Niedawno
pojechałem z synem do kina na nową bajkę „Listy do M”. Mateusz był bardzo zadowolony z seansu.
Ja zresztą też, bo komedia była świetna i wprowadzała wszystkich w nastój
świąteczny Po kinie wstąpiliśmy do pizzerii. To był bardzo udany wieczór, bo rzadko
mamy czas tylko dla siebie. Do domu wróciliśmy dość późno, więc Mateusz zmęczony
wrażeniami , szybciutko zasnął. Następnego ranka zabrał się do odrabiania
lekcji. Gdy skończył usiadł przy komputerze, żeby zagrać w swoją ulubioną grę.
Po chwili przybiegł do mnie bardzo podniecony i zakomunikował, że chce wziąć
udział w konkursie organizowanym przez ogólnopolską telewizję. Tematem
przewodnim była ilustracja pod tytułem „Świat bez Świętego Mikołaja”. Nagrodą w konkursie był zegarek VTech-Kidizoom Smart
Watch. Mateusz czym prędzej zabrał się
do pracy. Zamknął się w swoim pokoiku i rysował. Gdy skończył przyszedł do
mnie, bym ocenił jego arcydzieło. Praca była całkiem niezła. Należało jeszcze
zgłosić udział w konkursie, do czego potrzebna była oczywiście zgoda rodzica
lub opiekuna prawnego. Wspólnie wypełniliśmy kwestionariusz o niezbędne dane i załączyliśmy pracę
Mateusza w formie pliku pdf. Oczywiście wytłumaczyłem synowi, że stworzony
przez niego rysunek jest naprawdę świetny, ale w konkursie biorą udział dzieci
z całego kraju, więc może się zdarzyć, że wygra ktoś inny. Mateusz zmarszczył
czoło i stwierdził, że nie jest już malutkim dzieckiem i doskonale o tym wie,
ale chce spróbować. Rozwiązanie konkursu i wyłonienie zwycięzców miało nastąpić
w przeciągu miesiąca. Codziennie Mateusz sprawdzał skrzynkę pocztową. Mijały
dni. Po około dwóch tygodniach zrezygnowany ,nie wracał już do tematu konkursu.
Nie okazywał tego, ale było mu chyba przykro, bo bardzo liczył na wygraną .
Kilka dni temu, po powrocie z pracy, a tuż przed Wigilią Bożego Narodzenia, zajrzałem
do skrzynki. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem e-maila, dotyczącego
konkursu. Otworzyłem wiadomość i nie czekając na powrót Mateusza z zajęć piłki
nożnej, postanowiłem osobiście go odebrać i przekazać mu miłą wiadomość. Mateusz zajął
drugie miejsc w konkursie i wygrał wymarzony zegarek VTech-Kidizoom Smart Watch. Pierwszy raz
widziałem go tak szczęśliwego. To był świetny prezent od Świętego Mikołaja.
wtorek, 29 grudnia 2015
poniedziałek, 28 grudnia 2015
Wigilia seniorów
Wielkimi krokami zbliżał się czas Świąt Bożego Narodzenia .Od
kilku lat mieszkam zupełnie sam, więc jest do dla mnie wyjątkowo trudny okres.
Masa prac, z którą samotnemu mężczyźnie nie jest łatwo się zmierzyć. Czasami
pomagają mi córki, ale one już dawno się ustatkowały i mają swoje rodziny i ogrom obowiązków. Rok temu, za
namową sąsiada, zapisałem się do miejskiego „ Klubu Seniorów”. Początkowo uznawałem
,że to bardzo głupi pomysł, ale już po pierwszym spotkaniu zmieniłem zdanie.
Bardzo sympatycznych i przyjacielskich ludzi tam poznałem. Może z kilkoma
wyjątkami. W każdym razie ten klub pozwala mi przetrwać najtrudniejsze chwile. Właśnie
zbliżały się święta. Razem z
przyjaciółmi z klubu zawsze organizujemy sobie wspólną wigilię. Tego dnia
urodziny obchodzi również prezes naszego klubu Antoni. Długo z pozostałymi
członkami zastanawialiśmy się nad wyborem prezentu. Zrobiliśmy zrzutkę i
okazało się, że uzbierała się całkiem pokaźna sumka. Koleżanka Zofia
zaproponowała zakup zegarka, ale i tak zostało jeszcze troszkę pieniędzy.
Pomyślałem więc o jakiejś grze towarzyskiej, bo nasz prezes to bardzo
rozrywkowy człowiek . Rozejrzałem się po sklepach i znalazłem idealną grę „
Kalejdoskop 50 gier”. Pozostali członkowie przystali na moją propozycję.
Prezent został zakupiony, ładnie zapakowany i czekał na odpowiednią chwilę, aby
go wręczyć . Teraz należało przygotować się do zbliżającej się Wigilii Bożego
Narodzenia. Mężczyźni mieli za zadanie zakup i przystrojenie choinki, zrobienie
zakupów i przygotowanie sali do wspólnej kolacji. Kobiety oczywiście zajęły się
stroną kulinarną. Gdy nadszedł dzień, do którego wszyscy ciężko się
przygotowaliśmy, każdy z nas miał łezkę w oku. Na szczęście pyszne potrawy i
wspólne kolędowanie rozwiało złe wspomnienia. Po uroczystej kolacji głos
zabrał prezes. Nadszedł również czas na wręczenie prezentu. Powolutku wyjął
pudełeczko z zegarkiem, otworzył je i westchnął ze wzruszenia, następnie
wyciągnął ze środka „ Kalejdoskop 50
gier” i nagle rozpromieniał. Z nowym zegarkiem na ręku prezesa
przystąpiliśmy do rozpracowywania gry. Antoni był zachwycony.
czwartek, 24 grudnia 2015
Wigilia
Co roku w Wigilię
Świąt Bożego Narodzenia najpierw jedziemy na kolację do mojej mamy, potem do teściowej, a na koniec
odwiedzamy jeszcze naszą ukochaną babcię, która robi najlepsze pierogi na całym
świecie. Jest to jednak bardzo męczące, bo nie zdążymy dobrze się rozgościć, a
tu trzeba jechać dalej. W tym roku postanowiliśmy złapać trochę oddechu i
podzielić świąteczne ucztowanie tak, aby odwiedzić wszystkich, ale nie tego
samego dnia. I tak wigilię spędziliśmy obowiązkowo u babuni. W pierwszy dzień świąt
pojechaliśmy do mojej mamy, a drugi do
teściowej. Było to rewelacyjne rozwiązanie. W końcu mogliśmy w spokoju spędzić
ten szczególny wieczór. Oczywiście najbardziej cieszył się nasz wnuczek Adaś.
Po uroczystej kolacji i
przepysznych pierogach nadszedł czas na wręczenie prezentów. Adam siedział w
oknie i wyczekiwał pierwszej gwiazdki na niebie, przebierając niecierpliwie
nogami i mamrocząc pod nosem o wyczekiwanych puzzlach „Avengers”. Nagle rozległ
się głośny dzwonek do drzwi. Wnuczek jak strzała popędził otworzyć . Był
przekonany, że to spóźniony jak zwykle kuzyn. W progu jednak stał Święty Mikołaj z worem prezentów. Adaś
oniemiał z wrażenia. To była pierwsza Wigilia, podczas której zawitał do nas
Dobrodziej. Zaprosiliśmy go do salonu.
Chcieliśmy go ugościć, ale grzecznie odmówił posiłku, twierdząc, że obawia się,
że jeśli zje choć jeszcze jednego pierożka jego renifery nie będą w stanie
pociągnąć taki ciężar. Rozsiadł się wygodnie w fotelu i poprosił Adama, by do
niego podszedł. Miałem wrażenie, że wnuczek troszkę bał się tego spotkania w cztery oczy. Ale Mikołaj miał tak
łagodny i ciepły ton głosu, że nawet największy łobuziak stałby się potulnym
barankiem. Adam powolutku zbliżył się do Siwobrodego, a ten pogłaskał go po
głowie, odłożył w kąt swoją srebrzystą rózgę, otworzył wór z prezentami i kazał
wnuczkowi mocno pomieszać i wyjąć jeden upominek. Adam delikatnie zamerdał w
worze i wyciągnął niewielkie pudełko, ozdobione świątecznym papierem.
Delikatnie rozpakował prezent, żeby go nie uszkodzić. W środku znajdował się
zestaw puzzli „ Avengers”. Adaś był strasznie szczęśliwy. Bez skrępowania
rzucił się Mikołajowi na szyję, ten uśmiechnął się i ruszył w dalszą podróż.
środa, 23 grudnia 2015
Mikołajki
Wczoraj w przedszkolu zorganizowane zostało zebranie
rodziców. Omawiana była między innymi sprawa mikołajek. Co roku w przedszkolu
jest tak, że składka na prezent ustalana jest na poziomie dwudziestu złotych,
jednak za tę kwotę kupowane są najczęściej tylko słodycze dla naszych pociech.
Ja i kilkoro innych rodziców jestem przeciwny takim praktykom. Uważamy, że
lepiej by było gdyby zamiast torby cukierków i czekoladek dziecko przynosiło do
domu coś trwałego typu książeczka lub mała zabawka. Niestety nie wszystkim
rodzicom się to podoba. Długo zastanawiałem
się w jaki sposób przekonać opornych do zmiany zdania. Zadanie nie było
proste, ale z racji pełnionej funkcji przewodniczącego Rady Rodziców musiałem
opracować jakiś solidny plan no i oczywiście mocne argumenty. Troszkę
obawiałem się tego spotkania, gdyż większość uczestniczących w zebraniach
rodziców to niestety kobiety, które potrafią być bardzo uparte, kłótliwe i
krzykliwe. Napisałem więc przemowę
i zrobiłem zestawienie w formie
tabelarycznej wszystkich plusów i minusów . Oczywiście pozytywnych stron nie
było za wiele. Po burzliwych dyskusjach udało mi się przeforsować mój pomysł.
Pozostało wybrać rodzaj zabawki, ale ten wybór pozostawiono już w gestii Rady
Rodziców. Dzisiaj z samego rana udałem się do zaprzyjaźnionej hurtowni zabawek.
Powiedziałem właścicielce o jaki
zakup mi chodzi, a ona pokazała niemalże wszystkie pozycje w ustalonym na
zebraniu przedziale cenowym. Mnie osobiście spodobał się pomysł zakupu puzzli .
