piątek, 30 października 2015

Smutna jesień


Nastały brzydkie jesienne dni. Bardzo nie lubię tej pory roku. Jest zazwyczaj szaro, deszczowo i ponuro. Większość czasu spędza się w domu. Na całe szczęście mamy bardzo fajnych sąsiadów, z którymi często spędzamy te monotonne wieczory. To bardzo sympatyczna i  wesoła para. Nie sposób się nudzić w ich towarzystwie. Mieszkają dwa piętra wyżej, więc gdy tylko doskwiera nam nuda wykonujemy jeden telefon i można być pewnym, że wieczór będzie ciekawy. Zazwyczaj wspólny czas spędzamy grając w jakieś gry. Ostatnio każde spotkanie kończyło się zabawą w kalambury. Niedawno jednak miałem okazję odwiedzić hurtownię z zabawkami. Kupowałem wtedy prezent dla mojej siostrzenicy Ady z okazji jej ósmych urodzin. Przechodząc jednak obok stoiska z grami planszowymi, zatrzymałem się na chwilę. Uwagę moją przykuła nowość firmy Trefl, a mianowicie gra  „ 5 sekund” . Gdy spytałem ekspedientki o opinie klientów, przekonywała mnie ,że to rewelacyjna pozycja. Zapoznałem się z regułami gry. Wydawała się całkiem ciekawa. Cena też nie była zbyt wygórowana. Za namową sympatycznej pani ,skusiłem się i ją kupiłem. Był piątek, więc po powrocie do domu zadzwoniłem do moich ulubionych sąsiadów i zaprosiłem ich na małą partyjkę. Byli przekonani, że będziemy znów grali          w kalambury. Żona przygotowała mały poczęstunek, a ja zaprezentowałem gościom moją nową zdobycz. Byli nieco zaskoczeni. Stwierdzili nawet, że skoro kupiłem ją w  sklepie z zabawkami, jest to gra przeznaczona dla dzieciaków. Przedstawiłem reguły gry . Na pozór były rzeczywiście proste, gdy jednak rozpoczęliśmy rozgrywkę, nikomu nie było już do śmiechu. Każdy chciał być najlepszy i najmądrzejszy. Najlepsze jest jednak to, że o ile pytania wymagające wiedzy specjalistycznej nie sprawiały zazwyczaj żadnego problemu, to pytania   z pozoru banalne wprawiały graczy wręcz w osłupienie. Rywalizacja była zacięta, ale pomimo bojowych nastrojów,  grze „ 5 sekund” towarzyszyły również pozytywne emocje. Przede wszystkim było mnóstwo śmiechu. Nasze piątkowe spotkanie skończyło się wyjątkowo późno, ale gra była tego warta.

środa, 28 października 2015

Puzzle przyjacielem dziecka


Nasz wnuczek Mateusz od kiedy sięgnę pamięcią uwielbiał układać puzzle. Pasją tą zaraziła go moja siostra, która, gdy Mateusz miał zaledwie trzy latka zabierała go ze sobą do swojego domu. Miała tam niezliczone ilości układanek. Niektóre z nich były naprawdę stare. Najbardziej jednak Mateusz lubił układać puzzle „Kąpiel Prosiaczka”. Może dlatego, że była to jego ulubiona bajka,             a może dlatego ,że puzzle nie były zbyt skomplikowane i pomimo młodego wieku mógł zupełnie sam je ułożyć. W każdym razie złapał bakcyla i choć dzisiaj ma już dziesięć lat nadal lubi je układać. Tydzień temu, przechodząc obok Miejskiego Domu Kultury zauważyłem plakat zatytułowany „Puzzle przyjacielem dziecka”. Od razu pomyślałem o Mateuszu. W końcu nie zawsze trafia się taka okazja. Promowana wystawa puzzli miała odbyć się za kilka dni. Niewiele myśląc zakupiłem bilety wejściowe i pojechałem wprost do wnuczka. Mateusz odrabiał lekcje. Nie chciałem przeszkadzać. Usiadłem więc cichutko         w kuchni i czekałem cierpliwie, aż skończy. Zza ściany dobiegało jego biadolenie. Za wszelką cenę chciał bowiem uniknąć pisania opowiadania. Wszedłem do jego pokoju i oznajmiłem z uśmiechem, że jeżeli napisze ładne wypracowanie, czeka go bardzo miła niespodzianka, która z pewnością go ucieszy. Przystał na moje warunki. Córka zrobiła moją ulubioną herbatkę             z cytryną i miodem  i usiedliśmy troszkę poplotkować. Po niespełna godzinie do kuchni wkroczył Mateusz wymachując dumnie skończoną pracą domową. Przeczytał opowiadanie. Było całkiem dobre, choć wprowadziliśmy kilka poprawek.  W nagrodę wręczyłem mu dwa bilety na wystawę. Otworzył oczy ze zdumienia, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce. Był zachwycony                  i podekscytowany. Wystawa odbyła się w sobotę. Pojechaliśmy na nią razem       z moją córką. Mateusz był szczęśliwy. W pewnym momencie złapał mnie za ręka  i zaprowadził do jednej z gablot z układankami. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Pod szklaną taflą leżały ulubione puzzle mojego wnuczka „Kąpiel Prosiaczka”. Wystawa była rewelacyjna. Warto było ją odwiedzić.

