wtorek, 29 grudnia 2015

Świąteczny konkurs


Niedawno pojechałem z synem do kina na nową bajkę „Listy do  M”. Mateusz był bardzo zadowolony z seansu. Ja zresztą też, bo komedia była świetna              i wprowadzała wszystkich w nastój świąteczny Po kinie wstąpiliśmy do pizzerii.         To był bardzo udany wieczór, bo rzadko mamy czas tylko dla siebie. Do domu wróciliśmy dość późno, więc Mateusz zmęczony wrażeniami , szybciutko zasnął. Następnego ranka zabrał się do odrabiania lekcji. Gdy skończył usiadł przy komputerze, żeby zagrać w swoją ulubioną grę. Po chwili przybiegł do mnie bardzo podniecony i zakomunikował, że chce wziąć udział w konkursie organizowanym przez ogólnopolską telewizję. Tematem przewodnim była ilustracja pod tytułem „Świat bez Świętego Mikołaja”. Nagrodą  w konkursie był zegarek VTech-Kidizoom Smart Watch.  Mateusz czym prędzej zabrał się do pracy. Zamknął się w swoim pokoiku i rysował. Gdy skończył przyszedł do mnie, bym ocenił jego arcydzieło. Praca była całkiem niezła. Należało jeszcze zgłosić udział w konkursie, do czego potrzebna była oczywiście zgoda rodzica lub opiekuna prawnego. Wspólnie wypełniliśmy kwestionariusz    o niezbędne dane i załączyliśmy pracę Mateusza w formie pliku pdf. Oczywiście wytłumaczyłem synowi, że stworzony przez niego rysunek jest naprawdę świetny, ale w konkursie biorą udział dzieci z całego kraju, więc może się zdarzyć, że wygra ktoś inny. Mateusz zmarszczył czoło i stwierdził, że nie jest już malutkim dzieckiem i doskonale o tym wie, ale chce spróbować. Rozwiązanie konkursu i wyłonienie zwycięzców miało nastąpić w przeciągu miesiąca. Codziennie Mateusz sprawdzał skrzynkę pocztową. Mijały dni. Po około dwóch tygodniach zrezygnowany ,nie wracał już do tematu konkursu. Nie okazywał tego, ale było mu chyba przykro, bo bardzo liczył na wygraną . Kilka dni temu, po powrocie z pracy, a tuż przed Wigilią Bożego Narodzenia, zajrzałem do skrzynki. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem e-maila, dotyczącego konkursu. Otworzyłem wiadomość i nie czekając na powrót Mateusza z zajęć piłki nożnej, postanowiłem osobiście go odebrać  i przekazać mu miłą wiadomość. Mateusz zajął drugie miejsc w konkursie i wygrał wymarzony zegarek   VTech-Kidizoom Smart Watch. Pierwszy raz widziałem go tak szczęśliwego. To był świetny prezent od Świętego Mikołaja.

 

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Wigilia seniorów


Wielkimi krokami zbliżał się czas Świąt Bożego Narodzenia .Od kilku lat mieszkam zupełnie sam, więc jest do dla mnie wyjątkowo trudny okres. Masa prac, z którą samotnemu mężczyźnie nie jest łatwo się zmierzyć. Czasami pomagają mi córki, ale one już dawno się ustatkowały i mają swoje rodziny          i ogrom obowiązków. Rok temu, za namową sąsiada, zapisałem się do miejskiego „ Klubu Seniorów”. Początkowo uznawałem ,że to bardzo głupi pomysł, ale już po pierwszym spotkaniu zmieniłem zdanie. Bardzo sympatycznych i przyjacielskich ludzi tam poznałem. Może z kilkoma wyjątkami. W każdym razie ten klub pozwala mi przetrwać najtrudniejsze chwile. Właśnie zbliżały się  święta. Razem z przyjaciółmi z klubu zawsze organizujemy sobie wspólną wigilię. Tego dnia urodziny obchodzi również prezes naszego klubu Antoni. Długo z pozostałymi członkami zastanawialiśmy się nad wyborem prezentu. Zrobiliśmy zrzutkę i okazało się, że uzbierała się całkiem pokaźna sumka. Koleżanka Zofia zaproponowała zakup zegarka, ale i tak zostało jeszcze troszkę pieniędzy. Pomyślałem więc o jakiejś grze towarzyskiej, bo nasz prezes to bardzo rozrywkowy człowiek . Rozejrzałem się po sklepach i znalazłem idealną grę „ Kalejdoskop 50 gier”. Pozostali członkowie przystali na moją propozycję. Prezent został zakupiony, ładnie zapakowany i czekał na odpowiednią chwilę, aby go wręczyć . Teraz należało przygotować się do zbliżającej się Wigilii Bożego Narodzenia. Mężczyźni mieli za zadanie zakup           i przystrojenie choinki, zrobienie zakupów i przygotowanie sali do wspólnej kolacji. Kobiety oczywiście zajęły się stroną kulinarną. Gdy nadszedł dzień, do którego wszyscy ciężko się przygotowaliśmy, każdy z nas miał łezkę w oku. Na szczęście pyszne potrawy  i  wspólne kolędowanie rozwiało złe wspomnienia. Po uroczystej kolacji głos zabrał prezes. Nadszedł również czas na wręczenie prezentu. Powolutku wyjął pudełeczko z zegarkiem, otworzył je i westchnął ze wzruszenia, następnie wyciągnął ze środka „ Kalejdoskop 50  gier” i nagle rozpromieniał. Z nowym zegarkiem na ręku prezesa przystąpiliśmy do rozpracowywania gry. Antoni był zachwycony.

czwartek, 24 grudnia 2015

Wigilia


Co roku  w Wigilię Świąt Bożego Narodzenia najpierw jedziemy na kolację do mojej  mamy, potem do teściowej, a na koniec odwiedzamy jeszcze naszą ukochaną babcię, która robi najlepsze pierogi na całym świecie. Jest to jednak bardzo męczące, bo nie zdążymy dobrze się rozgościć, a tu trzeba jechać dalej. W tym roku postanowiliśmy złapać trochę oddechu i podzielić świąteczne ucztowanie tak, aby odwiedzić wszystkich, ale nie tego samego dnia. I tak wigilię spędziliśmy obowiązkowo u babuni. W pierwszy dzień świąt pojechaliśmy  do mojej mamy, a drugi do teściowej. Było to rewelacyjne rozwiązanie. W końcu mogliśmy w spokoju spędzić ten szczególny wieczór. Oczywiście najbardziej cieszył się nasz wnuczek Adaś. Po uroczystej kolacji            i przepysznych pierogach nadszedł czas na wręczenie prezentów. Adam siedział w oknie i wyczekiwał pierwszej gwiazdki na niebie, przebierając niecierpliwie nogami i mamrocząc pod nosem o wyczekiwanych puzzlach „Avengers”. Nagle rozległ się głośny dzwonek do drzwi. Wnuczek jak strzała popędził otworzyć . Był przekonany, że to spóźniony jak zwykle kuzyn. W progu jednak  stał Święty Mikołaj z worem prezentów. Adaś oniemiał z wrażenia. To była pierwsza Wigilia, podczas której zawitał do nas Dobrodziej.  Zaprosiliśmy go do salonu. Chcieliśmy go ugościć, ale grzecznie odmówił posiłku, twierdząc, że obawia się, że jeśli zje choć jeszcze jednego pierożka jego renifery nie będą w stanie pociągnąć taki ciężar. Rozsiadł się wygodnie w fotelu i poprosił Adama, by do niego podszedł. Miałem wrażenie, że wnuczek troszkę bał się tego spotkania        w cztery oczy. Ale Mikołaj miał tak łagodny i ciepły ton głosu, że nawet największy łobuziak stałby się potulnym barankiem. Adam powolutku zbliżył się do Siwobrodego, a ten pogłaskał go po głowie, odłożył w kąt swoją srebrzystą rózgę, otworzył wór z prezentami i kazał wnuczkowi mocno pomieszać i wyjąć jeden upominek. Adam delikatnie zamerdał w worze i wyciągnął niewielkie pudełko, ozdobione świątecznym papierem. Delikatnie rozpakował prezent, żeby go nie uszkodzić. W środku znajdował się zestaw puzzli „ Avengers”. Adaś był strasznie szczęśliwy. Bez skrępowania rzucił się Mikołajowi na szyję, ten uśmiechnął się i ruszył w dalszą podróż.

środa, 23 grudnia 2015

Mikołajki


Wczoraj w przedszkolu zorganizowane zostało zebranie rodziców. Omawiana była między innymi sprawa mikołajek. Co roku w przedszkolu jest tak, że składka na prezent ustalana jest na poziomie dwudziestu złotych, jednak za tę kwotę kupowane są najczęściej tylko słodycze dla naszych pociech. Ja i kilkoro innych rodziców jestem przeciwny takim praktykom. Uważamy, że lepiej by było gdyby zamiast torby cukierków i czekoladek dziecko przynosiło do domu coś trwałego typu książeczka lub mała zabawka. Niestety nie wszystkim rodzicom się to podoba. Długo zastanawiałem  się w jaki sposób przekonać opornych do zmiany zdania. Zadanie nie było proste, ale z racji pełnionej funkcji przewodniczącego Rady Rodziców musiałem opracować jakiś solidny plan no       i oczywiście mocne argumenty. Troszkę obawiałem się tego spotkania, gdyż większość uczestniczących w zebraniach rodziców to niestety kobiety, które potrafią być bardzo uparte, kłótliwe i krzykliwe. Napisałem więc przemowę         i zrobiłem zestawienie w formie tabelarycznej wszystkich plusów i minusów . Oczywiście pozytywnych stron nie było za wiele. Po burzliwych dyskusjach udało mi się przeforsować mój pomysł. Pozostało wybrać rodzaj zabawki, ale ten wybór pozostawiono już w gestii Rady Rodziców. Dzisiaj z samego rana udałem się do zaprzyjaźnionej hurtowni zabawek. Powiedziałem właścicielce     o jaki zakup mi chodzi, a ona pokazała niemalże wszystkie pozycje w ustalonym na zebraniu przedziale cenowym. Mnie osobiście spodobał się pomysł zakupu puzzli . Teraz należało znaleźć jakiś kompromis i wybrać takie , które będą się podobały zarówno dziewczynkom, jak i chłopcom . Wybór padł na układankę „Przyjaciele z Krainy Lodu”. Postanowiłem jednak zasięgnąć opinii pozostałych członków naszej przedszkolnej Rady Rodziców. Wykonałem kilka telefonów        i okazało się, że poradziłem sobie z tym zadaniem doskonale . Byłem z siebie dumny. Panie, z którymi rozmawiałem ,stwierdziły jednoznacznie, że zakup puzzli „Przyjaciele z Krainy Lodu” jest rewelacyjnym pomysłem. Każde chyba dziecko oglądało wyśmienitą ekranizację disneyowską i zapewne przedszkolaki, gdy dostaną bajkowych bohaterów w postaci zabawki będą zadowolone       z prezentu. Zamówiłem więc w hurtowni dwadzieścia osiem jednakowych zestawów puzzli, by każde dziecko dostało taki sam upominek.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