Teraz należało znaleźć jakiś kompromis i wybrać takie , które będą się podobały
zarówno dziewczynkom, jak i chłopcom . Wybór padł na układankę „Przyjaciele z
Krainy Lodu”. Postanowiłem jednak zasięgnąć opinii pozostałych członków naszej
przedszkolnej Rady Rodziców. Wykonałem kilka telefonów i okazało się, że poradziłem sobie z tym
zadaniem doskonale . Byłem z siebie dumny. Panie, z którymi rozmawiałem
,stwierdziły jednoznacznie, że zakup puzzli „Przyjaciele z Krainy Lodu” jest
rewelacyjnym pomysłem. Każde chyba dziecko oglądało wyśmienitą ekranizację
disneyowską i zapewne przedszkolaki, gdy dostaną bajkowych bohaterów w postaci
zabawki będą zadowolone z prezentu.
Zamówiłem więc w hurtowni dwadzieścia osiem jednakowych zestawów puzzli, by
każde dziecko dostało taki sam upominek.
poniedziałek, 21 grudnia 2015
List do Świętego Mikołaja
Od kilku lat jestem pracownikiem Małego Domu Dziecka w naszej
miejscowości. Do domów dziecka kierowane są dzieci i młodzież,a w tym wypadku
tylko małe dzieci, których potrzeby nie mogą być zaspakajane w ich domu
rodzinnym , czy to stale czy też okresowo . Oznacza to, że do domów dziecka
trafiają nie tylko sieroty. W naszym ośrodku bardzo duży nacisk kładziemy na
jak najczęstsze kontakty dziecka z rodzicami i osobami bliskimi, chyba, że
sytuacja w domu rodzinnym małoletniego jest na tyle poważna i problemowa, że kontakty te
zostają ograniczone przez sąd rodzinny. Praca w takim miejscu wymaga ogromnej
wytrzymałości psychicznej . W początkowych
miesiącach pracy było mi bardzo ciężko, choć na pozór jestem mężczyzną rosłym i
dobrze zbudowanym i staram się nie dawać poznać jakichkolwiek oznak mojej
słabości. Nieraz jednak zdarzały się sytuacje, które największemu twardzielowi
cisnęły łzy do oczu. Pół roku temu do naszego ośrodka trafił sześcioletni chłopiec o bardzo rzadkim
imieniu Ariel z bardzo dysfunkcyjnej rodziny, w której ojciec stosował przemoc
fizyczną wobec niego i matki, a matka nie mogąc sobie z tym
poradzić zaczęła nadużywać alkoholu. W konsekwencji, za sprawą szkolnej pedagog
dziecko trafiło do nas. Początkowo było bardzo nieufne, jednak jakimś cudem
znalazłem sposób by trafić do serca chłopca o wyjątkowo smutnych oczach. W zeszłym
tygodniu dzieci pisały listy do Świętego Mikołaja. Zazwyczaj listy wszystkich
dzieci trafiają do Urzędu Miasta, pod który podlega nasza jednostka, a tam
władze organizują pomoc dla tych, jak to określają sierot środowiskowych. Listem
od Ariela postanowiłem zająć się sam. Chłopiec prosił w nim o zegarek VTech-Kidizoom
Smart Watch. Postanowiłem sprawdzić, co to za zabawka i ile kosztuje. Okazało
się, że nie jest to zwykły zegarek. Ma wbudowanych w sobie wiele ciekawych,
dodatkowych funkcji , a jego cena jest całkiem przystępna. Nie czekając na
odpowiedź z Urzędu Miasta zakupiłem upominek. Nadszedł wreszcie wigilijny
wieczór i czas na prezenty od Świętego Mikołaja. Byłem podekscytowany. W końcu i Arielowi wręczono małą
paczuszkę. Chyba był zaniepokojony, że jest aż tak mała, ale gdy ją otworzył i
wyjął ze środka swój upragniony VTech-Kidizoom Smart Watch, oczy chłopca mówiły
wszystko, a ten twardziel, który nigdy nie płacze raz po raz ocierał łzy
toczące się po policzku.
piątek, 18 grudnia 2015
Szlachetna paczka
Ostatnio bardzo modne w naszym kraju stało się organizowanie
w okresie świątecznym różnego rodzaju akcji charytatywnych dla najuboższych,
wysyłania smsów, przekazywania pieniążków na konta fundacji pomagających chorym
dzieciom, kupowania produktów, ze sprzedaży których pewien procent przekazywany
jest dla najbardziej potrzebujących. Są to cele bardzo szczytne chętnie biorę
udział w tego typu akcjach. Kilka dni temu również w firmie, w której pracuję
zorganizowano wyjątkową zbiórkę w ramach wszystkim chyba znanej „ Szlachetnej
paczki”. Wolontariusze zgłosili osoby, którym można pomóc. Po ciężkich
negocjacjach postanowiliśmy wspólnie, że
nasze serca powędrują do mamy samotnie wychowującej trójkę dzieci, która ze
względu na sadystycznego partnera zmuszona została do zamieszkania w domu
samotnej matki. Historia tej rodziny bardzo nami wstrząsnęła, dlatego tez
postanowiliśmy ich wesprzeć. Wolontariusze przekazali nam spis rzeczy, których
najbardziej im brakuje, poczynając od artkułów spożywczych a kończąc na
ubraniach dla dzieci. Podzieliliśmy się zakupami, złożyliśmy się też na branka
i zaledwie trzy dni paczka była gotowa. Właściwie to kilka ogromnych paczek,
tyle udało nam się zebrać. Ja kupiłem słodycze dla dzieciaków, artykuły szkolne
i zestaw puzzli „ Kąpiel
Prosiaczka” dla najmłodszej dziewczynki, a także przekazałem część pieniążków
na zakup kurtki dla najstarszego syna. Wszyscy bardzo zaangażowali się w tą
akcję. Wspaniale było patrzeć, jak ludzie potrafią się mobilizować i wzajemnie sobie pomagać. Czułem
również dumę, że mogę osobiście uczestniczyć w tak szlachetnej akcji. W
zorganizowaniu darów dla tej rodziny brał udział cały mój wydział, to znaczy
około dwudziestu osób. Gdy wieść
o naszej Szlachetnej Paczce rozeszła się po firmie okazało się, że
chętnych do pomocy jest o wiele więcej. To wspaniałe, że kolejne
potrzebujące rodziny będą mogły liczyć
na wsparcie. W końcu nadeszły święta, w czasie których zastanawiałem się czy
zakupione przeze mnie dary, a w szczególności puzzle dla najmłodszego dziecka „
Kąpiel Prosiaczka” się spodobają. Tego nie miałem się dowiedzieć, ponieważ
rodzin, którym pomogliśmy nigdy nie
poznamy . Mogłem jedynie sobie wyobrazić, jak bardzo były w Wigilię Bożego
Narodzenia szczęśliwe.
środa, 16 grudnia 2015
Mikołajki w galerii
W ubiegłą sobotę wybraliśmy się z żoną na zakupy do naszej galerii. Z uwagi na
to, że wielkimi krokami zbliżają Święta Bożego Narodzenia miałem nadzieję, że
wpadnie mi w oko jakiś ciekawy prezent dla mojej drugiej połówki. Chciałem,
żeby to było coś wyjątkowego, coś z czego naprawdę się ucieszy. Galeria
wyglądała niesamowicie. Świąteczny nastrój udzielał się chyba wszystkim
odwiedzającym. Wszędzie wisiały girlandy, migocące światełka, srebrzyste
renifery i aniołki. Nawet mnie poprawiał się nastrój, gdy wchodziłem z żoną do kolejnego
sklepu, w którym zostawiała jakąś część mojej wypłaty. Minęliśmy elegancką
wystawę znanej firmy jubilerskiej, gdy Zofia nagle przystanęła i wpatrywała się w złotą
bransoletkę. Zdawało mi się nawet, że delikatnie westchnęła. Kątem oka
spojrzałem na cenę tego cudeńka, ale ku mojemu zaskoczeniu nie była aż tak
wygórowana. Pomyślałem ,że to jest właśnie ten prezent, jaki chciałem dla niej
kupić. Udałem, że nie jestem zainteresowany biżuterią i ruszyłem niej. W samym
sercu galerii, obok kolorowej fontanny zebrał się tłum dzieciaków.
Przypomniałem sobie o Mikołajkach. Obserwowałem rozweselone dzieciaczki. W
wielkim fotelu rozsiadł się Święty Mikołaj, który rozdawał prezenty. Wszedłem piętro wyżej, by mieć
lepszy widok. W jednym worku miał zestawy puzzli „Jej wysokość Zosia”, w drugim
zestawy dla chłopców, ale niestety nie udało mi się dojrzeć, co dokładnie
przedstawiały. Zorganizowano konkurs na największą i najlepiej przyozdobioną
bombkę na choinkę. Dzieci miały do dyspozycji wielkie kule styropianowe,
wstążki, papiery kolorowe, koraliki, brokaty, kleje i całą masę rzeczy, które
by można było wykorzystać do zdobienia bombki. W końcu konkurs dobiegł końca.
Rozpoczęła się mała gala wręczenia nagród. Na pomoc Mikołajowi przybiegła
filigranowa Śnieżynka. Wyłoniono trzy zwyciężczynie. Każdej Święty Mikołaj
wręczył zestaw puzzli „Jej wysokość Zosia”. Fotograf uwiecznił ten moment i każdej dziewczynce podarował
dodatkowo pamiątkowe zdjęcie. Święty Mikołaj jednak nie byłby sobą, gdyby nie rozdał
pozostałym dzieciakom drobnych upominków. Wspaniale było obserwować to
świąteczne wydarzenie.
poniedziałek, 14 grudnia 2015
Fałszywy Święty Mikołaj
Zazwyczaj Wigilię Bożego Narodzenia spędzamy u mojej mamy w
górach. Tam święta mają dopiero
wyjątkowy urok. Na brak śniegu nie można narzekać. Pierwszego dnia świąt
staramy się organizować rodzinny kulig. Są to niezapomniane wrażenia. Jednak w tym
roku nie było mowy o spędzeniu tego świątecznego czasu w górach. Mama ostatnio
chorowała i była zbyt słaba, by zorganizować tak poważne przedsięwzięcie.