poniedziałek, 26 października 2015

Półkolonie


Wakacje to dla dzieciaków najbardziej wyczekiwany okres. Po całorocznym wysiłku intelektualnym przychodzi w końcu czas na relaks i odpoczynek. Dla rodziców, w szczególności posiadających swoje pociechy w wieku , który nie pozwala na samodzielne pozostawienie ich w domu, to czas dość problemowy. Można zapisać wprawdzie dziecko na  jakieś półkolonie czy obóz, ale wakacje trwają aż dwa miesiące. Cudem zatem by było zorganizowanie wypoczynku na cały ten okres. Długo zatem z żoną debatowaliśmy nad tym tematem. Nasz ośmioletni syn z niechęcią przyjął do wiadomości, że będzie uczestnikiem organizowanej przez jego szkołę półkolonii. Twierdził, że podczas wakacji nie ma ochoty uczęszczać do szkoły, nawet jedynie w celach rozrywkowych. Musiał niestety dostosować się do zaistniałej sytuacji . Nie mieliśmy innego wyjścia. Pierwsze dwa tygodnie miał spędzić u dziadków na wsi, kolejne dwa na znienawidzonej półkolonii, następne trzy na przemian ze mną i żoną i pozostała jeszcze końcówka wakacji, którą jeszcze nie wiedzieliśmy jak ugryźć. Liczyliśmy na jakiś cud. Niemniej jednak pierwsze dni spędzone u dziadków upłynęły nad wyraz szybko. Dopiero co nasz syn wyjechał, a już odbieraliśmy go z powrotem. Nadszedł czas by przygotować go do półkolonii. Całą niedzielę słuchaliśmy jego narzekań, biadolenia i złośliwych odpowiedzi. W poniedziałek z samego rana próbował nam wmówić nagłą chorobę. Nagle rozbolał go strasznie brzuch, zrobiło mu się niedobrze. Podałem mu witaminę C, twierdząc, że to lekarstwo na jego dolegliwości i zawiozłem do szkoły. Tego dnia zwolniłem się z pracy, by go odebrać i podpytać opiekunów, jak zachowywał się na zajęciach. Ku memu zdziwieniu, gdy wszedłem do sali, w której trwały zajęcia mój syn razem                z dwójką kolegów układali puzzle „Przyjaciele z Krainy Lodu”, chichocząc raz po raz. Gdy mnie zobaczył, stwierdził stanowczo ,że przyjechałem po niego o wiele za wcześnie, bo nie zdążyli z chłopakami się pobawić. Wyszedłem więc z sali         i poczekałem cierpliwie na zewnątrz. Gdy zajęcia dobiegły końca, podszedł do mnie zadowolony i nie czekając na moje pytanie, powiedział, że wcale nie jest aż tak źle na tej półkolonii i może wytrzyma . Poprosił także, bym kupił mu          w sklepie puzzle „Przyjaciele z Krainy Lodu”, ponieważ mają zamiar z kolegami urządzić sobie zawody w ich układaniu na czas, a on oczywiście chciał być najlepszy. Przystałem na tę prośbę i pojechaliśmy do sklepu.