List do Świętego Mikołaja


Od kilku lat jestem pracownikiem Małego Domu Dziecka w naszej miejscowości. Do domów dziecka kierowane są dzieci i młodzież,a w tym wypadku tylko małe dzieci, których potrzeby nie mogą być zaspakajane w ich domu rodzinnym , czy to stale czy też okresowo . Oznacza to, że do domów dziecka trafiają nie tylko sieroty. W naszym ośrodku bardzo duży nacisk kładziemy na jak najczęstsze kontakty dziecka z rodzicami i osobami bliskimi, chyba, że sytuacja w domu rodzinnym małoletniego jest na tyle poważna             i problemowa, że kontakty te zostają ograniczone przez sąd rodzinny. Praca      w takim miejscu wymaga ogromnej wytrzymałości psychicznej .                           W początkowych miesiącach pracy było mi bardzo ciężko, choć na pozór jestem mężczyzną rosłym i dobrze zbudowanym i staram się nie dawać poznać jakichkolwiek oznak mojej słabości. Nieraz jednak zdarzały się sytuacje, które największemu twardzielowi cisnęły łzy do oczu. Pół roku temu do naszego ośrodka  trafił sześcioletni chłopiec o bardzo rzadkim imieniu Ariel z bardzo dysfunkcyjnej rodziny, w której ojciec stosował przemoc fizyczną wobec niego    i matki, a matka nie mogąc sobie z tym poradzić zaczęła nadużywać alkoholu.    W  konsekwencji, za sprawą szkolnej pedagog dziecko trafiło do nas. Początkowo było bardzo nieufne, jednak jakimś cudem znalazłem sposób by trafić do serca chłopca o wyjątkowo smutnych oczach. W zeszłym tygodniu dzieci pisały listy do Świętego Mikołaja. Zazwyczaj listy wszystkich dzieci trafiają do Urzędu Miasta, pod który podlega nasza jednostka, a tam władze organizują pomoc dla tych, jak to określają sierot środowiskowych. Listem od Ariela postanowiłem zająć się sam. Chłopiec prosił w nim o zegarek VTech-Kidizoom Smart Watch. Postanowiłem sprawdzić, co to za zabawka i ile kosztuje. Okazało się, że nie jest to zwykły zegarek. Ma wbudowanych w sobie wiele ciekawych, dodatkowych funkcji , a jego cena jest całkiem przystępna. Nie czekając na odpowiedź z Urzędu Miasta zakupiłem upominek. Nadszedł wreszcie wigilijny wieczór i czas na prezenty od Świętego Mikołaja. Byłem podekscytowany.         W końcu i Arielowi wręczono małą paczuszkę. Chyba był zaniepokojony, że jest aż tak mała, ale gdy ją otworzył i wyjął ze środka swój upragniony VTech-Kidizoom Smart Watch, oczy chłopca mówiły wszystko, a ten twardziel, który nigdy nie płacze raz po raz ocierał łzy toczące się po policzku.

piątek, 18 grudnia 2015

Szlachetna paczka


Ostatnio bardzo modne w naszym kraju stało się organizowanie w okresie świątecznym różnego rodzaju akcji charytatywnych dla najuboższych, wysyłania smsów, przekazywania pieniążków na konta fundacji pomagających chorym dzieciom, kupowania produktów, ze sprzedaży których pewien procent przekazywany jest dla najbardziej potrzebujących. Są to cele bardzo szczytne chętnie biorę udział w tego typu akcjach. Kilka dni temu również w firmie, w której pracuję zorganizowano wyjątkową zbiórkę w ramach wszystkim chyba znanej „ Szlachetnej paczki”. Wolontariusze zgłosili osoby, którym można pomóc. Po ciężkich negocjacjach postanowiliśmy wspólnie,  że nasze serca powędrują do mamy samotnie wychowującej trójkę dzieci, która ze względu na sadystycznego partnera zmuszona została do zamieszkania w domu samotnej matki. Historia tej rodziny bardzo nami wstrząsnęła, dlatego tez postanowiliśmy ich wesprzeć. Wolontariusze przekazali nam spis rzeczy, których najbardziej im brakuje, poczynając od artkułów spożywczych a kończąc na ubraniach dla dzieci. Podzieliliśmy się zakupami, złożyliśmy się też na branka i zaledwie trzy dni paczka była gotowa. Właściwie to kilka ogromnych paczek, tyle udało nam się zebrać. Ja kupiłem słodycze dla dzieciaków, artykuły szkolne i zestaw puzzli       „ Kąpiel Prosiaczka” dla najmłodszej dziewczynki, a także przekazałem część pieniążków na zakup kurtki dla najstarszego syna. Wszyscy bardzo zaangażowali się w tą akcję. Wspaniale było patrzeć, jak ludzie potrafią się mobilizować            i wzajemnie sobie pomagać. Czułem również dumę, że mogę osobiście uczestniczyć w tak szlachetnej akcji. W zorganizowaniu darów dla tej rodziny brał udział cały mój wydział, to znaczy około dwudziestu osób. Gdy wieść             o naszej Szlachetnej Paczce rozeszła się po firmie okazało się, że chętnych do pomocy jest o wiele więcej. To wspaniałe, że kolejne potrzebujące  rodziny będą mogły liczyć na wsparcie. W końcu nadeszły święta, w czasie których zastanawiałem się czy zakupione przeze mnie dary, a w szczególności puzzle dla najmłodszego dziecka „ Kąpiel Prosiaczka” się spodobają. Tego nie miałem się dowiedzieć, ponieważ rodzin, którym pomogliśmy nigdy  nie poznamy . Mogłem jedynie sobie wyobrazić, jak bardzo były w Wigilię Bożego Narodzenia szczęśliwe.

środa, 16 grudnia 2015

Mikołajki w galerii


W  ubiegłą sobotę wybraliśmy się z żoną na zakupy do naszej galerii. Z uwagi na to, że wielkimi krokami zbliżają Święta Bożego Narodzenia miałem nadzieję, że wpadnie mi w oko jakiś ciekawy prezent dla mojej drugiej połówki. Chciałem, żeby to było coś wyjątkowego, coś z czego naprawdę się ucieszy. Galeria wyglądała niesamowicie. Świąteczny nastrój udzielał się chyba wszystkim odwiedzającym. Wszędzie wisiały girlandy, migocące światełka, srebrzyste renifery i aniołki. Nawet mnie poprawiał się nastrój, gdy wchodziłem z żoną do kolejnego sklepu, w którym zostawiała jakąś część mojej wypłaty. Minęliśmy elegancką wystawę znanej firmy jubilerskiej, gdy Zofia nagle przystanęła               i wpatrywała się w złotą bransoletkę. Zdawało mi się nawet, że delikatnie westchnęła. Kątem oka spojrzałem na cenę tego cudeńka, ale ku mojemu zaskoczeniu nie była aż tak wygórowana. Pomyślałem ,że to jest właśnie ten prezent, jaki chciałem dla niej kupić. Udałem, że nie jestem zainteresowany biżuterią i ruszyłem niej. W samym sercu galerii, obok kolorowej fontanny zebrał się tłum dzieciaków. Przypomniałem sobie o Mikołajkach. Obserwowałem rozweselone dzieciaczki. W wielkim fotelu rozsiadł się Święty Mikołaj, który rozdawał  prezenty. Wszedłem piętro wyżej, by mieć lepszy widok. W jednym worku miał zestawy puzzli „Jej wysokość Zosia”, w drugim zestawy dla chłopców, ale niestety nie udało mi się dojrzeć, co dokładnie przedstawiały. Zorganizowano konkurs na największą i najlepiej przyozdobioną bombkę na choinkę. Dzieci miały do dyspozycji wielkie kule styropianowe, wstążki, papiery kolorowe, koraliki, brokaty, kleje i całą masę rzeczy, które by można było wykorzystać do zdobienia bombki. W końcu konkurs dobiegł końca. Rozpoczęła się mała gala wręczenia nagród. Na pomoc Mikołajowi przybiegła filigranowa Śnieżynka. Wyłoniono trzy zwyciężczynie. Każdej Święty Mikołaj wręczył zestaw puzzli „Jej wysokość Zosia”. Fotograf uwiecznił ten moment          i każdej dziewczynce podarował dodatkowo pamiątkowe zdjęcie. Święty Mikołaj jednak nie byłby sobą, gdyby nie rozdał pozostałym dzieciakom drobnych upominków. Wspaniale było obserwować to świąteczne wydarzenie.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Fałszywy Święty Mikołaj