Postanowiliśmy zatem zabrać ją do siebie, do centrum Polski. Wprawdzie
temperatury utrzymywały się dodatnie i nie mogliśmy raczej liczyć na biały puch,
ale zawsze to lepsze niż spędzenie świąt w samotności. Najbardziej rozczarowane
jednak były dzieciaki. Uwielbiały jeździć w góry, lepić bałwana, rzucać się
śnieżkami. Wieczorami oglądały bajki albo grały w jedyną grę, którą posiadała
babcia na swoim wyposażeniu, a mianowicie „5 sekund Junior”. Wiadomość
o tym ,że w tym roku nie pojedziemy w góry bardzo je zasmuciła. Wpadłem jednak
na pomysł, który urozmaicił troszkę te święta. Postanowiłem wynająć Świętego
Mikołaja. Sam przebrać się nie mogłem, bo moje przebiegłe dzieciaki z pewnością
zwietrzyłyby podstęp. Przeszukałem lokalne ogłoszenia . W końcu znalazłem
takiego, którego koszt wynajęcia nie powalił mnie z nóg, w przeciwieństwie do
pozostałych. Uzgodniłem z nim wszystkie szczegóły i czekałem z
niecierpliwością na efekty jego pracy. Dzień przed wigilią przyjechała moja
mama. Ku uciesze dzieciaków przywiozła ze sobą ich ulubioną grę „5 sekund
junior” no i obowiązkowo masę pysznych wigilijnych pierogów. Nadszedł w końcu dzień, na który wszyscy
długo czekali. W duszy śmiałem się sam z siebie, bo ja chyba bardziej niż
dzieci czekałem na pojawienie się pierwszej gwiazdki na niebie. Nikomu nie
zdradziłem mojego sekretu. Nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi.
Pobiegłem otworzyć. Od progu przywitał mnie gruby Jegomość w czerwonym stroju.
Wyglądał bardzo przekonująco. Zaprosiłem go do salonu. Cała rodzina osłupiała. Święty
Mikołaj rozdawał prezenty. Ostatnią poprosił najmłodszą Zuzię, która po
dłuższym zastanowieniu podeszła do Mikołaja i z całej siły pociągnęła za długą
brodę. Stało się to, czego obawiałem się najbardziej. Święty Mikołaj został
zdemaskowany. Pomimo wpadki długo jeszcze przeżywaliśmy jego wizytę w naszym
domu.
piątek, 11 grudnia 2015
Psotka
Moja młodsza córka od
kilku lat jest aktywną wolontariuszką schroniska dla bezdomnych zwierząt.
Poświęca im każdą wolną chwilę. Niejednokrotnie zdarzyło się również ,że
przygarniała niechciane i zmaltretowane istotki . Wtedy dom zamieniał się w
istny szpital, ponieważ psiaki były zazwyczaj w opłakanym stanie. Z niektórymi
jeździła do warszawskiej kliniki, żeby je ratować, inne dzięki jej miłości i
zawziętości udało się przywrócić do dobrego stanu w warunkach domowych. Nie
zapomnę jednak pewnej suczki, którą kilka miesięcy temu przywiozła do domu z
interwencji. Jej właścicielka była anorektyczką i tak samo traktowała swojego
pupila. Pies był skrajnie wychudzony, nie miał siły by podnieść się na łapkach,
a do tego strasznie bał się każdego z nas. Wystarczyło na niego spojrzeć, by
zrozumieć, ile wycierpiał. Córka całymi
dniami walczyła o jego życie. Jej wiara i poświęcenie sprawiły,
że w zaledwie miesiąc suczka była nie do poznania. Stała się pełna życia i
powoli zaczęła ufać człowiekowi. Najlepszy kontakt złapała z wnuczką . Maja
codziennie ją odwiedzała, przynosiła smakołyki i ją zabawiała. Kilka tygodni
temu wnuczka miała spędzić u nas kilka dni. Przywiozła ze sobą ulubione
zabawki, a wśród nich ukochane puzzle „ Jej wysokość Zosia”. Dostała je ode
mnie na swoje piąte urodziny i przy każdej okazji prosiła, bym pomógł jej je
układać. Uwielbiała tą zabawę, bo zawsze podczas zabawy opowiadałem jej
śmieszne historyjki. Podczas tego
kilkudniowego pobytu Majki zdarzyła się rzecz niebywała. Któregoś
wieczoru usiedliśmy do ukochanych puzzli „Jej wysokość Zosia”. Puzzle zostały
złożone, a ja z wnuczką opowiadaliśmy
sobie śmieszne historyjki do późnych godzin wieczornych. Złożoną układankę
pozostawiliśmy na stole i poszliśmy spać. Następnego dnia z samego rana Maja
podniosła w całym domu alarm. Zerwałem się z łóżka. Puzzle „Jej wysokość Zosia”
zniknęły. Rozpoczęły się poszukiwania. W pierwszej chwili pomyślałem, że żona
robi sobie z nas żarty, ale gdy Majka
wpadła w histerię zrozumiałem , że to nie był zwykły psikus. Cały dzień szukaliśmy zguby.
Wieczorem zajrzałem do pokoju córki. W kojcu leżała suczka, o obok niej
porozsypywane puzzle Majki. Od tamtego pamiętnego dnia psinę nazywaliśmy
Psotką, bo spłatała nam wszystkim niezłego psikusa.
środa, 9 grudnia 2015
Mikołajki
W końcu nadszedł grudzień.
Dla dorosłych to miesiąc długi i ciężki. Przygotowania do Świąt Bożego
Narodzenia i związane z tym wydatki nie
nastrajają optymistycznie. Największą
radochę mają oczywiście dzieciaki.
W szkole coraz mniej obowiązków i właściwie już od pierwszych dni
miesiąca jakieś niespodzianki. Mam na myśli oczywiście Mikołajki . W tym roku przypadają w niedzielę. W naszej
rodzinie mamy zwyczaj podkładania drobnych upominków pod poduszkę, gdy maluchy
zasną. Pozostał wybór tego drobnego upominku, a wcale nie jest to łatwe zadanie.
W dzisiejszych czasach dzieci mają niemalże wszystko, czego dusza zapragnie, a
konkurencyjni producenci zabawek prześcigają się w pomysłach, czym jeszcze
można zaskoczyć maluchy i przyciągnąć
ich uwagę. Postanowiłem zatem zrobić mały rekonesans po sklepach. Niestety moja
kilkugodzinna wyprawa przyniosła marny efekt. W każdym punkcie, do którego
zajrzałem, półki uginały się od nadmiaru zabawek. Każda ciekawa, kolorowa i
przyciągająca uwagę. Przyszedłem do domu ze strasznym mętlikiem w głowie. Długo
nie mogłem zasnąć. Gdy się obudziłem doznałem niemalże olśnienia. W ostatnim
sklepie, który wczoraj odwiedziłem w oko wpadł mi zestaw puzzli „Avengers”.
Początkowo właściwie nie wiedziałem co to za postacie widnieją na pudełku, ale
nagle przypomniałem sobie , że mój
wnuczek bardzo często ogląda serial animowany właśnie z bohaterami o nadzwyczajnych mocach.
Po śniadaniu wybrałem się ponownie do sklepu, w którym widziałem puzzle. Jakież
było moje zdziwienie, gdy okazało się, że właśnie wczoraj po moim wyjściu
ostatnie pudełko układanki zostało sprzedane. Byłem zdruzgotany. Sprzedawczyni
widząc moją zrezygnowaną minę obiecała, że postara mi się pomóc. Wykonała kilka
telefonów do różnych hurtowni i kazała mi się zgłosić za dwa dni. Dręczyło mnie
to ,że nie kupiłem od razu tego zestawu. Właściwie to byłem przekonany, że w
tak krótkim czasie z pewnością
nie uda mi się kupić układanki. Niewiele jednak mogłem w tej sytuacji zrobić .
Cierpliwie czekałem. Po dwóch dniach
zgłosiłem się ponownie do sklepu. Pani sprzedawczyni od progu powitała mnie z
uśmiechem na twarzy wyciągając spod lady puzzle „Avengers”. Byłem uspokojony.
poniedziałek, 7 grudnia 2015
Nowe autko
Wczoraj wieczorem przyjechał do mnie w odwiedziny mój brat Bogdan
ze swoim młodszym synem
Krystianem. Chciał koniecznie pochwalić się swoim nowym samochodem, który
sprowadził kilka dni temu z terenu Niemiec. Najbardziej z tej wizyty cieszył
się mój synek Piotrek. Krystian nigdy nie przyjeżdża z pustymi rękoma. Tym razem
wręczył Piotrkowi puzzle Avengers -
Puzzle Magic Decor z jego ulubionymi bohaterami. Piotruś był szczęśliwy, bo
układanie puzzli to jego ulubione zajęcie od najmłodszych lat. Chłopcy zamknęli
się w pokoju dziecięcym i pracowali nad nowym upominkiem. Nie miałem ochoty
przygotowywać dla nich kolacji, więc poszedłem na łatwiznę i zamówiłem dla nich
pizzę. My z moim bratem wyszliśmy na podwórze obejrzeć nowe cacko. Samochód
prezentował się wspaniale, pracował cichutko
i miał wspaniałą linię. Nic zresztą dziwnego , bo kosztował fortunę. Mój
brat ma własną, bardzo dochodową
piekarnię, ale ciężko pracuje, by stać go było na takie luksusy. Zrobiliśmy
rundkę wokół domu. Takim autem się nie jedzie, ale płynie. Opowiedział mi o
całym dodatkowym wyposażeniu, jakie to autko posiada i poszliśmy do domu . Zajrzeliśmy do pokoju
chłopaków. W ciszy i
skupieniu pracowali nad złożeniem puzzli Avengers Puzzle Magic Decor. Po chwili
wróciła moja małżonka i zajęła się przygotowaniem dla nas małego poczęstunku.
Taki nabytek należało ochrzścić, aby dobrze służył nowemu właścicielowi. Bogdan
zadzwonił po szwagierkę, żeby moja żona nie czuła się samotna. To było
oficjalne wytłumaczenie, a tak naprawdę przewidywał finał tego spotkania , więc
potrzebna była opiekunka dla Krystiana i jednocześnie kierowca, by spokojnie
wrócić do domu. Rozsiedliśmy się z Bogdanem wygodnie w fotelach, włączyliśmy
telewizor i wznieśliśmy toast za nowe cacko brata. Nasze panie nie były zbyt
zadowolone , w przeciwieństwie do dzieciaków, którzy po ułożeniu w
całość puzzli Avengers i zjedzeniu całej pizzy przestawiali pokój Piotrka do
góry nogami. W końcu udało nam się udobruchać małżonki i resztę wieczoru
spędziliśmy w znakomitych nastrojach. W końcu nie co dzień kupuje się samochód
za kilkadziesiąt tysięcy złotych.