piątek, 23 października 2015

Parapetówka


Niedawno zostaliśmy z żoną zaproszeni przez naszych dawnych sąsiadów na parapetówkę do ich świeżo wybudowanego domu na obrzeżach naszego miasta. Basia i Tomasz byli naszymi sąsiadami przez kilka lat, później jednak wyjechali do Wielkiej Brytani w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Zostali tam przez blisko pięć lat . Tam też urodziła im się córeczka Pamela, która                     w ubiegłym miesiącu skończyła cztery latka. Po okresie ciężkiej pracy na wyspach udało im się wrócić do Polski i wybudować piękny dom. Tomasz na miejscu mając doskonały fach w ręku założył własną firmę zajmującą się wykończeniami wnętrz, zaś Basia otworzyła swój wymarzony salon piękności. Gdy dotarliśmy do ich nowej posiadłości, zaparło nam dech w piersiach. Na pierwszy plan wysunął się bajkowy ogród z piękną altaną pośrodku i mnóstwem ozdobnych krzewów i kwiatów. Gdy zapukaliśmy do drzwi  nieśmiało otworzyła je śliczna dziewczynka o bujnych blond lokach i błękitnych oczach. Wręczyłem jej mały upominek – puzzle „ Barbie i jej super  przyjaciele”. Zadowolona pobiegła do mamy pochwalić się prezentem. Basia zaprowadziła nas do obszernego salonu, urządzonego z wyjątkowym gustem i smakiem. Sądząc po minie mojej żony, oczekiwałem po powrocie do domu lawiny słów typu :             „ a widziałeś jaki oni mają….”. Powoli zacząłem układać sobie w głowie odpowiedzi na jej dziwne pytania. Nie mniej jednak dom był rzeczywiście piękny. W salonie najbardziej spodobał mi się kominek, który gdy zapłonął tworzył wspaniałą, ciepłą i rodzinną atmosferę. Dom był zbudowany w systemie parterowym z użytkowym poddaszem mieszkalnym, na którym mieściła się sypialnia rodziców i pokój dziecięcy. Basia oprowadziła nas po wszystkich zakamarkach. Każde pomieszczenie było wyjątkowe, ale najbardziej spodobał mi się gabinet Tomasza. Jego własny azyl. Pomyślałem, że fajnie by było mieć taki własny kąt, gdzie można się schować i zaszyć choć na chwilę, gdzie nikt ci nie przeszkadza i nie marudzi. Ostatnim pokoikiem, który pozostał do obejrzenia było małe królestwo Pamelki. Gdy zajrzeliśmy do środka dziewczynka siedziała na dywaniku i z zapałem starała się ułożyć puzzle „Barbie i jej super przyjaciele”. Gdy mnie zobaczyła podbiegła do mnie, chwyciła za rękę i z rozbrajającym uśmiechem spytała „ Pomożesz mi ? ” wskazując na układankę. Nie śmiałem odmówić.

środa, 21 października 2015

Nieoczekiwane spotkanie


W ubiegłą sobotę zupełnie przypadkiem, przy okazji robienia zakupów na naszym podmiejskim ryneczku, spotkałem dawnego znajomego , którego nie widziałem od co najmniej dziesięciu lat. Razem studiowaliśmy na politechnice    w Poznaniu. Przez ostatnie dwa lata wspólnie wynajmowaliśmy małe mieszkanko niedaleko uczelni. To były wyjątkowe lata. Bardzo dobrze się dogadywaliśmy, niejedną noc zarwaliśmy, nawet podobały się nam te same dziewczyny. Wtedy dochodziło do niewielkich scysji, ale zawsze potrafiliśmy jakoś się dogadać. Po otrzymaniu dyplomów ukończenia uczelni, każdy z nas wyjechał do swojego rodzinnego miasta. Nasze drogi się rozeszły. Później docierały do mnie informacje, że Mirek wyjechał do Niemiec i tam założył rodzinę. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy spotkałem go przy stoisku         z warzywami w moim rodzinnym mieście. Okazało się, że jego małżonka ma tu babcię, do której właśnie przyjechali w odwiedziny. Zamieniliśmy kilka słów          i wymieniliśmy się telefonami. Po powrocie do domu opowiedziałem żonie         o niezwykłym spotkaniu. Zaproponowała , żeby Mirek z żoną wpadli do nas na kolację. Uradowany chwyciłem za telefon i o godzinie siedemnastej rozległo się głośne pukanie do drzwi. Ku memu zaskoczeniu towarzyszyła im córeczka, na oko w tym samym wieku co nasza Amelka. Dziewczynki przypadły sobie do gustu. Po kolacji pobiegły do dziecięcego pokoju, by się pobawić. Po godzinie zaniepokojeni ciszą zajrzeliśmy do dziewczyn. W skupieniu układały najnowsze puzzle Amelki „Jej wysokość Zosia”. Były tak pochłonięte układanką, że nawet nie zauważyły jak cała nasza czwórka stała nad ich głowami. Gdy w końcu zorientowały się , że są obserwowane nastąpiło takie poruszenie, że przez przypadek, ze stołu, na którym pracowały, puzzle” Jej wysokość Zosia” spadły na ziemię i się rozsypały. Dziewczynki były strasznie złe . Z zaciśniętymi zębami wyprosiły nas z pokoju, by od nowa w spokoju złożyć układankę. Wróciliśmy zatem do salonu i postanowiliśmy im już nie przeszkadzać. W końcu one też nie zakłócały nam spotkania.