Zazwyczaj Wigilię Bożego Narodzenia spędzamy u mojej mamy w górach. Tam święta mają dopiero  wyjątkowy urok. Na brak śniegu nie można narzekać. Pierwszego dnia świąt staramy się organizować rodzinny kulig.  Są to niezapomniane wrażenia. Jednak w tym roku nie było mowy o spędzeniu tego świątecznego czasu w górach. Mama ostatnio chorowała i była zbyt słaba, by zorganizować tak poważne przedsięwzięcie. Postanowiliśmy zatem zabrać ją do siebie, do centrum Polski. Wprawdzie temperatury utrzymywały się dodatnie      i nie mogliśmy raczej liczyć na biały puch, ale zawsze to lepsze niż spędzenie świąt w samotności. Najbardziej rozczarowane jednak były dzieciaki. Uwielbiały jeździć w góry, lepić bałwana, rzucać się śnieżkami. Wieczorami oglądały bajki albo grały w jedyną grę, którą posiadała babcia na swoim wyposażeniu,              a mianowicie „5 sekund Junior”. Wiadomość o tym ,że w tym roku nie pojedziemy w góry bardzo je zasmuciła. Wpadłem jednak na pomysł, który urozmaicił troszkę te święta. Postanowiłem wynająć Świętego Mikołaja. Sam przebrać się nie mogłem, bo moje przebiegłe dzieciaki z pewnością zwietrzyłyby podstęp. Przeszukałem lokalne ogłoszenia . W końcu znalazłem takiego, którego koszt wynajęcia nie powalił mnie z nóg, w przeciwieństwie do pozostałych. Uzgodniłem z nim wszystkie szczegóły i czekałem                                z niecierpliwością na efekty jego pracy. Dzień przed wigilią przyjechała moja mama. Ku uciesze dzieciaków przywiozła ze sobą ich ulubioną grę „5 sekund junior” no i obowiązkowo masę pysznych wigilijnych pierogów. Nadszedł            w końcu dzień, na który wszyscy długo czekali. W duszy śmiałem się sam              z siebie, bo ja chyba bardziej niż dzieci czekałem na pojawienie się pierwszej gwiazdki na niebie. Nikomu nie zdradziłem mojego sekretu. Nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi. Pobiegłem otworzyć. Od progu przywitał mnie gruby Jegomość w czerwonym stroju. Wyglądał bardzo przekonująco. Zaprosiłem go do salonu. Cała rodzina osłupiała. Święty Mikołaj rozdawał prezenty. Ostatnią poprosił najmłodszą Zuzię, która po dłuższym zastanowieniu podeszła do Mikołaja i z całej siły pociągnęła za długą brodę. Stało się to, czego obawiałem się najbardziej. Święty Mikołaj został zdemaskowany. Pomimo wpadki długo jeszcze przeżywaliśmy jego wizytę w naszym domu.

piątek, 11 grudnia 2015

Psotka


Moja  młodsza córka od kilku lat jest aktywną wolontariuszką schroniska dla bezdomnych zwierząt. Poświęca im każdą wolną chwilę. Niejednokrotnie zdarzyło się również ,że przygarniała niechciane i zmaltretowane istotki . Wtedy dom zamieniał się w istny szpital, ponieważ psiaki były zazwyczaj w opłakanym stanie. Z niektórymi jeździła do warszawskiej kliniki, żeby je ratować, inne dzięki jej miłości i zawziętości udało się przywrócić do dobrego stanu w warunkach domowych. Nie zapomnę jednak pewnej suczki, którą kilka miesięcy temu przywiozła do domu z interwencji. Jej właścicielka była anorektyczką i tak samo traktowała swojego pupila. Pies był skrajnie wychudzony, nie miał siły by podnieść się na łapkach, a do tego strasznie bał się każdego z nas. Wystarczyło na niego spojrzeć, by zrozumieć, ile wycierpiał.  Córka całymi dniami walczyła    o jego życie. Jej wiara i poświęcenie sprawiły, że w zaledwie miesiąc suczka była nie do poznania. Stała się pełna życia i powoli zaczęła ufać człowiekowi. Najlepszy kontakt złapała z wnuczką . Maja codziennie ją odwiedzała, przynosiła smakołyki i ją zabawiała. Kilka tygodni temu wnuczka miała spędzić u nas kilka dni. Przywiozła ze sobą ulubione zabawki, a wśród nich ukochane puzzle „ Jej wysokość Zosia”. Dostała je ode mnie na swoje piąte urodziny i przy każdej okazji prosiła, bym pomógł jej je układać. Uwielbiała tą zabawę, bo zawsze podczas zabawy opowiadałem jej śmieszne historyjki. Podczas tego  kilkudniowego pobytu Majki zdarzyła się rzecz niebywała. Któregoś wieczoru usiedliśmy do ukochanych puzzli „Jej wysokość Zosia”. Puzzle zostały złożone,    a ja z wnuczką opowiadaliśmy sobie śmieszne historyjki do późnych godzin wieczornych. Złożoną układankę pozostawiliśmy na stole i poszliśmy spać. Następnego dnia z samego rana Maja podniosła w całym domu alarm. Zerwałem się z łóżka. Puzzle „Jej wysokość Zosia” zniknęły. Rozpoczęły się poszukiwania. W pierwszej chwili pomyślałem, że żona robi sobie z nas żarty, ale gdy  Majka wpadła w histerię zrozumiałem , że to nie był zwykły  psikus. Cały dzień szukaliśmy zguby. Wieczorem zajrzałem do pokoju córki. W kojcu leżała suczka, o obok niej porozsypywane puzzle Majki. Od tamtego pamiętnego dnia psinę nazywaliśmy Psotką, bo spłatała nam wszystkim niezłego psikusa.

środa, 9 grudnia 2015

Mikołajki


W końcu nadszedł grudzień.  Dla dorosłych to miesiąc długi i ciężki. Przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia   i związane z tym wydatki nie nastrajają optymistycznie.   Największą radochę mają oczywiście dzieciaki.        W szkole coraz mniej obowiązków i właściwie już od pierwszych dni miesiąca jakieś niespodzianki. Mam na myśli oczywiście Mikołajki .   W tym roku przypadają w niedzielę. W naszej rodzinie mamy zwyczaj podkładania drobnych upominków pod poduszkę, gdy maluchy zasną. Pozostał wybór tego drobnego upominku, a wcale nie jest to łatwe zadanie. W dzisiejszych czasach dzieci mają niemalże wszystko, czego dusza zapragnie, a konkurencyjni producenci zabawek prześcigają się w pomysłach, czym jeszcze można zaskoczyć maluchy    i przyciągnąć ich uwagę. Postanowiłem zatem zrobić mały rekonesans po sklepach. Niestety moja kilkugodzinna wyprawa przyniosła marny efekt.             W każdym punkcie, do którego zajrzałem, półki uginały się od nadmiaru zabawek. Każda ciekawa, kolorowa i przyciągająca uwagę. Przyszedłem do domu ze strasznym mętlikiem w głowie. Długo nie mogłem zasnąć. Gdy się obudziłem doznałem niemalże olśnienia. W ostatnim sklepie, który wczoraj odwiedziłem w oko wpadł mi zestaw puzzli „Avengers”. Początkowo właściwie nie wiedziałem co to za postacie widnieją na pudełku, ale nagle przypomniałem sobie  , że mój wnuczek bardzo często ogląda serial animowany właśnie                z bohaterami o nadzwyczajnych mocach. Po śniadaniu wybrałem się ponownie do sklepu, w którym widziałem puzzle. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że właśnie wczoraj po moim wyjściu ostatnie pudełko układanki zostało sprzedane. Byłem zdruzgotany. Sprzedawczyni widząc moją zrezygnowaną minę obiecała, że postara mi się pomóc. Wykonała kilka telefonów do różnych hurtowni i kazała mi się zgłosić za dwa dni. Dręczyło mnie to ,że nie kupiłem od razu tego zestawu. Właściwie to byłem przekonany, że w tak krótkim czasie         z pewnością nie uda mi się kupić układanki. Niewiele jednak mogłem w tej sytuacji zrobić . Cierpliwie czekałem. Po  dwóch dniach zgłosiłem się ponownie do sklepu. Pani sprzedawczyni od progu powitała mnie z uśmiechem na twarzy wyciągając spod lady puzzle „Avengers”. Byłem uspokojony.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Nowe autko


Wczoraj wieczorem przyjechał do mnie w odwiedziny mój brat Bogdan              ze swoim młodszym synem Krystianem. Chciał koniecznie pochwalić się swoim nowym samochodem, który sprowadził kilka dni temu z terenu Niemiec. Najbardziej z tej wizyty cieszył się mój synek Piotrek. Krystian nigdy nie przyjeżdża z pustymi rękoma. Tym razem wręczył Piotrkowi puzzle Avengers        - Puzzle Magic Decor z jego ulubionymi bohaterami. Piotruś był szczęśliwy, bo układanie puzzli to jego ulubione zajęcie od najmłodszych lat. Chłopcy zamknęli się w pokoju dziecięcym i pracowali nad nowym upominkiem. Nie miałem ochoty przygotowywać dla nich kolacji, więc poszedłem na łatwiznę i zamówiłem dla nich pizzę. My z moim bratem wyszliśmy na podwórze obejrzeć nowe cacko. Samochód prezentował się wspaniale, pracował  cichutko i miał wspaniałą linię. Nic zresztą dziwnego , bo kosztował fortunę. Mój brat  ma własną, bardzo dochodową piekarnię, ale ciężko pracuje, by stać go było na takie luksusy. Zrobiliśmy rundkę wokół domu. Takim autem się nie jedzie, ale płynie. Opowiedział mi o całym dodatkowym wyposażeniu, jakie to autko posiada  i poszliśmy do domu . Zajrzeliśmy do pokoju chłopaków. W ciszy             i skupieniu pracowali nad złożeniem puzzli Avengers Puzzle Magic Decor. Po chwili wróciła moja małżonka i zajęła się przygotowaniem dla nas małego poczęstunku. Taki nabytek należało ochrzścić, aby dobrze służył nowemu właścicielowi. Bogdan zadzwonił po szwagierkę, żeby moja żona nie czuła się samotna. To było oficjalne wytłumaczenie, a tak naprawdę przewidywał finał tego spotkania , więc potrzebna była opiekunka dla Krystiana i jednocześnie kierowca, by spokojnie wrócić do domu. Rozsiedliśmy się z Bogdanem wygodnie w fotelach, włączyliśmy telewizor i wznieśliśmy toast za nowe cacko brata. Nasze panie nie były zbyt zadowolone , w przeciwieństwie do dzieciaków, którzy po ułożeniu    w całość puzzli Avengers i zjedzeniu całej pizzy przestawiali pokój Piotrka do góry nogami. W końcu udało nam się udobruchać małżonki i resztę wieczoru spędziliśmy w znakomitych nastrojach. W końcu nie co dzień kupuje się samochód za kilkadziesiąt tysięcy złotych.