środa, 2 grudnia 2015
Domówka
Od pewnego czasu nasza nastoletnia córka Iga suszyła nam
głowę o to, by móc zorganizować małą imprezę w domu dla najbliższych
przyjaciół, oczywiście najlepiej pod naszą nieobecność. Przez długi jednak czas
nie było ku temu okazji, bowiem rzadko wychodzimy z domu . Jednym z powodów
naszego ubogiego życia towarzyskiego jest wychowywanie młodszego syna Igora .
Najzwyczajniej w świecie brakuje chętnych do sprawowania opieki nad niesfornym
chłopcem. Z tego też względu, jeśli chodzi o dłuższe wyjścia i spotkania ze znajomymi,
ograniczamy się do minimum. Raz do roku mamy jednak imprezę, której nie
opuściłbym za żadne skarby. Jest to hubertus, organizowany przez moje Koło
Łowieckie w listopadzie. Nie wyobrażam
sobie, żeby mnie na nim nie było, oczywiście w towarzystwie mojej małżonki. Przez
dłuższy czas córka nie wracała do tematu domówki. Dwa tygodnie temu jednak
przeczytała zaproszenie na nasz myśliwski bal. Termin imprezy przypadał akurat
w dniu urodzin Igi. Wiedziałem, że tym razem nie unikniemy tego drażliwego
tematu. Nie chodziło o to, że nie mamy zaufania do córki, ale o to, że
dzisiejsza młodzież ma wyjątkowo dziwaczne pomysły i po prostu baliśmy się
pozostawić małolatów na całą noc bez opieki osoby dorosłej. Igorem miała zająć
się babcia, a my po długich negocjacjach z uwagi na urodziny Igi, uzgodniliśmy
z nią zasady imprezy. Z duszą na ramieniu zostawiliśmy gromadkę nastolatków w
domu. Przed wyjściem podarowałem Idze świetną grę towarzyską „ 5 sekund”
Trefla, mając cichą nadzieję, że młodzieży się spodoba, choć szczerze w to
wątpiłem. Podczas hubertusa żona co godzinę dzwoniła do córki, spytać czy
wszystko w porządku i czy nie
dzieje się nic niepokojącego. Do domu wróciliśmy około godziny piątej. Po
cichutku otworzyliśmy drzwi. W pokoiku Igi jak śledzie w łóżku spały : nasza córka i jej
trzy najbliższe koleżanki. Zajrzeliśmy do dużego pokoju. Ku mojemu zaskoczeniu
panował tam ład i porządek, a na stole leżała rozłożona gra „5 sekund”, a obok
niej karteczka z napisem : „ Dziękujemy. Gra rzeczywiście była fascynująca”.
Byłem pod ogromnym wrażeniem.
poniedziałek, 30 listopada 2015
Augustów
Ubiegłoroczne wakacje spędziliśmy całą rodziną na Mazurach.
Był to wyjątkowo udany wyjazd, na który czekaliśmy cały pracowity rok. Urlop
zaplanowaliśmy dość wcześnie, bo pod koniec czerwca. Troszkę martwiliśmy się
pogodą, bo z nią w naszej strefie klimatycznej różnie
bywa. Zarezerwowaliśmy pokoje w ośrodku wypoczynkowym w samym
sercu Augustowa .Gdy nadszedł czas wyjazdu spakowaliśmy walizki i ruszyliśmy w
drogę. Mieszkamy na Mazowszu, więc droga nie należała do najdłuższych. Na
miejsce dotarliśmy około godziny dziesiątej. Zakwaterowanie możliwe było
dopiero od dwunastej. Postanowiliśmy więc pospacerować i rozejrzeć się po
okolicy. Pogoda nam dopisywała. Ośrodek oddalony był od najbliższego jeziora o
mniej więcej kilometr drogi. Po drodze do dyspozycji mieliśmy kilka lokalnych
sklepików i jeden duży
dyskont. Po małej wycieczce wróciliśmy, aby rozpakować walizki i odetchnąć od podróży, która choć nie
była za długa to jednak troszkę nas znużyła. Pokoje były czyste i nowoczesne, w
każdym łazienka i mały aneks kuchenny. W ośrodku też można było wykupić
całodzienne wyżywienie w
przystępnych cenach. Skorzystaliśmy z oferty i wieczorem udaliśmy się na kolację.
Okazało się ,że tego dnia organizowany był również wieczorek zapoznawczy dla
gości hotelowych przy muzyce lokalnego zespołu. Poznaliśmy bardzo sympatyczną
rodzinę z Sanoka. Najbardziej z tego spotkania ucieszyła się nasza wnuczka
Oliwka, gdyż znalazła koleżankę w podobnym wieku. Dziewczynki świetnie się
dogadywały. Obok sali bankietowej znajdowała się świetlica, na której najmłodsi
uczestnicy turnusów wypoczynkowych mogli
troszkę się pobawić. Dziewczynki postanowiły sprawdzić, jakie atrakcje tam na
nie czekały. Na regałach poukładane były gry planszowe i puzzle. Oliwka
wyciągnęła układankę ”Barbie i jej super przyjaciele” i do wspólnej zabawy
zaprosiła nowo poznaną Karolinkę. Zostawiliśmy dziewczynki na świetlicy,
doglądając je od czasu do czasu, a my mogliśmy się troszkę zrelaksować.
Następnego dnia skoro świt Oliwka pobiegła po Karolinkę i obie uradowane udały
na świetlicę sprawdzić, czy ułożone przez nie poprzedniego wieczoru puzzle „
Barbie i jej super przyjaciele” nie zostały przez nikogo zniszczone. Na całe
szczęście układanka leżała w tym samym miejscu, w którym ją zostawiły. Po
śniadaniu wszyscy razem udaliśmy się nad jezioro. Dni w doborowym
towarzystwie upływały w zastraszającym tempie. Gdy nadszedł czas wyjazdu
dziewczynki nie mogły się rozstać wymieniły się adresami i obiecały sobie
nawzajem że będą do siebie pisać.
piątek, 27 listopada 2015
Wnusia
Siedem lat temu moja ukochana córka Monika wyjechała ze swoim
narzeczonym do Norwegii. Mieli pozostać tam jedynie na okres wakacyjny. Życie
potoczyło im się jednak zupełnie inaczej. Dostali pracę, wynajęli mieszkanie i
tam zostali. Twierdzili, że do kraju nie mają po co wracać ze względu na brak
perspektyw. Tam żyło im się, z tego co opowiadała córka, a dzwoniła do nas raz
w tygodniu, na dość wysokim poziomie. Początkowo, dla nas rodziców, był to duży
szok. Tęskniliśmy bardzo. W końcu to nasze jedyne dziecko. Po dwóch latach pobytu
Monika zadzwoniła do nas z radosną nowiną, że spodziewa się dziecka. Niedługo
po narodzinach malutkiej Zosi , córka wykupiła nam bilety lotnicze i
polecieliśmy w odwiedziny. Mieszkali w pięknym domu, a wnusia skradła mi moje
serce. Niestety od tamtej pory widzieliśmy się jeszcze tylko dwa razy. Bolało
nas to, że nie możemy na co dzień podziwiać postępów naszej małej wnusi i
towarzyszyć jej w dorastaniu. Tydzień temu zadzwoniła Monika i oświadczyła, że
wpadną do nas na jakiś tydzień. Radości nie było końca . Wspólnie z żoną
robiliśmy zakupy na ich przyjazd. Wnusia niedawno skończyła cztery latka. Żona
przygotowała dla niej wielką paczkę
z upominkami. W większości były to śliczne sukieneczki, ale nie zabrakło
również zabawek, wśród których znalazły się również puzzle „Wesoły dzień Zosi”.
W końcu nadszedł długo wyczekiwany przeze mnie i moją małżonkę dzień. Pojechaliśmy
na lotnisko do Krakowa, by ich odebrać. Gdy zobaczyłem moją małą Zosieńkę,
byłem tak wzruszony, że z ledwością powstrzymałem łzy. Uściskom nie było końca.
Przyjechaliśmy do domu, żona podała obiad. Zosia nie mogła się najeść, tak
bardzo smakowało jej nasze rodzime jedzenie. Po posiłku nadszedł czas na upominki.
Zosia z wypiekami na policzkach odpakowywała kolejne prezenty. Każdą z sukienek
obowiązkowo musiała przymierzyć . Wyglądała w nich jak mała księżniczka. Na
samym dole worka leżały puzzle „
Wesoły dzień Zosi ”. Wnusia uśmiechnęła się szeroko i słodkim głosikiem
potwierdziła, że to naprawdę bardzo wesoły dzień.
środa, 25 listopada 2015
Wirusówka
Dwa dni temu mój ośmioletni syn Igor zachorował. W nocy
dostał wysokiej gorączki, miał silne dolegliwości żołądkowo-jelitowe. Z samego
rana udaliśmy się do przychodni. Kolejka do lekarza była imponująco długa.
Właściwie nie było czemu się dziwić. Początek jesieni to pora roku sprzyjająca
zachorowaniom. Zimne ranki i wieczory, a za dnia dość wysokie temperatury
przyczyniają się do wzrostu przeziębień ,
głównie wśród najmłodszych. Do lekarza rodzinnego dostaliśmy się po niemalże
dwóch godzinach oczekiwania. Okazało się, że to infekcja wirusowa, której przebiegowi
towarzyszą biegunka i wymioty, wysoka temperatura oraz ogólne osłabienie
organizmu. W drodze powrotnej do domu wstąpiliśmy do apteki i wykupiliśmy
wszystkie niezbędne lekarstwa. Pierwszy dzień choroby dał nam wszystkim w kość.