poniedziałek, 19 października 2015

Monachium


Niedawno pojechaliśmy  z synem i córką do rodziny w Niemczech. Ciotka mieszka w pięknym domu na obrzeżu Monachium. Ma dwóch synów w  wieku dziesięć  i piętnaście lat. Ciotka Jolanta to młodsza siostra mojej mamy. Gdy miała troszkę ponad dwadzieścia lat poznała swojego przyszłego męża Wilfrieda i wyjechała do Niemiec. Spotykamy się bardzo rzadko. Do Monachium jest przeszło tysiąc dwieście kilometrów, więc podróż jest długa i męcząca. Tym razem jednak postanowiliśmy wybrać się do niej liniami lotniczymi. W tej chwili ceny biletów nie są zbyt wygórowane. Właściwie po przeliczeniu kosztów podróży samochodem i samolotem okazało się, że różnica jest zaledwie dwustu złotych, ale komfort i czas podróży wart jest dopłacenia tych kilku groszy. Wzięliśmy z żoną kilka dni urlopu, zamówiliśmy bilety lotnicze i kilka dni później staliśmy już na głównej płycie portu lotniczego w Monachium. Z podróży najbardziej zadowolony był nasz syn Igor, gdyż był to jego pierwszy lot. Na lotnisko przyjechał po nas wuj swoim wielkim Jeepem. Gdy dotarliśmy na miejsce na spotkanie wybiegły dzieciaki, młodszy Martin i starszy Lukas. Przywitali się z nami i zaprowadzili do naszych pokoi gościnnych. Dom mieli ogromny. Ciotka przygotowała pyszną kolację. Po posiłku Igor z Martinem pobiegli do pokojów chłopców, żeby się pobawić. Synowie ciotki, choć urodzili się w Niemczech świetnie mówią po polsku. My siedzieliśmy w salonie                  i rozmawialiśmy. W pewnym momencie przybiegł do nas Igor, trzymając w ręku jakiś drobiazg. Z podniecenia mówił tak szybko, że nie mogliśmy go wcale zrozumieć . Chwilę później do salonu wkroczył Martin, który wytłumaczył nam, że podarował Igorowi swój VTech-Kidizoom Smart Watch. Martin tłumaczył, że nasz syn był tak zafascynowany tym zegarkiem, że postanowił mu go dać. Stwierdził, że u nich w Niemczech takie zabawki elektroniczne, bo VTech-Kidizoom Smart Watch poza wskazywaniem czasu ma szereg dodatkowych funkcji, które bardziej sprowadzają go do roli zabawki niż zegarka, nie są drogie i jeszcze zdąży sobie taki kupić. Nasz syn promieniał z radości. U ciotki spędziliśmy pięć rewelacyjnych dni. Po powrocie do domu, nasz syn stwierdził, że nigdy nie rozstanie się ze swoim nowym prezentem od Martina.

czwartek, 15 października 2015

Lodowe animacje


W ubiegły weekend pojechaliśmy z synem do Warszawy na pokaz bajkowych postaci. Wyjazd ten zaplanowany był już prawie miesiąc temu. Któregoś dnia odebrałem ze szkoły Piotrka. Był bardzo pobudzony. Trzymał w dłoni ulotkę, reklamującą mający się odbyć w stolicy naszego kraju magiczny show                    z udziałem najsłynniejszych postaci z bajek. Okazało się, że tego dnia w szkole na lekcji wychowawczej, do klasy Piotra zawitał przedstawiciel firmy organizującej pokaz.  Wręczył dzieciakom ulotki, opowiedział o planie imprezy, a nawet odtworzył na projektorze krótki zwiastun programu. Dzieci były oczywiście zachwycone, rodzice zapewne troszkę mniej. Ceny wstępu na ten magiczny show przeszły nasze oczekiwania. Niestety nijak nie dało się wytłumaczyć Piotrkowi, że to strata pieniędzy. W końcu doszliśmy do kompromisu. Wycieczka do Warszawy miała być prezentem urodzinowym. Przełknąłem te kilkaset złotych i zamówiłem bilety wstępu. Do stolicy wyruszyliśmy zaraz po sobotnim obiedzie. Nie chcieliśmy się spóźnić. Podróż trwała prawie półtorej godziny. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że show przyciągnął tłumy widzów. Sądząc po numerach rejestracyjnych zaparkowanych przed wejściem samochodów, przyjechali tu ludzie z całej Polski. Była nawet ogólnopolska stacja telewizyjna. Ponieważ cała impreza miała odbyć się na tafli lodu, założyliśmy łyżwy i daliśmy ponieść się emocjom. Iluminacje świetlne, wspaniałe podłoże muzyczne, rewelacyjna choreografia i kostiumy aktorów robiły ogromne wrażenia. Po zakończonym pokazie bajkowe postacie wmieszały się w tłum dzieciaków. Piotrek oczywiście na krok nie odstępował ulubionych, bajkowych herosów, szczególnie IronMana. Przy wyjściu ustawiono stoiska z pamiątkami. Nie zdążyłem zaprotestować, a mój syn trzymał już            w dłoni zestaw puzzli Avengers. Jego błagalny wzrok nie pozostawiał mi innego wyjścia, jak zakupić to cudeńko za bagatela pięćdziesiąt złotych. Wycieczka kosztowała mnie fortunę , ale widząc entuzjazm mojego syna, uznałem, że było warto. Po powrocie do domu, pomimo późnej godziny, pierwszą rzeczą jaką zrobił Piotrek było oczywiście złożenie w całość swoich puzzli Avengers, z jego ulubionymi herosami.

