest pełna. Film został
nagrodzony dwoma Oscarami , więc z ogromną ciekawością
czekaliśmy aż z dużego ekranu znikną męczące reklamy. Ekranizacja wzruszającej powieści
Andersena okazała się wspaniałą przygodą. Chłopcy początkowo kręcili nosem, że
to bajka o księżniczkach i raczej dla dziewczyn, ale podczas seansu stwierdzili,
że właściwie chłopcom też może się podobać. Po wyjściu z sali kinowej ,
mieszczącej się w ogromny centrum handlowym zaproponowałem, że byłoby miło
kupić jakiś drobiazg dla młodszej wnusi, która została w domu z powodu choroby.
Chłopcy przyjęli pomysł z
entuzjazmem i udaliśmy się do sklepu z zabawkami. Wybór nie był prosty. Zabawek
,gier, lalek było całe mnóstwo. W pewnym momencie mój wnuczek przybiegł do mnie
trzymając w ręku pudełko puzzli Przyjaciele z Krainy Lodu. Stwierdził, że skoro
siostra nie mogła jechać z nimi do kina, warto kupić jej coś, co choć troszkę
ją rozweseli. Po powrocie do domu wnuczek
z dumą wręczył siostrze upominek, pocałował ją w policzek i powiedział,
by się nie smuciła. Zostawiłem maluchów samych w pokoju i poszedłem do kuchni
uciąć sobie małą pogawędkę z córką. Zza
ściany słyszałem, jak wnuczek pomaga siostrze układać puzzle Przyjaciele z
Krainy Lodu, opowiadając jej przy tym całą fabułę bajki. Gdy skończyli wnusia
była bardzo szczęśliwa, że jej starszy brat o niej nie zapomniał i zrobił jej
ogromną niespodziankę.
Weekend w Zakopanem
Właśnie wróciliśmy ze znajomymi ze wspólnego wypadu do
Zakopanego. To była znakomita przygoda . Weekend w górach planowaliśmy od
jakichś dwóch miesięcy. Nie mogliśmy się zgrać, ponieważ okazywało się , że
albo mam szkolenie, albo Robert, mój znajomy pracuje, albo jego żona się
rozchorowała. Wszystko wskazywało na to, że wspólna wyprawa nie dojdzie do
skutku. Wreszcie kilka dni temu Robert wpadł do mnie na kawę i ku mojemu
zaskoczeniu wszyscy mieliśmy wolny weekend. Nie było czasu na rezerwację
kwatery. Z marszu, w piątek po pracy spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy wyruszyliśmy w drogę. Był majowy weekend.
Pogoda dopisywała. Gdy dotarliśmy na miejsce, był już późny wieczór. Pomimo
naszych obaw co do zakwaterowania, okazało się, że w pierwszym pensjonacie, do
którego trafiliśmy właśnie zwolniły się dwa dwuosobowe pokoje. Szczęście na
sprzyjało. Następnego dnia z rana ruszyliśmy w góry. Widoki zapierały dech w
piersiach. W połowie naszej wyprawy zatrzymaliśmy się na gorącą czekoladę w schronisku. Nagle
usłyszeliśmy grzmot. Podeszliśmy do okien, nadciągała burza. Nie było innego
wyjścia, jak zostać w środku i przeczekać nawałnicę. Mieliśmy nadzieję, że nie
potrwa to długo. Niestety szczęście nas opuściło. Gdy przestało się błyskać i
grzmieć, a wiatr przegonił czarne chmury, była już szarówka. Czystym
szaleństwem byłby w takich okolicznościach
powrót do naszego pensjonatu. Zadzwoniliśmy
więc do recepcji, by poinformować, że nie zjawimy się na noc. Nie było innego
wyjścia, jak zostać na noc w schronisku.
Burza zakłóciła sygnał radiowy i telewizyjny, więc wieczór nie zapowiadał się
zbyt optymistycznie. Na całe szczęście placówka dysponowała również grami
planszowymi. Wybraliśmy Kalejdoskop - 50
gier i udaliśmy się do naszego pokoju. Rozpoczęliśmy od partyjki szachów.
Robert jest doskonałym szachistą, więc
rozgrywka była bardzo krótka. Ku naszej uciesze Kalejdoskop 50 gier to zestaw
gier planszowych i każdy może znaleźć tu coś dla siebie. Takiego wieczoru dawno
nie pamiętam. Było wiele śmiechu, zabawy , ale i emocji związanych ze zdrową
rywalizacją.
piątek, 2 października 2015
Urodziny Marysi
W zeszłą sobotę zostałem zaproszony przez moją siostrę na
urodziny jej córki. Marysia, tak ma na imię moja chrześnica, właśnie skończyła
siedem lat. Od kiedy sięgnę pamięcią jej ulubionym zajęciem jest układanie
puzzli dla dzieci. Zakup prezentu dla Marysi nie jest wcale dużym wyzwaniem . Zazwyczaj bowiem idę po prostu do sklepu z zabawkami i
proszę o dowolny zestaw puzzli dla
dziewczynki. Nawet, jeżeli okazuje się, że zakupiona przeze mnie kolejna
układanka znajduje się już zbiorach małej
pasjonatki, nie stanowi to dla niej żadnego problemu. Zaprasza wtedy
swoją przyjaciółkę do wspólnej zabawy. Każda z nich ma wówczas ten sam zestaw
układanki i mogą rozpocząć zawody w ich
układaniu. Marysia jest bardzo energiczną i żywiołową siedmiolatką i tego typu
zajęcie nijak do niej nie pasuje. Dla mnie puzzle to nudne i bardzo
pracochłonne zajęcie. Jednak eksperci są zgodni co do znaczenia tego typu układanek w
rozwoju psychoruchowym dzieci. Należą one do kategorii gier umysłowych,
rozwijają pamięć, spostrzegawczość i umiejętność kojarzenia, są doskonałym
treningiem dla umysłu najmłodszych . Puzzle dla dzieci poprawiają koordynację
między rączką a okiem, ćwiczą wyobraźnię oraz wzrok dziecka. Moja siostra
twierdzi, że dzięki układankom Amelka ćwiczy koncentrację i co najważniejsze
cierpliwość, co przekłada się przede wszystkim na jej wyniki w szkole. Udałem się zatem do
pobliskiego sklepu z zabawkami, celem zakupu prezentu. Przy samym wejściu w
oczy rzucił mi się zestaw puzzli pod nazwą „Jej wysokość Zosia”. Starałem sobie
przypomnieć czy Marysia posiada już w swojej kolekcji takie puzzle. Niestety
nie było to łatwe zadanie. Postanowiłem zaryzykować . Impreza urodzinowa miała
rozpocząć się o godzinie 17.00. Jak na
złość nie chciał mi odpalić samochód. Byłem mocno spóźniony. Gdy dotarłem na miejsce Marysia wybiegła
mi na powitanie. Wręczyłem jej puzzle „ Jej wysokość Zosia” i czekałem na jej
reakcję. Rozbrajający uśmiech Marysi powiedział mi wszystko. To był strzał w
dziesiątkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)