Na całe szczęście podane medykamenty dość szybko zaczęły działać i następnego
dnia Igor poczuł się już o wiele lepiej. Przede wszystkim minęły dolegliwości
ze strony układu pokarmowego. Lekarz jednak zalecił leżenie w łóżku przez
przynajmniej pięć dni. Igorowi, który czuł się coraz lepiej, najzwyczajniej w
świecie zaczęło się nudzić. Żona musiała wrócić do pracy, więc wziąłem dwa dni
urlopu. Postanowiłem urozmaicić synowi kolejny dzień choroby. Wyciągnąłem z
szafy z zabawkami jego ulubioną grę „5
sekund Junior”. Rzadko znajdujemy czas na wspólną zabawę, gdyż dużo pracuję , a
gdy wracam do domu na taka rozrywkę jest albo za późno, albo najzwyczajniej w
świecie nie mam już siły i ochoty na jakiekolwiek zabawy. Choroba syna była zatem
znakomitą okazją, by spędzić ze sobą trochę czasu. Igor czuł się na tyle
dobrze, że wspólna gra nie nadwyrężała jego zdrowia. Oczywiście w grze „ 5 sekund junior” wygranym zawsze był Igor, choć tak naprawdę
dawałem spore fory. Wspaniale było patrzeć jak wiele radości sprawia mu wygrana.
Cały dzień poświęciliśmy zabawie, z małą przerwą na zjedzenie przygotowanego
przez żonę obiadu. Dla nas obojga był to wyjątkowy dzień. Chyba oboje czuliśmy
jak bardzo wspólna zabawa zbliżyła nas
do siebie. Obiecałem Igorowi ,że częściej będę brał taki wolny dzień i
poświęcał go tylko jemu.
poniedziałek, 23 listopada 2015
Wielkanocna zabawa
Tegoroczne Święta
Wielkanocne były wyjątkowe, przede
wszystkim dlatego, że obchodziliśmy je wspólnie całą naszą rodziną . W
tym roku nikogo nie zabrakło. Oczywiście zostaliśmy zaproszeni do naszych
rodziców , którzy mieszkają w
dużym domu, w malowniczo położonej wiosce w samym sercu Bieszczad. Na śniadaniu
wielkanocnym byliśmy już w całym składzie, to znaczy rodzice, ja z małżonką i dwójka naszych pociech,
mój starszy o dwa lata brat z żoną i swoim synem, młodsza ode mnie
o rok siostra z mężem i dwójką córek oraz nasz najmłodszy braciszek z
przepiękną narzeczoną. Zazwyczaj przy
okazji świąt spotykamy się w mniejszy składzie, gdyż każde z nas mieszka ze
swoimi rodzinami w innej części kraju. Najdłuższą drogę do pokonania miał
Zbyszek, mój starszy brat, gdyż przyjechał aż znad morza. Pomimo zmęczenia
podróżą wszyscy byliśmy przeszczęśliwi . Rozmowom naszym, wspomnieniom ,
opowiadaniom o obecnym życiu nie było końca. Najbardziej jednak z tego pobytu
zadowolone były dzieciaki. Buszowały na dziadkowym strychu i raz po raz słychać
było dochodzące z góry chichoty. Dziadkowie przygotowali dla maluchów wyjątkową
niespodziankę. Zaraz po śniadaniu poprosili wnuczęta, żeby zeszły do salonu .
Kazali im włożyć cieplejsze odzienie, choć pogoda była naprawdę znakomita i
zabrali ich do ogrodu. Zaskoczyła nas ta zbiórka, więc z ciekawości my również udaliśmy się na
zewnątrz, by podpatrzeć co też za niespodziankę przygotowali dziadkowie.
Okazało się, że urządzili im rewelacyjne zawody. W ogrodzie ukryli bowiem
wielkanocne króliczki. Dzieci były zafascynowane oryginalnym pomysłem i z
entuzjazmem przeszukiwały zielone zakamarki. Pierwsza na metę przybiegła Ola
dumnie trzymając w dłoni różowy koszyczek , a w nim słodkości i niespodziankę
zegarek VTech-Kidizoom Smart Watch, również w kolorze różu. Po chwili dołączył
do niej Patryk taszcząc w ręku pomarańczowy koszyk z taką samą zawartością. Gdy
na metę dotarli pozostali uczestnicy
zabawy, okazało się , że dla każdego wnuczka dziadkowie przygotowali
taki sam zestaw. Jedyną różnicą była kolorystyka zegarków VTech-Kidizoom Smart
Watch. Dzieciaki były zachwycone, zarówno prezentami jak i oryginalnym sposobem ich wręczenia.
piątek, 6 listopada 2015
Weekend na jachcie
Niedawno, podczas jednego ze spotkań towarzyskich z naszymi
dobrymi przyjaciółmi wpadliśmy na wspaniały pomysł. Zbliżało się lato i okres
wakacyjnych urlopów. Postanowiliśmy pojechać na Mazury i wynająć niewielki
jacht. Planowaliśmy spędzić ten czas żeglując po jeziorach. Nasz znajomy Bogdan
miał w tym zakresie ogromne doświadczenie. Swojego czasu miał nawet własna
szkółkę żeglarską dla dzieci i młodzieży. Pomysł wydawał się rewelacyjny. Gdy
nadszedł czas długo wyczekiwanego urlopu spakowaliśmy bagaże i wyruszyliśmy w
podróż. Mieszkamy w centrum Polski, więc droga nie była długa i męcząca. Wśród spakowanych drobiazgów nie
mogło zabraknąć naszej ulubionej gry towarzyskiej „ Kalejdoskop 50 gier”. Bardzo często podczas naszych spotkań
w nią gramy , świetnie się przy tym bawiąc. Oczywiście przed wyjazdem tematem
spornym był wybór jeziora, po którym mieliśmy żeglować. Koniec końców stanęło
na największym jeziorze mazurskim Śniardwy. Nie byłem zadowolony z tego wyboru,
gdyż z tego co wiem, jezioro to jest bardzo płytkie, a liczne głazy ukryte pod
powierzchnią wody mogą stwarzać prawdziwe niebezpieczeństwo nawigacyjne. Co
więcej na tego typu zbiorniku wodnym , gdy wzrasta siła wiatru w ciągu kilku
minut podnosi się wysoka fala, która niejeden raz była przyczyną tragedii
.Oczywiście dla Bogdana był to pewien rodzaj wyzwania. Ja będąc przezorny na
wszelki wypadek prześledziłem chyba wszystkie prognozy pogody dla żeglugi
śródlądowej. Gdy dotarliśmy na miejsce właśnie świtało. Jezioro wyglądało
cudownie w promieniach wschodzącego słońca i delikatną mgłą unoszącą się nad
taflą wody. Około południa byliśmy już na pokładzie. Pogoda była wspaniała. Zanim
odbiliśmy od brzegu zasięgnęliśmy języka, by zorientować się którą z ośmiu wysp
odwiedzić. Ponoć najpiękniejszą jest wyspa Kaczor. Tam też postanowiliśmy
pożeglować. Kilka godzin później byliśmy już daleko od lądu. Zbliżał się
wieczór. Żona przygotowała kolację, a ja wyciągnąłem z plecaka „Kalejdoskop 50 gier”. Widok był
zachwycający. Słońce powoli zachodziło za horyzont, wiał lekki wiaterek, a my
rozpoczęliśmy partyjkę szach.
środa, 4 listopada 2015
Wakacyjne plany
Tegoroczne wakacje postanowiliśmy
spędzić w naszych ojczystych Tatrach. Dwa dni przed planowanym wyjazdem
nastąpiło nieoczekiwane złamanie pogody . W
centrum Polski aura dopisywała, ale w górach nagłe opady deszczu były
tak intensywne, że spowodowały, iż wiele miejscowości było podtopionych, a dojazd do nich wręcz niemożliwy.
Nasze plany legły w gruzach. Na przesunięcie planowanego od kilku miesięcy
urlopu było już za późno. Niewiele myśląc usiadłem przy komputerze i
rozpocząłem poszukiwania odpowiedniego miejsca na rodzinny wypoczynek. Właściwie
nie trwało to zbyt długo. Chwyciłem za telefon i zadzwoniłem do córki, by
zakomunikować, że jedziemy do węgierskiego Hajduszoboszlo. Poszperałem w
internecie i dzięki temu udało mi się znaleźć kontakt do osoby, która zajmowała
się rezerwacją kwater niedaleko kompleksu basenów. Z duszą na ramieniu
spakowaliśmy walizki i
wyruszyliśmy w podróż . Okazało się, że mieliśmy do przejechania niespełna siedemset
kilometrów. W połowie drogi wnukom zaczęło się troszkę nudzić. Jak to zazwyczaj
bywa znudzone dzieci to nieznośne dzieci. Zaczęły się kłótnie, sprzeczki,
przepychanki. Zatrzymaliśmy się na pierwszej napotkanej stacji benzynowej.
Kupiłem chłodne napoje . Wychodząc ze sklepu zauważyłem na jednej z półek gry
planszowe, a wśród nich pozycję, która mogłaby się spodobać chłopakom „Memos –
Kraina Lodu”. Z tego co pamiętam byliśmy razem na tym filmie animowanym w
kinie. Bajka wywarła na nas ogromne
wrażenie. Nie chwaląc się jak zwykle miałem nosa. Gra przypadła wnukom do
gustu. Podróżowaliśmy naszym rodzinnym vanem, więc dzieciaki miały z tyłu auta
sporo miejsca na zabawę. Przez resztę
podróży dzięki zakupionej przeze mnie grze „Memos – Kraina Lodu” w samochodzie wreszcie zapadł upragniony
spokój. Gdy przekroczyliśmy granicę Węgier pogoda była przepiękna, wprost
idealna na rodzinne wakacje. W Hajduszoboszlo przywitała nas bardzo serdeczna i
uśmiechnięta starsza pani, właścicielka domku, który przez najbliższy tydzień
miał być naszą kwaterą. Rozpakowaliśmy walizki i poszliśmy zwiedzić okolicę.
Wieczorem nasi niestrudzeni chłopcy ponownie usiedli do gry, która uratowała
nas w podróży - „Memos – Kraina Lodu”
poniedziałek, 2 listopada 2015
Wakacje
Tegoroczne wakacje nie zapowiadały się zbyt wesoło. Remont
naszego domu kosztował fortunę i niestety urlop mieliśmy spędzić w naszym
rodzinnym mieście. Najbardziej jednak mi było szkoda naszej małej córeczki.