środa, 14 października 2015

Impreza urodzinowa


W ubiegłą  sobotę zorganizowaliśmy  swojemu dziesięcioletniemu jedynakowi imprezę urodzinową. Planowaliśmy ten dzień uczcić w jakiejś sali zabaw albo     w pizzerii. Niestety nasz Igorek uparł się, żeby przyjęcie odbyło się w domu. Nie byliśmy z żoną tym pomysłem zachwyceni. Mieliśmy już jedno doświadczenie         z organizowaniem tego typu imprez właśnie w domu. Kilka lat temu Igor zaprosił bodajże ośmiu najlepszych kolegów. Na całe szczęście byłem wtedy       w podróży służbowej i nie miałem okazji nadzorować tego przyjęcia , ale moja małżonka ponoć włosy z głowy sobie rwała. Widziałem natomiast efekt końcowy tej imprezy, zrobiła bowiem zdjęcie i mi je wysłała. Dom został przez te brzdące wywrócony do góry nogami. Wyglądało to tak jakby tajfun przeszedł nie tylko przez pokój Igora, ale przez niemal całe mieszkanie. Wtedy żona powiedziała sobie, nigdy więcej. I rzeczywiście przez następne lata wszelkie przyjęcia organizowane były w specjalnie do tego celu stworzonych salach zabaw. Dzieci mogły dać upust swoim emocjom, wyładować ogromne pokłady energii, a mieszkanie pozostawało czyściutkie. W tym roku Igor się uparł, żeby zorganizować domówkę. Od dwóch tygodni trwały zatem w naszym domu negocjacje co do miejsca zorganizowania przyjęcia. W końcu żona uległa, ale pod jednym warunkiem, że nie zostawię jej w tym dniu samej . Igor zaprosił kolegów. Początkowo dzieciaki bawiły się całkiem spokojnie, o ile spokojną zabawą można nazwać gry na konsoli z czujnikiem ruchu. Po pewnym czasie jednak przyszło znużenie i chłopcy zaczęli  penetrować dom. Zawołałem wtedy chłopaków do salonu , położyłem na stole specjalnie na tę okazję zakupioną grę „5 sekund Junior”  i rozpoczęły się zawody, w których wygraną były bilety do kina dla trzech osób. Dostałem je w pracy, więc postanowiłem wykorzystać ten fant , gdy przyjdzie krytyczny moment imprezy. Chłopcy poddali się emocjom, jakie niosła ze sobą rozgrywka. Rywalizacja była naprawdę zacięta. W końcu gra „5 sekund Junior „ dobiegła końca, wyłoniliśmy zwycięzców i podziękowaliśmy pozostałym uczestnikom gry za doskonałą zabawę, wręczając im drobne nagrody pocieszenia. Tym razem przyjęcie urodzinowe nie zrujnowało naszego mieszkania.

poniedziałek, 12 października 2015

Farma


Niedawno wybraliśmy się z naszą wnuczką do rodziny w okolice Mikołajek. Mieszka tam mój brat Staszek z żoną Lidką i trójką dzieci : Mikołajem, Adamem i Olą. Mają ogromny dom i duże gospodarstwo. Zajmują się głównie hodowlą bydła. Zawsze podziwiałem ich pracowitość i zaangażowanie. Prowadzenie tak dużego gospodarstwa wymaga ogromnego wysiłku. Z pomocą przychodzi im najstarszy syn Mikołaj. To bardzo odpowiedzialny  młodzieniec. Od ostatniego razu, gdy byliśmy u nich w gościnie minęło dwa lata. Nasza wnuczka Martynka skończyła w tym roku sześć lat. Była więc już na tyle duża, by mogła wreszcie wybrać się z nami do rodziny. Gdy dotarliśmy na miejsce był już wieczór. Lidka zaprowadziła nas do naszych pokoi gościnnych na poddaszu i zaprosiła na pyszną kolację. Nie mogłem uwierzyć, jak szybko dorastają dzieci. Mikołaj skończył niedawno siedemnaście lat. Był już prawie dorosłym mężczyzną, wysokim i postawnym. Adam o dwa lata młodszy niemal dorównywał mu wzrostem . Najmłodsza była Ola, która niedługo będzie obchodziła swoje siódme urodziny. Nasza wnuczka Martynka nie odstępowała jej na krok, a Ola dumnie opowiadała, co dzieje się u niej na wsi. Z samego rana dziewczynki pobiegły na podwórze. Ola koniecznie chciała pokazać naszej wnuczce króliki. Zapewne, gdyby Lidka nie zawołała ich na obiad, zupełnie zapomniałyby ,że czasem też trzeba coś zjeść. Następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do Mikołajek. Zwiedzając miasteczko natrafiliśmy na sklep z zabawkami. Martynka bardzo chciała kupić sobie jakąś pamiątkę , która będzie jej przypominała o tym wyjeździe. Spośród niezliczonej ilości zabawek wybrała puzzle „Farma”. Gdy wróciliśmy do rodzinnego domu Staszka poprosiła Olę, by pomogła jej je ułożyć. Dziewczynki pobiegły do pokoju dziecięcego, a my mieliśmy okazję wreszcie spokojnie porozmawiać. Po jakimś czasie do salonu dumnie wkroczyła Ola           z Martynką niosąc ostrożnie ułożone w pudełku puzzle „Farma”. Były tak dumne, że same potrafiły złożyć w całość, bez pomocy dorosłych układankę, że nie zauważyły leżącego na dywanie psa i po paru sekundach puzzle razem             z dziewczynkami  również znalazły się na dywanie, a psiak skomląc uciekł na podwórze. Wyglądało to tak komicznie, że nie mogliśmy powstrzymać śmiechu. Z początku dziewczynki były strasznie złe, ale po chwili roześmiały się głośno        i stwierdziły, że puzzle poczekają do jutra, bo trzeba nakarmić króliki. To był wyjątkowo udany pobyt. Najbardziej z niego zadowolona była Martynka, choć przykro jej było, że musi wracać do domu.