środa, 2 grudnia 2015

Domówka


Od pewnego czasu nasza nastoletnia córka Iga suszyła nam głowę o to, by móc zorganizować małą imprezę w domu dla najbliższych przyjaciół, oczywiście najlepiej pod naszą nieobecność. Przez długi jednak czas nie było ku temu okazji, bowiem rzadko wychodzimy z domu . Jednym z powodów naszego ubogiego życia towarzyskiego jest wychowywanie młodszego syna Igora . Najzwyczajniej w świecie brakuje chętnych do sprawowania opieki nad niesfornym chłopcem. Z tego też względu, jeśli chodzi o dłuższe wyjścia                i spotkania ze znajomymi, ograniczamy się do minimum. Raz do roku mamy jednak imprezę, której nie opuściłbym za żadne skarby. Jest to hubertus, organizowany przez moje Koło Łowieckie  w listopadzie. Nie wyobrażam sobie, żeby mnie na nim nie było, oczywiście w towarzystwie mojej małżonki. Przez dłuższy czas córka nie wracała do tematu domówki. Dwa tygodnie temu jednak przeczytała zaproszenie na nasz myśliwski bal. Termin imprezy przypadał akurat w dniu urodzin Igi. Wiedziałem, że tym razem nie unikniemy tego drażliwego tematu. Nie chodziło o to, że nie mamy zaufania do córki, ale o to, że dzisiejsza młodzież ma wyjątkowo dziwaczne pomysły i po prostu baliśmy się pozostawić małolatów na całą noc bez opieki osoby dorosłej. Igorem miała zająć się babcia, a my po długich negocjacjach z uwagi na urodziny Igi, uzgodniliśmy z nią zasady imprezy. Z duszą na ramieniu zostawiliśmy gromadkę nastolatków w domu. Przed wyjściem podarowałem Idze świetną grę towarzyską „ 5 sekund” Trefla, mając cichą nadzieję, że młodzieży się spodoba, choć szczerze w to wątpiłem. Podczas hubertusa żona co godzinę dzwoniła do córki, spytać czy wszystko         w porządku i czy nie dzieje się nic niepokojącego. Do domu wróciliśmy około godziny piątej. Po cichutku otworzyliśmy drzwi. W pokoiku Igi jak śledzie             w łóżku spały : nasza córka i jej trzy najbliższe koleżanki. Zajrzeliśmy do dużego pokoju. Ku mojemu zaskoczeniu panował tam ład i porządek, a na stole leżała rozłożona gra „5 sekund”, a obok niej karteczka z napisem : „ Dziękujemy. Gra rzeczywiście była fascynująca”. Byłem pod ogromnym wrażeniem.

 

poniedziałek, 30 listopada 2015

Augustów


Ubiegłoroczne wakacje spędziliśmy całą rodziną na Mazurach. Był to wyjątkowo udany wyjazd, na który czekaliśmy cały pracowity rok. Urlop zaplanowaliśmy dość wcześnie, bo pod koniec czerwca. Troszkę martwiliśmy się pogodą, bo        z nią w naszej strefie klimatycznej różnie bywa. Zarezerwowaliśmy pokoje               w ośrodku wypoczynkowym w samym sercu Augustowa .Gdy nadszedł czas wyjazdu spakowaliśmy walizki i ruszyliśmy w drogę. Mieszkamy na Mazowszu, więc droga nie należała do najdłuższych. Na miejsce dotarliśmy około godziny dziesiątej. Zakwaterowanie możliwe było dopiero od dwunastej. Postanowiliśmy więc pospacerować i rozejrzeć się po okolicy. Pogoda nam dopisywała. Ośrodek oddalony był od najbliższego jeziora o mniej więcej kilometr drogi. Po drodze do dyspozycji mieliśmy kilka lokalnych sklepików              i jeden duży dyskont. Po małej wycieczce wróciliśmy, aby rozpakować walizki        i odetchnąć od podróży, która choć nie była za długa to jednak troszkę nas znużyła. Pokoje były czyste i nowoczesne, w każdym łazienka i mały aneks kuchenny. W ośrodku też można było wykupić całodzienne wyżywienie               w przystępnych cenach. Skorzystaliśmy z oferty i wieczorem udaliśmy się na kolację. Okazało się ,że tego dnia organizowany był również wieczorek zapoznawczy dla gości hotelowych przy muzyce lokalnego zespołu. Poznaliśmy bardzo sympatyczną rodzinę z Sanoka. Najbardziej z tego spotkania ucieszyła się nasza wnuczka Oliwka, gdyż znalazła koleżankę w podobnym wieku. Dziewczynki świetnie się dogadywały. Obok sali bankietowej znajdowała się świetlica, na której najmłodsi  uczestnicy turnusów wypoczynkowych mogli troszkę się pobawić. Dziewczynki postanowiły sprawdzić, jakie atrakcje tam na nie czekały. Na regałach poukładane były gry planszowe i puzzle. Oliwka wyciągnęła układankę ”Barbie i jej super przyjaciele” i do wspólnej zabawy zaprosiła nowo poznaną Karolinkę. Zostawiliśmy dziewczynki na świetlicy, doglądając je od czasu do czasu, a my mogliśmy się troszkę zrelaksować. Następnego dnia skoro świt Oliwka pobiegła po Karolinkę i obie uradowane udały na świetlicę sprawdzić, czy ułożone przez nie poprzedniego wieczoru puzzle „ Barbie i jej super przyjaciele” nie zostały przez nikogo zniszczone. Na całe szczęście układanka leżała w tym samym miejscu, w którym ją zostawiły. Po śniadaniu wszyscy razem udaliśmy się nad jezioro. Dni w  doborowym  towarzystwie upływały w zastraszającym tempie. Gdy nadszedł czas wyjazdu dziewczynki nie mogły się rozstać wymieniły się adresami i obiecały sobie nawzajem że będą do siebie pisać.

piątek, 27 listopada 2015

Wnusia



Siedem lat temu moja ukochana córka Monika wyjechała ze swoim narzeczonym do Norwegii. Mieli pozostać tam jedynie na okres wakacyjny. Życie potoczyło im się jednak zupełnie inaczej. Dostali pracę, wynajęli mieszkanie i tam zostali. Twierdzili, że do kraju nie mają po co wracać ze względu na brak perspektyw. Tam żyło im się, z tego co opowiadała córka, a dzwoniła do nas raz w tygodniu, na dość wysokim poziomie. Początkowo, dla nas rodziców, był to duży szok. Tęskniliśmy bardzo. W końcu to nasze jedyne dziecko. Po dwóch latach pobytu Monika zadzwoniła do nas z radosną nowiną, że spodziewa się dziecka. Niedługo po narodzinach malutkiej Zosi , córka wykupiła nam bilety lotnicze i polecieliśmy w odwiedziny. Mieszkali w pięknym domu, a wnusia skradła mi moje serce. Niestety od tamtej pory widzieliśmy się jeszcze tylko dwa razy. Bolało nas to, że nie możemy na co dzień podziwiać postępów naszej małej wnusi i towarzyszyć jej w dorastaniu. Tydzień temu zadzwoniła Monika i oświadczyła, że wpadną do nas na jakiś tydzień. Radości nie było końca . Wspólnie z żoną robiliśmy zakupy na ich przyjazd. Wnusia niedawno skończyła cztery latka. Żona przygotowała dla niej wielką paczkę         z upominkami. W większości były to śliczne sukieneczki, ale nie zabrakło również zabawek, wśród których znalazły się również puzzle „Wesoły dzień Zosi”. W końcu nadszedł długo wyczekiwany przeze mnie i moją małżonkę dzień. Pojechaliśmy na lotnisko do Krakowa, by ich odebrać. Gdy zobaczyłem moją małą Zosieńkę, byłem tak wzruszony, że z ledwością powstrzymałem łzy. Uściskom nie było końca. Przyjechaliśmy do domu, żona podała obiad. Zosia nie mogła się najeść, tak bardzo smakowało jej nasze rodzime jedzenie. Po posiłku nadszedł czas na upominki. Zosia z wypiekami na policzkach odpakowywała kolejne prezenty. Każdą z sukienek obowiązkowo musiała przymierzyć . Wyglądała w nich jak mała księżniczka. Na samym dole worka leżały puzzle         „ Wesoły dzień Zosi ”. Wnusia uśmiechnęła się szeroko i słodkim głosikiem potwierdziła, że to naprawdę bardzo wesoły dzień.