Nina cały czas pytała nas gdzie wyjedziemy na wakacje, a my będąc świadomi
zasobności naszych portfeli odpowiadaliśmy wymijająco, że na wszystko przyjdzie
czas i jeszcze zobaczymy. Dni
jednak upływały nieubłaganie i nastał w końcu moment, w którym należało
powiedzieć naszej pięcioletniej córeczce, że jednak nigdzie nie wyjedziemy.
Bolało nas to bardzo. Któregoś wieczoru spotkaliśmy się z naszymi znajomymi. Ku
naszemu zaskoczeniu okazało się, że wiosną kupili campera, którym byli już na
wczasach i sprawdził się rewelacyjnie. Zaproponowali czy nie chcielibyśmy użyczyć
go sobie i choć na kilka dni wyjechać nad morze. Propozycja była wręcz nie do
odrzucenia. Powiedziałbym, że zdarzył się cud .
Następnego dnia spakowaliśmy walizki . Nina cały czas dopytywała co to
za niespodzianka na nią czeka i dlaczego się pakujemy. Campera znajomi
zostawili na polu namiotowym w nadmorskiej miejscowości na wszelki wypadek,
gdyby chcieli jeszcze z niego skorzystać. Nad morze dojechaliśmy pociągiem.
Nina była zachwycona podróżą, ale gdy
dotarliśmy na miejsce i otworzyliśmy drzwi campera aż piszczała z radości.
Warunki były rewelacyjne. Zostawiliśmy bagaże i udaliśmy się na spacer po
plaży. Po południu popsuła się pogoda i uziemiła nas ulewa . W szafie
znaleźliśmy sporą skrzynię. Gdy ją otworzyliśmy okazało się, że znajdowały się
w niej zabawki córki naszych znajomych. Nina wygrzebała puzzle „ Barbie – super
księżniczka” i zaprosiła mamę
do wspólnej zabawy, a ja miałem chwilę, by w końcu odpocząć. Wprawdzie
podróżowaliśmy pociągiem i nie musiałem prowadzić samochodu, ale długa podroż i
tak mnie wykończyła. Nina natomiast miała tyle energii, jakby dopiero co się
obudziła. Niewiele myśląc zaszyłem się w kąt i zamknąłem oczy. Chyba się nawet
zdrzemnąłem, ale nagle usłyszałem piskliwy głosik córeczki. Koniecznie chciała pochwalić
się ułożonymi puzzlami „ Barbie -
super księżniczka”. Nie miałem wyjścia i musiałem przerwać drzemkę. Wieczorem
się rozpogodziło, więc poszliśmy do pobliskiej pizzerii Fierro . Kolejne dni były ciepłe, słoneczne i
rodzinne. Najważniejsze, że Nina będzie miała o czym opowiadać, gdy wróci we
wrześniu do przedszkola.
piątek, 30 października 2015
Smutna jesień
Nastały brzydkie jesienne dni. Bardzo nie lubię tej pory
roku. Jest zazwyczaj szaro, deszczowo i ponuro. Większość czasu spędza się w
domu. Na całe szczęście mamy bardzo fajnych sąsiadów, z którymi często spędzamy
te monotonne wieczory. To bardzo sympatyczna i
wesoła para. Nie sposób się nudzić w ich towarzystwie. Mieszkają dwa
piętra wyżej, więc gdy tylko doskwiera nam nuda wykonujemy jeden telefon i
można być pewnym, że wieczór będzie ciekawy. Zazwyczaj wspólny czas spędzamy
grając w jakieś gry. Ostatnio każde spotkanie kończyło się zabawą w kalambury.
Niedawno jednak miałem okazję odwiedzić hurtownię z zabawkami. Kupowałem wtedy
prezent dla mojej siostrzenicy Ady z okazji jej ósmych urodzin. Przechodząc
jednak obok stoiska z grami planszowymi, zatrzymałem się na chwilę. Uwagę moją
przykuła nowość firmy Trefl, a mianowicie gra
„ 5 sekund” . Gdy spytałem ekspedientki o opinie klientów, przekonywała
mnie ,że to rewelacyjna pozycja. Zapoznałem się z regułami gry. Wydawała się
całkiem ciekawa. Cena też nie była zbyt wygórowana. Za namową sympatycznej pani
,skusiłem się i ją kupiłem. Był piątek, więc po powrocie do domu zadzwoniłem do
moich ulubionych sąsiadów i zaprosiłem ich na małą partyjkę. Byli przekonani,
że będziemy znów grali w
kalambury. Żona przygotowała mały poczęstunek, a ja zaprezentowałem gościom
moją nową zdobycz. Byli nieco zaskoczeni. Stwierdzili nawet, że skoro kupiłem
ją w sklepie z zabawkami, jest to gra
przeznaczona dla dzieciaków. Przedstawiłem reguły gry . Na pozór były
rzeczywiście proste, gdy jednak rozpoczęliśmy rozgrywkę, nikomu nie było już do
śmiechu. Każdy chciał być najlepszy i najmądrzejszy. Najlepsze jest jednak to,
że o ile pytania wymagające wiedzy specjalistycznej nie sprawiały zazwyczaj
żadnego problemu, to pytania z pozoru
banalne wprawiały graczy wręcz w osłupienie. Rywalizacja była zacięta, ale
pomimo bojowych nastrojów, grze „ 5
sekund” towarzyszyły również pozytywne emocje. Przede wszystkim było mnóstwo
śmiechu. Nasze piątkowe spotkanie skończyło się wyjątkowo późno, ale gra była
tego warta.
środa, 28 października 2015
Puzzle przyjacielem dziecka
Nasz wnuczek Mateusz od kiedy sięgnę pamięcią uwielbiał
układać puzzle. Pasją tą zaraziła go moja siostra, która, gdy Mateusz miał
zaledwie trzy latka zabierała go ze sobą do swojego domu. Miała tam niezliczone
ilości układanek. Niektóre z nich były naprawdę stare. Najbardziej jednak
Mateusz lubił układać puzzle „Kąpiel Prosiaczka”. Może dlatego, że była to jego
ulubiona bajka, a może
dlatego ,że puzzle nie były zbyt skomplikowane i pomimo młodego wieku mógł
zupełnie sam je ułożyć. W każdym razie złapał bakcyla i choć dzisiaj ma już
dziesięć lat nadal lubi je układać. Tydzień temu, przechodząc obok Miejskiego
Domu Kultury zauważyłem plakat zatytułowany „Puzzle przyjacielem dziecka”. Od
razu pomyślałem o Mateuszu. W końcu nie zawsze trafia się taka okazja.
Promowana wystawa puzzli miała odbyć się za kilka dni. Niewiele myśląc
zakupiłem bilety wejściowe i pojechałem wprost do wnuczka. Mateusz odrabiał
lekcje. Nie chciałem przeszkadzać. Usiadłem więc cichutko w kuchni i czekałem cierpliwie, aż
skończy. Zza ściany dobiegało jego biadolenie. Za wszelką cenę chciał bowiem
uniknąć pisania opowiadania. Wszedłem do jego pokoju i oznajmiłem z uśmiechem,
że jeżeli napisze ładne wypracowanie, czeka go bardzo miła niespodzianka, która
z pewnością go ucieszy. Przystał na moje warunki. Córka zrobiła moją ulubioną
herbatkę z cytryną i miodem i usiedliśmy troszkę poplotkować. Po niespełna
godzinie do kuchni wkroczył Mateusz wymachując dumnie skończoną pracą domową.
Przeczytał opowiadanie. Było całkiem dobre, choć wprowadziliśmy kilka poprawek.
W nagrodę wręczyłem mu dwa bilety na
wystawę. Otworzył oczy ze zdumienia, a na jego policzkach pojawiły się
rumieńce. Był zachwycony i podekscytowany. Wystawa
odbyła się w sobotę. Pojechaliśmy na nią razem z moją córką. Mateusz był szczęśliwy. W
pewnym momencie złapał mnie za ręka i
zaprowadził do jednej z gablot z układankami. Nie mogłem uwierzyć własnym
oczom. Pod szklaną taflą leżały ulubione puzzle mojego wnuczka „Kąpiel
Prosiaczka”. Wystawa była rewelacyjna. Warto było ją odwiedzić.
poniedziałek, 26 października 2015
Półkolonie
Wakacje to dla dzieciaków najbardziej wyczekiwany okres. Po
całorocznym wysiłku intelektualnym przychodzi w końcu czas na relaks i
odpoczynek. Dla rodziców, w szczególności posiadających swoje pociechy w wieku
, który nie pozwala na samodzielne pozostawienie ich w domu, to czas dość
problemowy. Można zapisać wprawdzie dziecko na
jakieś półkolonie czy obóz, ale wakacje trwają aż dwa miesiące. Cudem
zatem by było zorganizowanie wypoczynku na cały ten okres. Długo zatem z żoną
debatowaliśmy nad tym tematem. Nasz ośmioletni syn z niechęcią przyjął do
wiadomości, że będzie uczestnikiem organizowanej przez jego szkołę półkolonii.
Twierdził, że podczas wakacji nie ma ochoty uczęszczać do szkoły, nawet jedynie
w celach rozrywkowych. Musiał niestety dostosować się do zaistniałej sytuacji .