piątek, 9 października 2015

Sobota

To miała być zwykła sobota. Z samego rana wybrałem się z moją szanowną małżonką na zakupy. Najpierw kupiliśmy świeże warzywa i owoce na pobliskim ryneczku, a później wybraliśmy się do supermarketu, celem uzupełnienia zapasów żywności. Tuż przy kasach wystawiono duże stoisko z grami planszowymi w atrakcyjnych cenach znanej marki. Pomyślałem, że warto skorzystać z okazji i kupiłem grę o nazwie „5 sekund” .Spodobał  mi się opis gry, według którego jest to gra o bardzo prostych i przejrzystych zasadach, a do tego wywołująca wiele pozytywnych emocji. Postanowiłem zatem sprawdzić czy producent aby nie przechwalił gry. Zaprosiłem więc naszych starych znajomych na małą partyjkę. Pogoda była wyśmienita, więc postanowiliśmy spędzić ten wieczór w ogrodzie. Małżonka upiekła pyszne ciasto ze śliwkami,    a Mieczysław, mój przyjaciel przyniósł moją ulubioną nalewkę z owoców leśnych własnej produkcji. Na dużym ogrodowym stole rozłożyłem planszę gry „5 sekund” i przystąpiliśmy do zabawy. Rzeczywiście była to doskonała rozrywka. Emocje towarzyszące zabawie były ogromne. Zasady gry są niezwykle proste. Losuje się karteczki z pytaniem polegającym na wymienieniu trzech rzeczy w czasie 5 sekund. Czas odmierza bardzo ciekawe urządzenie, skonstruowane na podobieństwo klepsydry wydającej dźwięk, który dodaje uroku i adrenaliny. Pytania są zróżnicowane, zaczynając od bardzo prostych jak na przykład polegające na wymienieniu trzech rzeczy koloru żółtego po takie, które wymagają dużej wiedzy. Są tu też pytania wymagające kreatywności oraz takie z życia wzięte. Okazuje się w pewnym momencie gry, że osoby , które posiadają dużą wiedzę książkową, odpadają na pytaniach wręcz banalnych. Gra posiada bardzo proste zasady, ale okrojony czas pięciu sekund na udzielenie odpowiedzi, jak również nietypowość pytania powoduje u każdego z graczy  lekki stres. Gra „5 sekund” ma jeszcze jeden dodatkowy atut, bowiem ilość pytań jest tak duża, że są naprawdę niewielkie szanse na powtórzenie któregoś    z nich. Naszą rozrywkę skończyliśmy w  bardzo późnych godzinach wieczornych w wyjątkowo dobrych nastrojach.