środa, 25 listopada 2015

Wirusówka


Dwa dni temu mój ośmioletni syn Igor zachorował. W nocy dostał wysokiej gorączki, miał silne dolegliwości żołądkowo-jelitowe. Z samego rana udaliśmy się do przychodni. Kolejka do lekarza była imponująco długa. Właściwie nie było czemu się dziwić. Początek jesieni to pora roku sprzyjająca zachorowaniom. Zimne ranki i wieczory, a za dnia dość wysokie temperatury przyczyniają się do  wzrostu przeziębień , głównie wśród najmłodszych. Do lekarza rodzinnego dostaliśmy się po niemalże dwóch godzinach oczekiwania. Okazało się, że to  infekcja wirusowa, której przebiegowi towarzyszą biegunka i wymioty, wysoka temperatura oraz ogólne osłabienie organizmu. W drodze powrotnej do domu wstąpiliśmy do apteki i wykupiliśmy wszystkie niezbędne lekarstwa. Pierwszy dzień choroby dał nam wszystkim w kość. Na całe szczęście podane medykamenty dość szybko zaczęły działać i następnego dnia Igor poczuł się już o wiele lepiej. Przede wszystkim minęły dolegliwości ze strony układu pokarmowego. Lekarz jednak zalecił leżenie w łóżku przez przynajmniej pięć dni. Igorowi, który czuł się coraz lepiej, najzwyczajniej w świecie zaczęło się nudzić. Żona musiała wrócić do pracy, więc wziąłem dwa dni urlopu. Postanowiłem urozmaicić synowi kolejny dzień choroby. Wyciągnąłem z szafy    z zabawkami jego ulubioną grę „5 sekund Junior”. Rzadko znajdujemy czas na wspólną zabawę, gdyż dużo pracuję , a gdy wracam do domu na taka rozrywkę jest albo za późno, albo najzwyczajniej w świecie nie mam już siły i ochoty na jakiekolwiek zabawy. Choroba syna była zatem znakomitą okazją, by spędzić ze sobą trochę czasu. Igor czuł się na tyle dobrze, że wspólna gra nie nadwyrężała jego zdrowia. Oczywiście w  grze „ 5 sekund junior”  wygranym zawsze był Igor, choć tak naprawdę dawałem spore fory. Wspaniale było patrzeć jak wiele radości sprawia mu wygrana. Cały dzień poświęciliśmy zabawie, z małą przerwą na zjedzenie przygotowanego przez żonę obiadu. Dla nas obojga był to wyjątkowy dzień. Chyba oboje czuliśmy jak bardzo wspólna zabawa  zbliżyła nas do siebie. Obiecałem Igorowi ,że częściej będę brał taki wolny dzień i poświęcał go tylko jemu.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Wielkanocna zabawa


Tegoroczne Święta Wielkanocne były wyjątkowe, przede  wszystkim dlatego, że obchodziliśmy je wspólnie całą naszą rodziną . W tym roku nikogo nie zabrakło. Oczywiście zostaliśmy zaproszeni do naszych rodziców , którzy mieszkają           w dużym domu, w malowniczo położonej wiosce w samym sercu Bieszczad. Na śniadaniu wielkanocnym byliśmy już w całym składzie, to znaczy rodzice, ja         z małżonką i dwójka naszych pociech, mój starszy o dwa lata brat z żoną                i swoim synem, młodsza ode mnie o rok siostra z mężem i dwójką córek oraz nasz najmłodszy braciszek z przepiękną  narzeczoną. Zazwyczaj przy okazji świąt spotykamy się w mniejszy składzie, gdyż każde z nas mieszka ze swoimi rodzinami w innej części kraju. Najdłuższą drogę do pokonania miał Zbyszek, mój starszy brat, gdyż przyjechał aż znad morza. Pomimo zmęczenia podróżą wszyscy byliśmy przeszczęśliwi . Rozmowom naszym, wspomnieniom , opowiadaniom o obecnym życiu nie było końca. Najbardziej jednak z tego pobytu zadowolone były dzieciaki. Buszowały na dziadkowym strychu i raz po raz słychać było dochodzące z góry chichoty. Dziadkowie przygotowali dla maluchów wyjątkową niespodziankę. Zaraz po śniadaniu poprosili wnuczęta, żeby zeszły do salonu . Kazali im włożyć cieplejsze odzienie, choć pogoda była naprawdę znakomita i zabrali ich do ogrodu. Zaskoczyła nas ta zbiórka, więc        z ciekawości my również udaliśmy się na zewnątrz, by podpatrzeć co też za niespodziankę przygotowali dziadkowie. Okazało się, że urządzili im rewelacyjne zawody. W ogrodzie ukryli bowiem wielkanocne króliczki. Dzieci były zafascynowane oryginalnym pomysłem i z entuzjazmem przeszukiwały zielone zakamarki. Pierwsza na metę przybiegła Ola dumnie trzymając w dłoni różowy koszyczek , a w nim słodkości i niespodziankę zegarek VTech-Kidizoom Smart Watch, również w kolorze różu. Po chwili dołączył do niej Patryk taszcząc w ręku pomarańczowy koszyk z taką samą zawartością. Gdy na metę dotarli pozostali uczestnicy  zabawy, okazało się , że dla każdego wnuczka dziadkowie przygotowali taki sam zestaw. Jedyną różnicą była kolorystyka zegarków VTech-Kidizoom Smart Watch. Dzieciaki były zachwycone, zarówno prezentami jak        i oryginalnym sposobem ich wręczenia.

piątek, 6 listopada 2015

Weekend na jachcie


Niedawno, podczas jednego ze spotkań towarzyskich z naszymi dobrymi przyjaciółmi wpadliśmy na wspaniały pomysł. Zbliżało się lato i okres wakacyjnych urlopów. Postanowiliśmy pojechać na Mazury i wynająć niewielki jacht. Planowaliśmy spędzić ten czas żeglując po jeziorach. Nasz znajomy Bogdan miał w tym zakresie ogromne doświadczenie. Swojego czasu miał nawet własna szkółkę żeglarską dla dzieci i młodzieży. Pomysł wydawał się rewelacyjny. Gdy nadszedł czas długo wyczekiwanego urlopu spakowaliśmy bagaże i wyruszyliśmy w podróż. Mieszkamy w centrum Polski, więc droga nie była długa  i męcząca. Wśród spakowanych drobiazgów nie mogło zabraknąć naszej ulubionej gry towarzyskiej „ Kalejdoskop 50  gier”. Bardzo często podczas naszych spotkań w nią gramy , świetnie się przy tym bawiąc. Oczywiście przed wyjazdem tematem spornym był wybór jeziora, po którym mieliśmy żeglować. Koniec końców stanęło na największym jeziorze mazurskim Śniardwy. Nie byłem zadowolony z tego wyboru, gdyż z tego co wiem, jezioro to jest bardzo płytkie, a liczne głazy ukryte pod powierzchnią wody mogą stwarzać prawdziwe niebezpieczeństwo nawigacyjne. Co więcej na tego typu zbiorniku wodnym , gdy wzrasta siła wiatru w ciągu kilku minut podnosi się wysoka fala, która niejeden raz była przyczyną tragedii .Oczywiście dla Bogdana był to pewien rodzaj wyzwania. Ja będąc przezorny na wszelki wypadek prześledziłem chyba wszystkie prognozy pogody dla żeglugi śródlądowej. Gdy dotarliśmy na miejsce właśnie świtało. Jezioro wyglądało cudownie w promieniach wschodzącego słońca i delikatną mgłą unoszącą się nad taflą wody. Około południa byliśmy już na pokładzie. Pogoda była wspaniała. Zanim odbiliśmy od brzegu zasięgnęliśmy języka, by zorientować się którą z ośmiu wysp odwiedzić. Ponoć najpiękniejszą jest wyspa Kaczor. Tam też postanowiliśmy pożeglować. Kilka godzin później byliśmy już daleko od lądu. Zbliżał się wieczór. Żona przygotowała kolację, a ja wyciągnąłem z  plecaka „Kalejdoskop 50 gier”. Widok był zachwycający. Słońce powoli zachodziło za horyzont, wiał lekki wiaterek, a my rozpoczęliśmy partyjkę szach.

środa, 4 listopada 2015

Wakacyjne plany


Tegoroczne wakacje postanowiliśmy spędzić w naszych ojczystych Tatrach. Dwa dni przed planowanym wyjazdem nastąpiło nieoczekiwane złamanie pogody . W  centrum Polski aura dopisywała, ale w górach nagłe opady deszczu były tak intensywne, że spowodowały, iż wiele miejscowości było podtopionych,             a dojazd do nich wręcz niemożliwy. Nasze plany legły w gruzach. Na przesunięcie planowanego od kilku miesięcy urlopu było już za późno. Niewiele myśląc usiadłem przy komputerze i rozpocząłem poszukiwania odpowiedniego miejsca na rodzinny wypoczynek. Właściwie nie trwało to zbyt długo. Chwyciłem za telefon i zadzwoniłem do córki, by zakomunikować, że jedziemy do węgierskiego Hajduszoboszlo. Poszperałem w internecie i dzięki temu udało mi się znaleźć kontakt do osoby, która zajmowała się rezerwacją kwater niedaleko kompleksu basenów. Z duszą na ramieniu spakowaliśmy walizki           i wyruszyliśmy w podróż . Okazało się, że  mieliśmy do przejechania niespełna siedemset kilometrów. W połowie drogi wnukom zaczęło się troszkę nudzić. Jak to zazwyczaj bywa znudzone dzieci to nieznośne dzieci. Zaczęły się kłótnie, sprzeczki, przepychanki. Zatrzymaliśmy się na pierwszej napotkanej stacji benzynowej. Kupiłem chłodne napoje . Wychodząc ze sklepu zauważyłem na jednej z półek gry planszowe, a wśród nich pozycję, która mogłaby się spodobać chłopakom „Memos – Kraina Lodu”. Z tego co pamiętam byliśmy razem na tym filmie animowanym w kinie. Bajka  wywarła na nas ogromne wrażenie. Nie chwaląc się jak zwykle miałem nosa. Gra przypadła wnukom do gustu. Podróżowaliśmy naszym rodzinnym vanem, więc dzieciaki miały z tyłu auta sporo miejsca na zabawę.  Przez resztę podróży dzięki zakupionej przeze mnie grze „Memos – Kraina Lodu”  w samochodzie wreszcie zapadł upragniony spokój. Gdy przekroczyliśmy granicę Węgier pogoda była przepiękna, wprost idealna na rodzinne wakacje. W Hajduszoboszlo przywitała nas bardzo serdeczna i uśmiechnięta starsza pani, właścicielka domku, który przez najbliższy tydzień miał być naszą kwaterą. Rozpakowaliśmy walizki i poszliśmy zwiedzić okolicę. Wieczorem nasi niestrudzeni chłopcy ponownie usiedli do gry, która uratowała nas w podróży - „Memos – Kraina Lodu”  