Nie mieliśmy innego wyjścia. Pierwsze dwa tygodnie miał spędzić u dziadków na
wsi, kolejne dwa na znienawidzonej półkolonii, następne trzy na przemian ze mną
i żoną i pozostała jeszcze końcówka wakacji, którą jeszcze nie wiedzieliśmy jak
ugryźć. Liczyliśmy na jakiś cud. Niemniej jednak pierwsze dni spędzone u
dziadków upłynęły nad wyraz szybko. Dopiero co nasz syn wyjechał, a już
odbieraliśmy go z powrotem. Nadszedł czas by przygotować go do półkolonii. Całą
niedzielę słuchaliśmy jego narzekań, biadolenia i złośliwych odpowiedzi. W
poniedziałek z samego rana próbował nam wmówić nagłą chorobę. Nagle rozbolał go
strasznie brzuch, zrobiło mu się niedobrze. Podałem mu witaminę C, twierdząc,
że to lekarstwo na jego dolegliwości i zawiozłem do szkoły. Tego dnia zwolniłem
się z pracy, by go odebrać i podpytać opiekunów, jak zachowywał się na
zajęciach. Ku memu zdziwieniu, gdy wszedłem do sali, w której trwały zajęcia
mój syn razem z dwójką
kolegów układali puzzle „Przyjaciele z Krainy Lodu”, chichocząc raz po raz. Gdy
mnie zobaczył, stwierdził stanowczo ,że przyjechałem po niego o wiele za
wcześnie, bo nie zdążyli z chłopakami się pobawić. Wyszedłem więc z sali i poczekałem cierpliwie na zewnątrz. Gdy
zajęcia dobiegły końca, podszedł do mnie zadowolony i nie czekając na moje
pytanie, powiedział, że wcale nie jest aż tak źle na tej półkolonii i może
wytrzyma . Poprosił także, bym kupił mu w sklepie puzzle „Przyjaciele z Krainy
Lodu”, ponieważ mają zamiar z kolegami urządzić sobie zawody w ich układaniu na
czas, a on oczywiście chciał być najlepszy. Przystałem na tę prośbę i
pojechaliśmy do sklepu.
piątek, 23 października 2015
Parapetówka
Niedawno zostaliśmy z żoną zaproszeni przez naszych dawnych
sąsiadów na parapetówkę do ich świeżo wybudowanego domu na obrzeżach naszego
miasta. Basia i Tomasz byli naszymi sąsiadami przez kilka lat, później jednak
wyjechali do Wielkiej Brytani w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Zostali
tam przez blisko pięć lat . Tam też urodziła im się córeczka Pamela, która w ubiegłym miesiącu
skończyła cztery latka. Po okresie ciężkiej pracy na wyspach udało im się
wrócić do Polski i wybudować piękny dom. Tomasz na miejscu mając doskonały fach
w ręku założył własną firmę zajmującą się wykończeniami wnętrz, zaś Basia
otworzyła swój wymarzony salon piękności. Gdy dotarliśmy do ich nowej
posiadłości, zaparło nam dech w piersiach. Na pierwszy plan wysunął się bajkowy
ogród z piękną altaną pośrodku i mnóstwem ozdobnych krzewów i kwiatów. Gdy
zapukaliśmy do drzwi nieśmiało otworzyła
je śliczna dziewczynka o bujnych blond lokach i błękitnych oczach. Wręczyłem
jej mały upominek – puzzle „ Barbie i jej super
przyjaciele”. Zadowolona pobiegła do mamy pochwalić się prezentem. Basia
zaprowadziła nas do obszernego salonu, urządzonego z wyjątkowym gustem i
smakiem. Sądząc po minie mojej żony, oczekiwałem po powrocie do domu lawiny
słów typu : „ a widziałeś
jaki oni mają….”. Powoli zacząłem układać sobie w głowie odpowiedzi na jej
dziwne pytania. Nie mniej jednak dom był rzeczywiście piękny. W salonie
najbardziej spodobał mi się kominek, który gdy zapłonął tworzył wspaniałą,
ciepłą i rodzinną atmosferę. Dom był zbudowany w systemie parterowym z
użytkowym poddaszem mieszkalnym, na którym mieściła się sypialnia rodziców i
pokój dziecięcy. Basia oprowadziła nas po wszystkich zakamarkach. Każde
pomieszczenie było wyjątkowe, ale najbardziej spodobał mi się gabinet Tomasza.
Jego własny azyl. Pomyślałem, że fajnie by było mieć taki własny kąt, gdzie
można się schować i zaszyć choć na chwilę, gdzie nikt ci nie przeszkadza i nie
marudzi. Ostatnim pokoikiem, który pozostał do obejrzenia było małe królestwo
Pamelki. Gdy zajrzeliśmy do środka dziewczynka siedziała na dywaniku i z
zapałem starała się ułożyć puzzle „Barbie i jej super przyjaciele”. Gdy mnie
zobaczyła podbiegła do mnie, chwyciła za rękę i z rozbrajającym uśmiechem
spytała „ Pomożesz mi ? ” wskazując na układankę. Nie śmiałem odmówić.
środa, 21 października 2015
Nieoczekiwane spotkanie
W ubiegłą sobotę zupełnie przypadkiem, przy okazji robienia
zakupów na naszym podmiejskim ryneczku, spotkałem dawnego znajomego , którego
nie widziałem od co najmniej dziesięciu lat. Razem studiowaliśmy na
politechnice w Poznaniu. Przez
ostatnie dwa lata wspólnie wynajmowaliśmy małe mieszkanko niedaleko uczelni. To
były wyjątkowe lata. Bardzo dobrze się dogadywaliśmy, niejedną noc zarwaliśmy,
nawet podobały się nam te same dziewczyny. Wtedy dochodziło do niewielkich
scysji, ale zawsze potrafiliśmy jakoś się dogadać. Po otrzymaniu dyplomów
ukończenia uczelni, każdy z nas wyjechał do swojego rodzinnego miasta. Nasze
drogi się rozeszły. Później docierały do mnie informacje, że Mirek wyjechał do
Niemiec i tam założył rodzinę. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy spotkałem
go przy stoisku z warzywami w
moim rodzinnym mieście. Okazało się, że jego małżonka ma tu babcię, do której
właśnie przyjechali w odwiedziny. Zamieniliśmy kilka słów i wymieniliśmy się telefonami. Po
powrocie do domu opowiedziałem żonie o niezwykłym spotkaniu. Zaproponowała ,
żeby Mirek z żoną wpadli do nas na kolację. Uradowany chwyciłem za telefon i o
godzinie siedemnastej rozległo się głośne pukanie do drzwi. Ku memu zaskoczeniu
towarzyszyła im córeczka, na oko w tym samym wieku co nasza Amelka. Dziewczynki
przypadły sobie do gustu. Po kolacji pobiegły do dziecięcego pokoju, by się
pobawić. Po godzinie zaniepokojeni ciszą zajrzeliśmy do dziewczyn. W skupieniu
układały najnowsze puzzle Amelki „Jej wysokość Zosia”. Były tak pochłonięte
układanką, że nawet nie zauważyły jak cała nasza czwórka stała nad ich głowami.
Gdy w końcu zorientowały się , że są obserwowane nastąpiło takie poruszenie, że
przez przypadek, ze stołu, na którym pracowały, puzzle” Jej wysokość Zosia”
spadły na ziemię i się rozsypały. Dziewczynki były strasznie złe . Z
zaciśniętymi zębami wyprosiły nas z pokoju, by od nowa w spokoju złożyć
układankę. Wróciliśmy zatem do salonu i postanowiliśmy im już nie przeszkadzać.
W końcu one też nie zakłócały nam spotkania.
poniedziałek, 19 października 2015
Monachium
Niedawno pojechaliśmy
z synem i córką do rodziny w Niemczech. Ciotka mieszka w pięknym domu na
obrzeżu Monachium. Ma dwóch synów w
wieku dziesięć i piętnaście lat.
Ciotka Jolanta to młodsza siostra mojej mamy. Gdy miała troszkę ponad
dwadzieścia lat poznała swojego przyszłego męża Wilfrieda i wyjechała do
Niemiec. Spotykamy się bardzo rzadko. Do Monachium jest przeszło tysiąc
dwieście kilometrów, więc podróż jest długa i męcząca. Tym razem jednak postanowiliśmy
wybrać się do niej liniami lotniczymi. W tej chwili ceny biletów nie są zbyt
wygórowane. Właściwie po przeliczeniu kosztów podróży samochodem i samolotem
okazało się, że różnica jest zaledwie dwustu złotych, ale komfort i czas
podróży wart jest dopłacenia tych kilku groszy. Wzięliśmy z żoną kilka dni
urlopu, zamówiliśmy bilety lotnicze i kilka dni później staliśmy już na głównej
płycie portu lotniczego w Monachium. Z podróży najbardziej zadowolony był nasz
syn Igor, gdyż był to jego pierwszy lot. Na lotnisko przyjechał po nas wuj
swoim wielkim Jeepem. Gdy dotarliśmy na miejsce na spotkanie wybiegły
dzieciaki, młodszy Martin i starszy Lukas. Przywitali się z nami i zaprowadzili
do naszych pokoi gościnnych. Dom mieli ogromny. Ciotka przygotowała pyszną
kolację. Po posiłku Igor z Martinem pobiegli do pokojów chłopców, żeby się
pobawić. Synowie ciotki, choć urodzili się w Niemczech świetnie mówią po
polsku. My siedzieliśmy w salonie i rozmawialiśmy. W pewnym
momencie przybiegł do nas Igor, trzymając w ręku jakiś drobiazg. Z podniecenia
mówił tak szybko, że nie mogliśmy go wcale zrozumieć . Chwilę później do salonu
wkroczył Martin, który wytłumaczył nam, że podarował Igorowi swój
VTech-Kidizoom Smart Watch. Martin tłumaczył, że nasz syn był tak zafascynowany
tym zegarkiem, że postanowił mu go dać. Stwierdził, że u nich w Niemczech takie
zabawki elektroniczne, bo VTech-Kidizoom Smart Watch poza wskazywaniem czasu ma
szereg dodatkowych funkcji, które bardziej sprowadzają go do roli zabawki niż
zegarka, nie są drogie i jeszcze zdąży sobie taki kupić. Nasz syn promieniał z
radości. U ciotki spędziliśmy pięć rewelacyjnych dni. Po powrocie do domu, nasz
syn stwierdził, że nigdy nie rozstanie się ze swoim nowym prezentem od Martina.
czwartek, 15 października 2015
Lodowe animacje
W ubiegły weekend pojechaliśmy z synem do Warszawy na pokaz
bajkowych postaci. Wyjazd ten zaplanowany był już prawie miesiąc temu. Któregoś
dnia odebrałem ze szkoły Piotrka. Był bardzo pobudzony. Trzymał w dłoni ulotkę,
reklamującą mający się odbyć w stolicy naszego kraju magiczny show z udziałem najsłynniejszych
postaci z bajek. Okazało się, że tego dnia w szkole na lekcji wychowawczej, do
klasy Piotra zawitał przedstawiciel firmy organizującej pokaz. Wręczył dzieciakom ulotki, opowiedział o
planie imprezy, a nawet odtworzył na projektorze krótki zwiastun programu.
Dzieci były oczywiście zachwycone, rodzice zapewne troszkę mniej. Ceny wstępu
na ten magiczny show przeszły nasze oczekiwania. Niestety nijak nie dało się
wytłumaczyć Piotrkowi, że to strata pieniędzy. W końcu doszliśmy do kompromisu.