czwartek, 8 października 2015

Zguba


W ubiegłą sobotę wybraliśmy  się całą rodziną na organizowany przez naszego pracodawcę festyn rodzinny z okazji zakończenia wakacji. Impreza zorganizowana  została na obrzeżach naszego miasta. Atrakcji było co niemiara. Darmowy poczęstunek przyciągał tłumy. Można było zjeść zarówno dania            z grilla jak i tradycyjne dania polskie, takie jak żurek czy pierogi . Dla najmłodszych przygotowano osobne stanowiska, na których serwowano popcorn, lody, hot-dogi oraz pyszne naleśniki na słodko. Całej imprezie towarzyszyły zawody sportowe dla starszych uczestników i mnóstwo atrakcji dla dzieciaków, typu wyścigi na gokartach, dmuchane zjeżdżalnie, zamki, ścianki wspinaczkowe czy trampoliny. Uwagę mojego siostrzeńca, którego zabrałem ze sobą, przykuły pokazy aikido. Zwolennicy sztuk walki tłumnie  zebrali się wokół sportowców. W pewnym momencie pod naszymi nogami ujrzałem jakiś przedmiot . Okazało się , że to ostatni trend mody – zegarek VTech-Kidizoom Smart Watch. Obejrzałem to cacko ze wszystkich stron. Prezentował się całkiem ciekawie. Siostrzeniec objaśnił mi dokładnie, jakie posiada funkcje. To rewelacyjny gadżet elektroniczny na rękę. Posiada wbudowany ekran dotykowy, aparat fotograficzny, dyktafon oraz trzy super gry. Ma też możliwość podłączenia do komputera . Umożliwia dzieciom zgrywanie zdjęć  i filmów oraz kreatywną zabawę. Tego wszystkiego dowiedziałem się od siostrzeńca. W końcu nadeszła pora odszukania właściciela drogocennej zguby. Właściwie nie było to trudne zadanie. Wystarczyło poprosić obsługę imprezy o ogłoszenie komunikatu. Nie musieliśmy długo czekać. Po paru minutach z tłumu wyłoniła się zapłakana twarzyczka chłopca. Podbiegł do nas i serdecznie podziękował za odnalezienie jego  VTech-Kidizoom Smart Watch. Bardzo przeżył zgubę, gdyż był to świeżo otrzymany, upragniony prezent urodzinowy. Mój siostrzeniec , sądząc po minie, nie był zbyt zadowolony. Miał chyba nadzieję, że nikt nie zgłosi się po zegarek. Jednak po chwili podszedł do nas tata chłopca. Pogratulował siostrzeńcowi godnej naśladowania przygody i wyjął z kiszeni kupon rabatowy na wszystkie gry komputerowe w jego sklepie. Cieszyłem się że ta historia miała tak szczęśliwe zakończenie.  W końcu siostrzeniec dostał prawdziwą lekcję życia, zgodnie z zasadą, że uczciwość zawsze popłaca.

poniedziałek, 5 października 2015

Wycieczka


Ostatnio wybrałem się z moim wnuczkiem do kina. Mieszkamy w małym miasteczku w centrum Polski i nasze miejscowe kino bardzo odbiega od tych wielkomiejskich, nowoczesnych i komfortowych dużych ekranów. Stąd też gdy tylko mamy okazję robimy sobie wycieczkę do stolicy , by napawać się efektami światowej kinematografii w ekskluzywnym wydaniu. Na wyprawę zabraliśmy ze sobą również najlepszego kolegę mojego wnuczka. Przed wyjazdem przejrzeliśmy grany w tym dniu repertuar . Były trzy pozycje godne uwagi. Chłopcy po długiej dyskusji postanowili, że obejrzymy bajkę animowaną Produkcji Walta Disneya Przyjaciele z Krainy Lodu. Dokonaliśmy internetowej rezerwacji biletów i wyruszyliśmy. Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że sala kinowa jest pełna. Film został nagrodzony dwoma Oscarami , więc                 z ogromną ciekawością czekaliśmy aż z dużego ekranu znikną męczące reklamy. Ekranizacja wzruszającej powieści Andersena okazała się wspaniałą przygodą. Chłopcy początkowo kręcili nosem, że to bajka o księżniczkach i raczej dla dziewczyn, ale podczas seansu stwierdzili, że właściwie chłopcom też może się podobać. Po wyjściu z sali kinowej , mieszczącej się w ogromny centrum handlowym zaproponowałem, że byłoby miło kupić jakiś drobiazg dla młodszej wnusi, która została w domu z powodu choroby. Chłopcy przyjęli pomysł              z entuzjazmem i udaliśmy się do sklepu z zabawkami. Wybór nie był prosty. Zabawek ,gier, lalek było całe mnóstwo. W pewnym momencie mój wnuczek przybiegł do mnie trzymając w ręku pudełko puzzli Przyjaciele z Krainy Lodu. Stwierdził, że skoro siostra nie mogła jechać z nimi do kina, warto kupić jej coś, co choć troszkę ją rozweseli. Po powrocie do domu wnuczek  z dumą wręczył siostrze upominek, pocałował ją w policzek i powiedział, by się nie smuciła. Zostawiłem maluchów samych w pokoju i poszedłem do kuchni uciąć sobie małą pogawędkę z córką.  Zza ściany słyszałem, jak wnuczek pomaga siostrze układać puzzle Przyjaciele z Krainy Lodu, opowiadając jej przy tym całą fabułę bajki. Gdy skończyli wnusia była bardzo szczęśliwa, że jej starszy brat o niej nie zapomniał i zrobił jej ogromną niespodziankę.