 

poniedziałek, 2 listopada 2015

Wakacje


Tegoroczne wakacje nie zapowiadały się zbyt wesoło. Remont naszego domu kosztował fortunę i niestety urlop mieliśmy spędzić w naszym rodzinnym mieście. Najbardziej jednak mi było szkoda naszej małej córeczki. Nina cały czas pytała nas gdzie wyjedziemy na wakacje, a my będąc świadomi zasobności naszych portfeli odpowiadaliśmy wymijająco, że na wszystko przyjdzie czas          i jeszcze zobaczymy. Dni jednak upływały nieubłaganie i nastał w końcu moment, w którym należało powiedzieć naszej pięcioletniej córeczce, że jednak nigdzie nie wyjedziemy. Bolało nas to bardzo. Któregoś wieczoru spotkaliśmy się z naszymi znajomymi. Ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że wiosną kupili campera, którym byli już na wczasach i sprawdził się rewelacyjnie. Zaproponowali czy nie chcielibyśmy użyczyć go sobie i choć na kilka dni wyjechać nad morze. Propozycja była wręcz nie do odrzucenia. Powiedziałbym, że zdarzył się cud .  Następnego dnia spakowaliśmy walizki . Nina cały czas dopytywała co to za niespodzianka na nią czeka i dlaczego się pakujemy. Campera znajomi zostawili na polu namiotowym w nadmorskiej miejscowości na wszelki wypadek, gdyby chcieli jeszcze z niego skorzystać. Nad morze dojechaliśmy pociągiem. Nina była zachwycona  podróżą, ale gdy dotarliśmy na miejsce i otworzyliśmy drzwi campera aż piszczała z radości. Warunki były rewelacyjne. Zostawiliśmy bagaże i udaliśmy się na spacer po plaży. Po południu popsuła się pogoda i uziemiła nas ulewa . W szafie znaleźliśmy sporą skrzynię. Gdy ją otworzyliśmy okazało się, że znajdowały się w niej zabawki córki naszych znajomych. Nina wygrzebała puzzle „ Barbie – super księżniczka”           i zaprosiła mamę do wspólnej zabawy, a ja miałem chwilę, by w końcu odpocząć. Wprawdzie podróżowaliśmy pociągiem i nie musiałem prowadzić samochodu, ale długa podroż i tak mnie wykończyła. Nina natomiast miała tyle energii, jakby dopiero co się obudziła. Niewiele myśląc zaszyłem się w kąt            i zamknąłem oczy. Chyba się nawet zdrzemnąłem, ale nagle usłyszałem piskliwy głosik córeczki. Koniecznie chciała pochwalić się ułożonymi puzzlami „ Barbie       - super księżniczka”. Nie miałem wyjścia i musiałem przerwać drzemkę. Wieczorem się rozpogodziło, więc poszliśmy do pobliskiej pizzerii  Fierro . Kolejne dni były ciepłe, słoneczne i rodzinne. Najważniejsze, że Nina będzie miała o czym opowiadać, gdy wróci we wrześniu do przedszkola.

piątek, 30 października 2015

Smutna jesień


Nastały brzydkie jesienne dni. Bardzo nie lubię tej pory roku. Jest zazwyczaj szaro, deszczowo i ponuro. Większość czasu spędza się w domu. Na całe szczęście mamy bardzo fajnych sąsiadów, z którymi często spędzamy te monotonne wieczory. To bardzo sympatyczna i  wesoła para. Nie sposób się nudzić w ich towarzystwie. Mieszkają dwa piętra wyżej, więc gdy tylko doskwiera nam nuda wykonujemy jeden telefon i można być pewnym, że wieczór będzie ciekawy. Zazwyczaj wspólny czas spędzamy grając w jakieś gry. Ostatnio każde spotkanie kończyło się zabawą w kalambury. Niedawno jednak miałem okazję odwiedzić hurtownię z zabawkami. Kupowałem wtedy prezent dla mojej siostrzenicy Ady z okazji jej ósmych urodzin. Przechodząc jednak obok stoiska z grami planszowymi, zatrzymałem się na chwilę. Uwagę moją przykuła nowość firmy Trefl, a mianowicie gra  „ 5 sekund” . Gdy spytałem ekspedientki o opinie klientów, przekonywała mnie ,że to rewelacyjna pozycja. Zapoznałem się z regułami gry. Wydawała się całkiem ciekawa. Cena też nie była zbyt wygórowana. Za namową sympatycznej pani ,skusiłem się i ją kupiłem. Był piątek, więc po powrocie do domu zadzwoniłem do moich ulubionych sąsiadów i zaprosiłem ich na małą partyjkę. Byli przekonani, że będziemy znów grali          w kalambury. Żona przygotowała mały poczęstunek, a ja zaprezentowałem gościom moją nową zdobycz. Byli nieco zaskoczeni. Stwierdzili nawet, że skoro kupiłem ją w  sklepie z zabawkami, jest to gra przeznaczona dla dzieciaków. Przedstawiłem reguły gry . Na pozór były rzeczywiście proste, gdy jednak rozpoczęliśmy rozgrywkę, nikomu nie było już do śmiechu. Każdy chciał być najlepszy i najmądrzejszy. Najlepsze jest jednak to, że o ile pytania wymagające wiedzy specjalistycznej nie sprawiały zazwyczaj żadnego problemu, to pytania   z pozoru banalne wprawiały graczy wręcz w osłupienie. Rywalizacja była zacięta, ale pomimo bojowych nastrojów,  grze „ 5 sekund” towarzyszyły również pozytywne emocje. Przede wszystkim było mnóstwo śmiechu. Nasze piątkowe spotkanie skończyło się wyjątkowo późno, ale gra była tego warta.

środa, 28 października 2015

Puzzle przyjacielem dziecka


Nasz wnuczek Mateusz od kiedy sięgnę pamięcią uwielbiał układać puzzle. Pasją tą zaraziła go moja siostra, która, gdy Mateusz miał zaledwie trzy latka zabierała go ze sobą do swojego domu. Miała tam niezliczone ilości układanek. Niektóre z nich były naprawdę stare. Najbardziej jednak Mateusz lubił układać puzzle „Kąpiel Prosiaczka”. Może dlatego, że była to jego ulubiona bajka,             a może dlatego ,że puzzle nie były zbyt skomplikowane i pomimo młodego wieku mógł zupełnie sam je ułożyć. W każdym razie złapał bakcyla i choć dzisiaj ma już dziesięć lat nadal lubi je układać. Tydzień temu, przechodząc obok Miejskiego Domu Kultury zauważyłem plakat zatytułowany „Puzzle przyjacielem dziecka”. Od razu pomyślałem o Mateuszu. W końcu nie zawsze trafia się taka okazja. Promowana wystawa puzzli miała odbyć się za kilka dni. Niewiele myśląc zakupiłem bilety wejściowe i pojechałem wprost do wnuczka. Mateusz odrabiał lekcje. Nie chciałem przeszkadzać. Usiadłem więc cichutko         w kuchni i czekałem cierpliwie, aż skończy. Zza ściany dobiegało jego biadolenie. Za wszelką cenę chciał bowiem uniknąć pisania opowiadania. Wszedłem do jego pokoju i oznajmiłem z uśmiechem, że jeżeli napisze ładne wypracowanie, czeka go bardzo miła niespodzianka, która z pewnością go ucieszy. Przystał na moje warunki. Córka zrobiła moją ulubioną herbatkę             z cytryną i miodem  i usiedliśmy troszkę poplotkować. Po niespełna godzinie do kuchni wkroczył Mateusz wymachując dumnie skończoną pracą domową. Przeczytał opowiadanie. Było całkiem dobre, choć wprowadziliśmy kilka poprawek.  W nagrodę wręczyłem mu dwa bilety na wystawę. Otworzył oczy ze zdumienia, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce. Był zachwycony                  i podekscytowany. Wystawa odbyła się w sobotę. Pojechaliśmy na nią razem       z moją córką. Mateusz był szczęśliwy. W pewnym momencie złapał mnie za ręka  i zaprowadził do jednej z gablot z układankami. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Pod szklaną taflą leżały ulubione puzzle mojego wnuczka „Kąpiel Prosiaczka”. Wystawa była rewelacyjna. Warto było ją odwiedzić.

poniedziałek, 26 października 2015

Półkolonie


Wakacje to dla dzieciaków najbardziej wyczekiwany okres. Po całorocznym wysiłku intelektualnym przychodzi w końcu czas na relaks i odpoczynek. Dla rodziców, w szczególności posiadających swoje pociechy w wieku , który nie pozwala na samodzielne pozostawienie ich w domu, to czas dość problemowy. Można zapisać wprawdzie dziecko na  jakieś półkolonie czy obóz, ale wakacje trwają aż dwa miesiące. Cudem zatem by było zorganizowanie wypoczynku na cały ten okres. Długo zatem z żoną debatowaliśmy nad tym tematem. Nasz ośmioletni syn z niechęcią przyjął do wiadomości, że będzie uczestnikiem organizowanej przez jego szkołę półkolonii. Twierdził, że podczas wakacji nie ma ochoty uczęszczać do szkoły, nawet jedynie w celach rozrywkowych. Musiał niestety dostosować się do zaistniałej sytuacji . Nie mieliśmy innego wyjścia. Pierwsze dwa tygodnie miał spędzić u dziadków na wsi, kolejne dwa na znienawidzonej półkolonii, następne trzy na przemian ze mną i żoną i pozostała jeszcze końcówka wakacji, którą jeszcze nie wiedzieliśmy jak ugryźć. Liczyliśmy na jakiś cud. Niemniej jednak pierwsze dni spędzone u dziadków upłynęły nad wyraz szybko. Dopiero co nasz syn wyjechał, a już odbieraliśmy go z powrotem. Nadszedł czas by przygotować go do półkolonii. Całą niedzielę słuchaliśmy jego narzekań, biadolenia i złośliwych odpowiedzi. W poniedziałek z samego rana próbował nam wmówić nagłą chorobę. Nagle rozbolał go strasznie brzuch, zrobiło mu się niedobrze. Podałem mu witaminę C, twierdząc, że to lekarstwo na jego dolegliwości i zawiozłem do szkoły. Tego dnia zwolniłem się z pracy, by go odebrać i podpytać opiekunów, jak zachowywał się na zajęciach. Ku memu zdziwieniu, gdy wszedłem do sali, w której trwały zajęcia mój syn razem                z dwójką kolegów układali puzzle „Przyjaciele z Krainy Lodu”, chichocząc raz po raz. Gdy mnie zobaczył, stwierdził stanowczo ,że przyjechałem po niego o wiele za wcześnie, bo nie zdążyli z chłopakami się pobawić. Wyszedłem więc z sali         i poczekałem cierpliwie na zewnątrz. Gdy zajęcia dobiegły końca, podszedł do mnie zadowolony i nie czekając na moje pytanie, powiedział, że wcale nie jest aż tak źle na tej półkolonii i może wytrzyma . Poprosił także, bym kupił mu          w sklepie puzzle „Przyjaciele z Krainy Lodu”, ponieważ mają zamiar z kolegami urządzić sobie zawody w ich układaniu na czas, a on oczywiście chciał być najlepszy. Przystałem na tę prośbę i pojechaliśmy do sklepu.