Wycieczka do Warszawy miała być prezentem urodzinowym. Przełknąłem te kilkaset
złotych i zamówiłem bilety wstępu. Do stolicy wyruszyliśmy zaraz po sobotnim
obiedzie. Nie chcieliśmy się spóźnić. Podróż trwała prawie półtorej godziny.
Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że show przyciągnął tłumy widzów.
Sądząc po numerach rejestracyjnych zaparkowanych przed wejściem samochodów,
przyjechali tu ludzie z całej Polski. Była nawet ogólnopolska stacja
telewizyjna. Ponieważ cała impreza miała odbyć się na tafli lodu, założyliśmy
łyżwy i daliśmy ponieść się emocjom. Iluminacje świetlne, wspaniałe podłoże
muzyczne, rewelacyjna choreografia i kostiumy aktorów robiły ogromne wrażenia.
Po zakończonym pokazie bajkowe postacie wmieszały się w tłum dzieciaków.
Piotrek oczywiście na krok nie odstępował ulubionych, bajkowych herosów,
szczególnie IronMana. Przy wyjściu ustawiono stoiska z pamiątkami. Nie zdążyłem
zaprotestować, a mój syn trzymał już
w dłoni zestaw puzzli Avengers. Jego błagalny wzrok nie pozostawiał mi innego
wyjścia, jak zakupić to cudeńko za bagatela pięćdziesiąt złotych. Wycieczka
kosztowała mnie fortunę , ale widząc entuzjazm mojego syna, uznałem, że było
warto. Po powrocie do domu, pomimo późnej godziny, pierwszą rzeczą jaką zrobił
Piotrek było oczywiście złożenie w całość swoich puzzli Avengers, z jego
ulubionymi herosami.
środa, 14 października 2015
Impreza urodzinowa
W ubiegłą sobotę zorganizowaliśmy swojemu dziesięcioletniemu jedynakowi imprezę
urodzinową. Planowaliśmy ten dzień uczcić w jakiejś sali zabaw albo w pizzerii. Niestety nasz Igorek uparł się,
żeby przyjęcie odbyło się w domu. Nie byliśmy z żoną tym pomysłem zachwyceni. Mieliśmy
już jedno doświadczenie z
organizowaniem tego typu imprez właśnie w domu. Kilka lat temu Igor zaprosił
bodajże ośmiu najlepszych kolegów. Na całe szczęście byłem wtedy w podróży służbowej i nie miałem okazji
nadzorować tego przyjęcia , ale moja małżonka ponoć włosy z głowy sobie rwała.
Widziałem natomiast efekt końcowy tej imprezy, zrobiła bowiem zdjęcie i mi je
wysłała. Dom został przez te brzdące wywrócony do góry nogami. Wyglądało to tak
jakby tajfun przeszedł nie tylko przez pokój Igora, ale przez niemal całe
mieszkanie. Wtedy żona powiedziała sobie, nigdy więcej. I rzeczywiście przez
następne lata wszelkie przyjęcia organizowane były w specjalnie do tego celu
stworzonych salach zabaw. Dzieci mogły dać upust swoim emocjom, wyładować
ogromne pokłady energii, a mieszkanie pozostawało czyściutkie. W tym roku Igor
się uparł, żeby zorganizować domówkę. Od dwóch tygodni trwały zatem w naszym
domu negocjacje co do miejsca zorganizowania przyjęcia. W końcu żona uległa,
ale pod jednym warunkiem, że nie zostawię jej w tym dniu samej . Igor zaprosił
kolegów. Początkowo dzieciaki bawiły się całkiem spokojnie, o ile spokojną
zabawą można nazwać gry na konsoli z czujnikiem ruchu. Po pewnym czasie jednak
przyszło znużenie i chłopcy zaczęli
penetrować dom. Zawołałem wtedy chłopaków do salonu , położyłem na stole
specjalnie na tę okazję zakupioną grę „5 sekund Junior” i rozpoczęły się zawody, w których wygraną były
bilety do kina dla trzech osób. Dostałem je w pracy, więc postanowiłem
wykorzystać ten fant , gdy przyjdzie krytyczny moment imprezy. Chłopcy poddali
się emocjom, jakie niosła ze sobą rozgrywka. Rywalizacja była naprawdę zacięta.
W końcu gra „5 sekund Junior „ dobiegła końca, wyłoniliśmy zwycięzców i
podziękowaliśmy pozostałym uczestnikom gry za doskonałą zabawę, wręczając im drobne
nagrody pocieszenia. Tym razem przyjęcie urodzinowe nie zrujnowało naszego
mieszkania.
poniedziałek, 12 października 2015
Farma
Niedawno wybraliśmy się z naszą wnuczką do rodziny w okolice
Mikołajek. Mieszka tam mój brat Staszek z żoną Lidką i trójką dzieci :
Mikołajem, Adamem i Olą. Mają ogromny dom i duże gospodarstwo. Zajmują się
głównie hodowlą bydła. Zawsze podziwiałem ich pracowitość i zaangażowanie.
Prowadzenie tak dużego gospodarstwa wymaga ogromnego wysiłku. Z pomocą
przychodzi im najstarszy syn Mikołaj. To bardzo odpowiedzialny młodzieniec. Od ostatniego razu, gdy byliśmy
u nich w gościnie minęło dwa lata. Nasza wnuczka Martynka skończyła w tym roku
sześć lat. Była więc już na tyle duża, by mogła wreszcie wybrać się z nami do
rodziny. Gdy dotarliśmy na miejsce był już wieczór. Lidka zaprowadziła nas do
naszych pokoi gościnnych na poddaszu i zaprosiła na pyszną kolację. Nie mogłem
uwierzyć, jak szybko dorastają dzieci. Mikołaj skończył niedawno siedemnaście
lat. Był już prawie dorosłym mężczyzną, wysokim i postawnym. Adam o dwa lata
młodszy niemal dorównywał mu wzrostem . Najmłodsza była Ola, która niedługo
będzie obchodziła swoje siódme urodziny. Nasza wnuczka Martynka nie odstępowała
jej na krok, a Ola dumnie opowiadała, co dzieje się u niej na wsi. Z samego
rana dziewczynki pobiegły na podwórze. Ola koniecznie chciała pokazać naszej
wnuczce króliki. Zapewne, gdyby Lidka nie zawołała ich na obiad, zupełnie
zapomniałyby ,że czasem też trzeba coś zjeść. Następnego dnia wybraliśmy się na
wycieczkę do Mikołajek. Zwiedzając miasteczko natrafiliśmy na sklep z
zabawkami. Martynka bardzo chciała kupić sobie jakąś pamiątkę , która będzie
jej przypominała o tym wyjeździe. Spośród niezliczonej ilości zabawek wybrała
puzzle „Farma”. Gdy wróciliśmy do rodzinnego domu Staszka poprosiła Olę, by
pomogła jej je ułożyć. Dziewczynki pobiegły do pokoju dziecięcego, a my
mieliśmy okazję wreszcie spokojnie porozmawiać. Po jakimś czasie do salonu
dumnie wkroczyła Ola z Martynką
niosąc ostrożnie ułożone w pudełku puzzle „Farma”. Były tak dumne, że same
potrafiły złożyć w całość, bez pomocy dorosłych układankę, że nie zauważyły
leżącego na dywanie psa i po paru sekundach puzzle razem z dziewczynkami również znalazły się na dywanie, a psiak
skomląc uciekł na podwórze. Wyglądało to tak komicznie, że nie mogliśmy
powstrzymać śmiechu. Z początku dziewczynki były strasznie złe, ale po chwili
roześmiały się głośno i
stwierdziły, że puzzle poczekają do jutra, bo trzeba nakarmić króliki. To był
wyjątkowo udany pobyt. Najbardziej z niego zadowolona była Martynka, choć przykro
jej było, że musi wracać do domu.
piątek, 9 października 2015
Sobota
To miała być zwykła sobota. Z samego rana wybrałem się
z moją szanowną małżonką na zakupy. Najpierw kupiliśmy świeże warzywa i owoce
na pobliskim ryneczku, a później wybraliśmy się do supermarketu, celem
uzupełnienia zapasów żywności. Tuż przy kasach wystawiono duże stoisko z grami
planszowymi w atrakcyjnych cenach znanej marki. Pomyślałem, że warto skorzystać
z okazji i kupiłem grę o nazwie „5 sekund” .Spodobał mi się opis gry, według którego jest to gra o
bardzo prostych i przejrzystych zasadach, a do tego wywołująca wiele
pozytywnych emocji. Postanowiłem zatem sprawdzić czy producent aby nie
przechwalił gry. Zaprosiłem więc naszych starych znajomych na małą partyjkę.
Pogoda była wyśmienita, więc postanowiliśmy spędzić ten wieczór w ogrodzie.
Małżonka upiekła pyszne ciasto ze śliwkami, a Mieczysław, mój przyjaciel przyniósł moją
ulubioną nalewkę z owoców leśnych własnej produkcji. Na dużym ogrodowym stole
rozłożyłem planszę gry „5 sekund” i przystąpiliśmy do zabawy. Rzeczywiście była
to doskonała rozrywka. Emocje towarzyszące zabawie były ogromne. Zasady gry są
niezwykle proste. Losuje się karteczki z pytaniem polegającym na wymienieniu
trzech rzeczy w czasie 5 sekund. Czas odmierza bardzo ciekawe urządzenie,
skonstruowane na podobieństwo klepsydry wydającej dźwięk, który dodaje uroku i
adrenaliny. Pytania są zróżnicowane, zaczynając od bardzo prostych jak na
przykład polegające na wymienieniu trzech rzeczy koloru żółtego po takie, które
wymagają dużej wiedzy. Są tu też pytania wymagające kreatywności oraz takie z
życia wzięte. Okazuje się w pewnym momencie gry, że osoby , które posiadają dużą
wiedzę książkową, odpadają na pytaniach wręcz banalnych. Gra posiada bardzo
proste zasady, ale okrojony czas pięciu sekund na udzielenie odpowiedzi, jak
również nietypowość pytania powoduje u każdego z graczy lekki stres. Gra „5 sekund” ma jeszcze jeden
dodatkowy atut, bowiem ilość pytań jest tak duża, że są naprawdę niewielkie
szanse na powtórzenie któregoś z nich. Naszą rozrywkę skończyliśmy w bardzo późnych godzinach wieczornych w
wyjątkowo dobrych nastrojach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)