Weekend w Zakopanem


Właśnie wróciliśmy ze znajomymi ze wspólnego wypadu do Zakopanego. To była znakomita przygoda . Weekend w górach planowaliśmy od jakichś dwóch miesięcy. Nie mogliśmy się zgrać, ponieważ okazywało się , że albo mam szkolenie, albo Robert, mój znajomy pracuje, albo jego żona się rozchorowała. Wszystko wskazywało na to, że wspólna wyprawa nie dojdzie do skutku. Wreszcie kilka dni temu Robert wpadł do mnie na kawę i ku mojemu zaskoczeniu wszyscy mieliśmy wolny weekend. Nie było czasu na rezerwację kwatery. Z marszu, w piątek po pracy spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy     wyruszyliśmy w drogę. Był majowy weekend. Pogoda dopisywała. Gdy dotarliśmy na miejsce, był już późny wieczór. Pomimo naszych obaw co do zakwaterowania, okazało się, że w pierwszym pensjonacie, do którego trafiliśmy właśnie zwolniły się dwa dwuosobowe pokoje. Szczęście na sprzyjało. Następnego dnia z rana ruszyliśmy w góry. Widoki zapierały dech w piersiach. W połowie naszej wyprawy zatrzymaliśmy się na gorącą czekoladę                       w schronisku. Nagle usłyszeliśmy grzmot. Podeszliśmy do okien, nadciągała burza. Nie było innego wyjścia, jak zostać w środku i przeczekać nawałnicę. Mieliśmy nadzieję, że nie potrwa to długo. Niestety szczęście nas opuściło. Gdy przestało się błyskać i grzmieć, a wiatr przegonił czarne chmury, była już szarówka. Czystym szaleństwem byłby w takich okolicznościach  powrót do naszego pensjonatu.  Zadzwoniliśmy więc do recepcji, by poinformować, że nie zjawimy się na noc. Nie było innego wyjścia, jak  zostać na noc w schronisku. Burza zakłóciła sygnał radiowy i telewizyjny, więc wieczór nie zapowiadał się zbyt optymistycznie. Na całe szczęście placówka dysponowała również grami planszowymi. Wybraliśmy Kalejdoskop  - 50 gier i udaliśmy się do naszego pokoju. Rozpoczęliśmy od partyjki szachów. Robert   jest doskonałym szachistą, więc rozgrywka była bardzo krótka. Ku naszej uciesze Kalejdoskop 50 gier to zestaw gier planszowych i każdy może znaleźć tu coś dla siebie. Takiego wieczoru dawno nie pamiętam. Było wiele śmiechu, zabawy , ale i emocji związanych ze zdrową rywalizacją.

piątek, 2 października 2015

Urodziny Marysi


W zeszłą sobotę zostałem zaproszony przez moją siostrę na urodziny jej córki. Marysia, tak ma na imię moja chrześnica, właśnie skończyła siedem lat. Od kiedy sięgnę pamięcią jej ulubionym zajęciem jest układanie puzzli dla dzieci. Zakup prezentu dla Marysi nie jest wcale  dużym wyzwaniem . Zazwyczaj  bowiem idę po prostu do sklepu z zabawkami i proszę o  dowolny zestaw puzzli dla dziewczynki. Nawet, jeżeli okazuje się, że zakupiona przeze mnie kolejna układanka znajduje się już zbiorach małej  pasjonatki, nie stanowi to dla niej żadnego problemu. Zaprasza wtedy swoją przyjaciółkę do wspólnej zabawy. Każda z nich ma wówczas ten sam zestaw układanki  i mogą rozpocząć zawody w ich układaniu. Marysia jest bardzo energiczną i żywiołową siedmiolatką i tego typu zajęcie nijak do niej nie pasuje. Dla mnie puzzle to nudne i bardzo pracochłonne zajęcie. Jednak eksperci są zgodni co do znaczenia tego typu układanek  w  rozwoju psychoruchowym dzieci. Należą one do kategorii gier umysłowych, rozwijają pamięć, spostrzegawczość i umiejętność kojarzenia, są doskonałym treningiem dla umysłu najmłodszych . Puzzle dla dzieci poprawiają koordynację między rączką a okiem, ćwiczą wyobraźnię oraz wzrok dziecka. Moja siostra twierdzi, że dzięki układankom Amelka ćwiczy koncentrację i co najważniejsze cierpliwość, co przekłada się przede wszystkim na jej wyniki          w szkole. Udałem się zatem do pobliskiego sklepu z zabawkami, celem zakupu prezentu. Przy samym wejściu w oczy rzucił mi się zestaw puzzli pod nazwą „Jej wysokość Zosia”. Starałem sobie przypomnieć czy Marysia posiada już w swojej kolekcji takie puzzle. Niestety nie było to łatwe zadanie. Postanowiłem zaryzykować . Impreza urodzinowa miała rozpocząć się o godzinie 17.00.  Jak na złość nie chciał mi odpalić samochód. Byłem mocno  spóźniony. Gdy dotarłem na miejsce Marysia wybiegła mi na powitanie. Wręczyłem jej puzzle „ Jej wysokość Zosia” i czekałem na jej reakcję. Rozbrajający uśmiech Marysi powiedział mi wszystko. To był strzał w dziesiątkę.