piątek, 23 października 2015

Parapetówka


Niedawno zostaliśmy z żoną zaproszeni przez naszych dawnych sąsiadów na parapetówkę do ich świeżo wybudowanego domu na obrzeżach naszego miasta. Basia i Tomasz byli naszymi sąsiadami przez kilka lat, później jednak wyjechali do Wielkiej Brytani w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Zostali tam przez blisko pięć lat . Tam też urodziła im się córeczka Pamela, która                     w ubiegłym miesiącu skończyła cztery latka. Po okresie ciężkiej pracy na wyspach udało im się wrócić do Polski i wybudować piękny dom. Tomasz na miejscu mając doskonały fach w ręku założył własną firmę zajmującą się wykończeniami wnętrz, zaś Basia otworzyła swój wymarzony salon piękności. Gdy dotarliśmy do ich nowej posiadłości, zaparło nam dech w piersiach. Na pierwszy plan wysunął się bajkowy ogród z piękną altaną pośrodku i mnóstwem ozdobnych krzewów i kwiatów. Gdy zapukaliśmy do drzwi  nieśmiało otworzyła je śliczna dziewczynka o bujnych blond lokach i błękitnych oczach. Wręczyłem jej mały upominek – puzzle „ Barbie i jej super  przyjaciele”. Zadowolona pobiegła do mamy pochwalić się prezentem. Basia zaprowadziła nas do obszernego salonu, urządzonego z wyjątkowym gustem i smakiem. Sądząc po minie mojej żony, oczekiwałem po powrocie do domu lawiny słów typu :             „ a widziałeś jaki oni mają….”. Powoli zacząłem układać sobie w głowie odpowiedzi na jej dziwne pytania. Nie mniej jednak dom był rzeczywiście piękny. W salonie najbardziej spodobał mi się kominek, który gdy zapłonął tworzył wspaniałą, ciepłą i rodzinną atmosferę. Dom był zbudowany w systemie parterowym z użytkowym poddaszem mieszkalnym, na którym mieściła się sypialnia rodziców i pokój dziecięcy. Basia oprowadziła nas po wszystkich zakamarkach. Każde pomieszczenie było wyjątkowe, ale najbardziej spodobał mi się gabinet Tomasza. Jego własny azyl. Pomyślałem, że fajnie by było mieć taki własny kąt, gdzie można się schować i zaszyć choć na chwilę, gdzie nikt ci nie przeszkadza i nie marudzi. Ostatnim pokoikiem, który pozostał do obejrzenia było małe królestwo Pamelki. Gdy zajrzeliśmy do środka dziewczynka siedziała na dywaniku i z zapałem starała się ułożyć puzzle „Barbie i jej super przyjaciele”. Gdy mnie zobaczyła podbiegła do mnie, chwyciła za rękę i z rozbrajającym uśmiechem spytała „ Pomożesz mi ? ” wskazując na układankę. Nie śmiałem odmówić.

środa, 21 października 2015

Nieoczekiwane spotkanie


W ubiegłą sobotę zupełnie przypadkiem, przy okazji robienia zakupów na naszym podmiejskim ryneczku, spotkałem dawnego znajomego , którego nie widziałem od co najmniej dziesięciu lat. Razem studiowaliśmy na politechnice    w Poznaniu. Przez ostatnie dwa lata wspólnie wynajmowaliśmy małe mieszkanko niedaleko uczelni. To były wyjątkowe lata. Bardzo dobrze się dogadywaliśmy, niejedną noc zarwaliśmy, nawet podobały się nam te same dziewczyny. Wtedy dochodziło do niewielkich scysji, ale zawsze potrafiliśmy jakoś się dogadać. Po otrzymaniu dyplomów ukończenia uczelni, każdy z nas wyjechał do swojego rodzinnego miasta. Nasze drogi się rozeszły. Później docierały do mnie informacje, że Mirek wyjechał do Niemiec i tam założył rodzinę. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy spotkałem go przy stoisku         z warzywami w moim rodzinnym mieście. Okazało się, że jego małżonka ma tu babcię, do której właśnie przyjechali w odwiedziny. Zamieniliśmy kilka słów          i wymieniliśmy się telefonami. Po powrocie do domu opowiedziałem żonie         o niezwykłym spotkaniu. Zaproponowała , żeby Mirek z żoną wpadli do nas na kolację. Uradowany chwyciłem za telefon i o godzinie siedemnastej rozległo się głośne pukanie do drzwi. Ku memu zaskoczeniu towarzyszyła im córeczka, na oko w tym samym wieku co nasza Amelka. Dziewczynki przypadły sobie do gustu. Po kolacji pobiegły do dziecięcego pokoju, by się pobawić. Po godzinie zaniepokojeni ciszą zajrzeliśmy do dziewczyn. W skupieniu układały najnowsze puzzle Amelki „Jej wysokość Zosia”. Były tak pochłonięte układanką, że nawet nie zauważyły jak cała nasza czwórka stała nad ich głowami. Gdy w końcu zorientowały się , że są obserwowane nastąpiło takie poruszenie, że przez przypadek, ze stołu, na którym pracowały, puzzle” Jej wysokość Zosia” spadły na ziemię i się rozsypały. Dziewczynki były strasznie złe . Z zaciśniętymi zębami wyprosiły nas z pokoju, by od nowa w spokoju złożyć układankę. Wróciliśmy zatem do salonu i postanowiliśmy im już nie przeszkadzać. W końcu one też nie zakłócały nam spotkania.

poniedziałek, 19 października 2015

Monachium


Niedawno pojechaliśmy  z synem i córką do rodziny w Niemczech. Ciotka mieszka w pięknym domu na obrzeżu Monachium. Ma dwóch synów w  wieku dziesięć  i piętnaście lat. Ciotka Jolanta to młodsza siostra mojej mamy. Gdy miała troszkę ponad dwadzieścia lat poznała swojego przyszłego męża Wilfrieda i wyjechała do Niemiec. Spotykamy się bardzo rzadko. Do Monachium jest przeszło tysiąc dwieście kilometrów, więc podróż jest długa i męcząca. Tym razem jednak postanowiliśmy wybrać się do niej liniami lotniczymi. W tej chwili ceny biletów nie są zbyt wygórowane. Właściwie po przeliczeniu kosztów podróży samochodem i samolotem okazało się, że różnica jest zaledwie dwustu złotych, ale komfort i czas podróży wart jest dopłacenia tych kilku groszy. Wzięliśmy z żoną kilka dni urlopu, zamówiliśmy bilety lotnicze i kilka dni później staliśmy już na głównej płycie portu lotniczego w Monachium. Z podróży najbardziej zadowolony był nasz syn Igor, gdyż był to jego pierwszy lot. Na lotnisko przyjechał po nas wuj swoim wielkim Jeepem. Gdy dotarliśmy na miejsce na spotkanie wybiegły dzieciaki, młodszy Martin i starszy Lukas. Przywitali się z nami i zaprowadzili do naszych pokoi gościnnych. Dom mieli ogromny. Ciotka przygotowała pyszną kolację. Po posiłku Igor z Martinem pobiegli do pokojów chłopców, żeby się pobawić. Synowie ciotki, choć urodzili się w Niemczech świetnie mówią po polsku. My siedzieliśmy w salonie                  i rozmawialiśmy. W pewnym momencie przybiegł do nas Igor, trzymając w ręku jakiś drobiazg. Z podniecenia mówił tak szybko, że nie mogliśmy go wcale zrozumieć . Chwilę później do salonu wkroczył Martin, który wytłumaczył nam, że podarował Igorowi swój VTech-Kidizoom Smart Watch. Martin tłumaczył, że nasz syn był tak zafascynowany tym zegarkiem, że postanowił mu go dać. Stwierdził, że u nich w Niemczech takie zabawki elektroniczne, bo VTech-Kidizoom Smart Watch poza wskazywaniem czasu ma szereg dodatkowych funkcji, które bardziej sprowadzają go do roli zabawki niż zegarka, nie są drogie i jeszcze zdąży sobie taki kupić. Nasz syn promieniał z radości. U ciotki spędziliśmy pięć rewelacyjnych dni. Po powrocie do domu, nasz syn stwierdził, że nigdy nie rozstanie się ze swoim nowym prezentem od Martina.

czwartek, 15 października 2015

Lodowe animacje


W ubiegły weekend pojechaliśmy z synem do Warszawy na pokaz bajkowych postaci. Wyjazd ten zaplanowany był już prawie miesiąc temu. Któregoś dnia odebrałem ze szkoły Piotrka. Był bardzo pobudzony. Trzymał w dłoni ulotkę, reklamującą mający się odbyć w stolicy naszego kraju magiczny show                    z udziałem najsłynniejszych postaci z bajek. Okazało się, że tego dnia w szkole na lekcji wychowawczej, do klasy Piotra zawitał przedstawiciel firmy organizującej pokaz.  Wręczył dzieciakom ulotki, opowiedział o planie imprezy, a nawet odtworzył na projektorze krótki zwiastun programu. Dzieci były oczywiście zachwycone, rodzice zapewne troszkę mniej. Ceny wstępu na ten magiczny show przeszły nasze oczekiwania. Niestety nijak nie dało się wytłumaczyć Piotrkowi, że to strata pieniędzy. W końcu doszliśmy do kompromisu. Wycieczka do Warszawy miała być prezentem urodzinowym. Przełknąłem te kilkaset złotych i zamówiłem bilety wstępu. Do stolicy wyruszyliśmy zaraz po sobotnim obiedzie. Nie chcieliśmy się spóźnić. Podróż trwała prawie półtorej godziny. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że show przyciągnął tłumy widzów. Sądząc po numerach rejestracyjnych zaparkowanych przed wejściem samochodów, przyjechali tu ludzie z całej Polski. Była nawet ogólnopolska stacja telewizyjna. Ponieważ cała impreza miała odbyć się na tafli lodu, założyliśmy łyżwy i daliśmy ponieść się emocjom. Iluminacje świetlne, wspaniałe podłoże muzyczne, rewelacyjna choreografia i kostiumy aktorów robiły ogromne wrażenia. Po zakończonym pokazie bajkowe postacie wmieszały się w tłum dzieciaków. Piotrek oczywiście na krok nie odstępował ulubionych, bajkowych herosów, szczególnie IronMana. Przy wyjściu ustawiono stoiska z pamiątkami. Nie zdążyłem zaprotestować, a mój syn trzymał już            w dłoni zestaw puzzli Avengers. Jego błagalny wzrok nie pozostawiał mi innego wyjścia, jak zakupić to cudeńko za bagatela pięćdziesiąt złotych. Wycieczka kosztowała mnie fortunę , ale widząc entuzjazm mojego syna, uznałem, że było warto. Po powrocie do domu, pomimo późnej godziny, pierwszą rzeczą jaką zrobił Piotrek było oczywiście złożenie w całość swoich puzzli Avengers, z jego ulubionymi herosami.

środa, 14 października 2015

Impreza urodzinowa


W ubiegłą  sobotę zorganizowaliśmy  swojemu dziesięcioletniemu jedynakowi imprezę urodzinową. Planowaliśmy ten dzień uczcić w jakiejś sali zabaw albo     w pizzerii. Niestety nasz Igorek uparł się, żeby przyjęcie odbyło się w domu. Nie byliśmy z żoną tym pomysłem zachwyceni. Mieliśmy już jedno doświadczenie         z organizowaniem tego typu imprez właśnie w domu. Kilka lat temu Igor zaprosił bodajże ośmiu najlepszych kolegów. Na całe szczęście byłem wtedy       w podróży służbowej i nie miałem okazji nadzorować tego przyjęcia , ale moja małżonka ponoć włosy z głowy sobie rwała. Widziałem natomiast efekt końcowy tej imprezy, zrobiła bowiem zdjęcie i mi je wysłała. Dom został przez te brzdące wywrócony do góry nogami. Wyglądało to tak jakby tajfun przeszedł nie tylko przez pokój Igora, ale przez niemal całe mieszkanie. Wtedy żona powiedziała sobie, nigdy więcej. I rzeczywiście przez następne lata wszelkie przyjęcia organizowane były w specjalnie do tego celu stworzonych salach zabaw. Dzieci mogły dać upust swoim emocjom, wyładować ogromne pokłady energii, a mieszkanie pozostawało czyściutkie. W tym roku Igor się uparł, żeby zorganizować domówkę. Od dwóch tygodni trwały zatem w naszym domu negocjacje co do miejsca zorganizowania przyjęcia. W końcu żona uległa, ale pod jednym warunkiem, że nie zostawię jej w tym dniu samej . Igor zaprosił kolegów. Początkowo dzieciaki bawiły się całkiem spokojnie, o ile spokojną zabawą można nazwać gry na konsoli z czujnikiem ruchu. Po pewnym czasie jednak przyszło znużenie i chłopcy zaczęli  penetrować dom. Zawołałem wtedy chłopaków do salonu , położyłem na stole specjalnie na tę okazję zakupioną grę „5 sekund Junior”  i rozpoczęły się zawody, w których wygraną były bilety do kina dla trzech osób. Dostałem je w pracy, więc postanowiłem wykorzystać ten fant , gdy przyjdzie krytyczny moment imprezy. Chłopcy poddali się emocjom, jakie niosła ze sobą rozgrywka. Rywalizacja była naprawdę zacięta. W końcu gra „5 sekund Junior „ dobiegła końca, wyłoniliśmy zwycięzców i podziękowaliśmy pozostałym uczestnikom gry za doskonałą zabawę, wręczając im drobne nagrody pocieszenia. Tym razem przyjęcie urodzinowe nie zrujnowało naszego mieszkania.

poniedziałek, 12 października 2015

Farma


Niedawno wybraliśmy się z naszą wnuczką do rodziny w okolice Mikołajek. Mieszka tam mój brat Staszek z żoną Lidką i trójką dzieci : Mikołajem, Adamem i Olą. Mają ogromny dom i duże gospodarstwo. Zajmują się głównie hodowlą bydła. Zawsze podziwiałem ich pracowitość i zaangażowanie. Prowadzenie tak dużego gospodarstwa wymaga ogromnego wysiłku. Z pomocą przychodzi im najstarszy syn Mikołaj. To bardzo odpowiedzialny  młodzieniec. Od ostatniego razu, gdy byliśmy u nich w gościnie minęło dwa lata. Nasza wnuczka Martynka skończyła w tym roku sześć lat. Była więc już na tyle duża, by mogła wreszcie wybrać się z nami do rodziny. Gdy dotarliśmy na miejsce był już wieczór. Lidka zaprowadziła nas do naszych pokoi gościnnych na poddaszu i zaprosiła na pyszną kolację. Nie mogłem uwierzyć, jak szybko dorastają dzieci. Mikołaj skończył niedawno siedemnaście lat. Był już prawie dorosłym mężczyzną, wysokim i postawnym. Adam o dwa lata młodszy niemal dorównywał mu wzrostem . Najmłodsza była Ola, która niedługo będzie obchodziła swoje siódme urodziny. Nasza wnuczka Martynka nie odstępowała jej na krok, a Ola dumnie opowiadała, co dzieje się u niej na wsi. Z samego rana dziewczynki pobiegły na podwórze. Ola koniecznie chciała pokazać naszej wnuczce króliki. Zapewne, gdyby Lidka nie zawołała ich na obiad, zupełnie zapomniałyby ,że czasem też trzeba coś zjeść. Następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do Mikołajek. Zwiedzając miasteczko natrafiliśmy na sklep z zabawkami. Martynka bardzo chciała kupić sobie jakąś pamiątkę , która będzie jej przypominała o tym wyjeździe. Spośród niezliczonej ilości zabawek wybrała puzzle „Farma”. Gdy wróciliśmy do rodzinnego domu Staszka poprosiła Olę, by pomogła jej je ułożyć. Dziewczynki pobiegły do pokoju dziecięcego, a my mieliśmy okazję wreszcie spokojnie porozmawiać. Po jakimś czasie do salonu dumnie wkroczyła Ola           z Martynką niosąc ostrożnie ułożone w pudełku puzzle „Farma”. Były tak dumne, że same potrafiły złożyć w całość, bez pomocy dorosłych układankę, że nie zauważyły leżącego na dywanie psa i po paru sekundach puzzle razem             z dziewczynkami  również znalazły się na dywanie, a psiak skomląc uciekł na podwórze. Wyglądało to tak komicznie, że nie mogliśmy powstrzymać śmiechu. Z początku dziewczynki były strasznie złe, ale po chwili roześmiały się głośno        i stwierdziły, że puzzle poczekają do jutra, bo trzeba nakarmić króliki. To był wyjątkowo udany pobyt. Najbardziej z niego zadowolona była Martynka, choć przykro jej było, że musi wracać do domu.

piątek, 9 października 2015

Sobota

To miała być zwykła sobota. Z samego rana wybrałem się z moją szanowną małżonką na zakupy. Najpierw kupiliśmy świeże warzywa i owoce na pobliskim ryneczku, a później wybraliśmy się do supermarketu, celem uzupełnienia zapasów żywności. Tuż przy kasach wystawiono duże stoisko z grami planszowymi w atrakcyjnych cenach znanej marki. Pomyślałem, że warto skorzystać z okazji i kupiłem grę o nazwie „5 sekund” .Spodobał  mi się opis gry, według którego jest to gra o bardzo prostych i przejrzystych zasadach, a do tego wywołująca wiele pozytywnych emocji. Postanowiłem zatem sprawdzić czy producent aby nie przechwalił gry. Zaprosiłem więc naszych starych znajomych na małą partyjkę. Pogoda była wyśmienita, więc postanowiliśmy spędzić ten wieczór w ogrodzie. Małżonka upiekła pyszne ciasto ze śliwkami,    a Mieczysław, mój przyjaciel przyniósł moją ulubioną nalewkę z owoców leśnych własnej produkcji. Na dużym ogrodowym stole rozłożyłem planszę gry „5 sekund” i przystąpiliśmy do zabawy. Rzeczywiście była to doskonała rozrywka. Emocje towarzyszące zabawie były ogromne. Zasady gry są niezwykle proste. Losuje się karteczki z pytaniem polegającym na wymienieniu trzech rzeczy w czasie 5 sekund. Czas odmierza bardzo ciekawe urządzenie, skonstruowane na podobieństwo klepsydry wydającej dźwięk, który dodaje uroku i adrenaliny. Pytania są zróżnicowane, zaczynając od bardzo prostych jak na przykład polegające na wymienieniu trzech rzeczy koloru żółtego po takie, które wymagają dużej wiedzy. Są tu też pytania wymagające kreatywności oraz takie z życia wzięte. Okazuje się w pewnym momencie gry, że osoby , które posiadają dużą wiedzę książkową, odpadają na pytaniach wręcz banalnych. Gra posiada bardzo proste zasady, ale okrojony czas pięciu sekund na udzielenie odpowiedzi, jak również nietypowość pytania powoduje u każdego z graczy  lekki stres. Gra „5 sekund” ma jeszcze jeden dodatkowy atut, bowiem ilość pytań jest tak duża, że są naprawdę niewielkie szanse na powtórzenie któregoś    z nich. Naszą rozrywkę skończyliśmy w  bardzo późnych godzinach wieczornych w wyjątkowo dobrych nastrojach.