poniedziałek, 31 lipca 2017

Okazja


Kilka dni temu wybraliśmy się całą rodzinką na większe zakupy do ogromnego centrum handlowego. W planach mieliśmy odświeżenie swojej garderoby.  Wszyscy liczyli na jakieś wyjątkowe okazje. Niestety , tak, jak przypuszczałem, najmłodszy uczestnik wyprawy Maciuś, był wielce niezadowolony z tego pomysłu. Nie znosił robienia zakupów, zwłaszcza, w sklepach odzieżowych. Zanim wyjechaliśmy musiałem  go jakoś przekupić i obiecałem mu zakup nowej gry. Wiedziałem, że jest to jedyna metoda, dzięki której da się namówić na wielogodzinne zwiedzanie centrum handlowego. Zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy w drogę . Mieszkamy w niewielkiej miejscowości i  do obranego punktu mieliśmy do pokonania niemal sto kilometrów. Na miejsce dotarliśmy przed południem. Nie obyło się oczywiście bez wizyty w McDonaldzie. Gdy Maciek Nasycił już swój głód udaliśmy się na łowy. Sklepy przyciągały wielkimi napisami „okazje i obniżki”. Podzieliliśmy się na dwie grupy, by wzajemnie się nie blokować. Małżonka z córką oblegały sklepy z odzieżą damską, a ja z Maciusiem podążyliśmy w zupełnie przeciwnym kierunku. To czego najpilniej potrzebowałem udało mi się kupić w atrakcyjnych cenach w zaledwie godzinkę. Dziewczynom musieliśmy dać dużo więcej czasu. Wjechaliśmy z Maciusiem na kolejno piętro. Uwagę jego od razu przykuł wielki plakat obwieszczający o likwidacji sklepu z zabawkami. Nie było wyjścia. W końcu zakup zabawki był jedną z obietnic jaką przed wyjazdem dałem synowi. Przekroczyliśmy próg sklepu. Maciek podekscytowany nie mógł zdecydować się jaką grę wybrać. Ceny rzeczywiście były wyjątkowo okazyjne. W końcu wybór padł na Puzzle Dwie Strony Mocy. Zadowolony z nowego nabytku, chciał jak najszybciej wrócić do domu, by móc pobawić się grą. Na to jednak musiał jednak jeszcze poczekać. Zadzwoniłem do małżonki, by spytać, jak idzie im robienie  zakupów. Poprosiła o dodatkową godzinkę czasu. Westchnąłem ciężko i spojrzałem na Maćka. Nie był zadowolony. Zabrałem go do lodziarni . Tam przy stoliku oglądaliśmy nowe Puzzle Dwie Strony Mocy, czekając aż podadzą nam pucharki lodów. Na całe szczęście zanim wyszliśmy z lodziarni zadzwoniła moja małżonka i oznajmiła, że zakończyła swoje łowy. Można było wracać do domu.

 

czwartek, 27 lipca 2017

Park iluzji


Zbliżał się długi weekend. Długo zastanawiałem się, jak aktywnie wykorzystać tych kilka wolnych dni. Najbardziej zależało mi na takim rodzaju wypoczynku , który zapewniłby rozrywkę mojemu wnukowi. Dawid miał bowiem zostać u nas, podczas gdy rodzice wybierali się ze znajomymi w góry. Raz do roku umawiali się ze starą, zgraną ekipą i przemierzali szlaki górskie. Dawidek był jeszcze za mały, by mógł im towarzyszyć. Z tego właśnie powodu zawsze  przyjeżdżał do nas, a ja starałem się organizować jakiś ciekawy wyjazd, a to do ogrodu zoologicznego, a to do lunaparku. W tym roku nie miałem żadnego konkretnego planu. Postanowiłem skorzystać z pomocy internetu. Moje poszukiwania w końcu przyniosły efekt. Wybór padł na Park Iluzji, który znajdował się kilkadziesiąt kilometrów od stolicy. Przejrzałem ofertę i bardzo spodobał mi się  ten pomysł. Zarezerwowałem bilety i już kilka dni później byliśmy w drodze. Dawidowi oczywiście nie powiedziałem, gdzie jedziemy. Nasze wspólne wypady pozostają niespodzianką. Wnuczek był podekscytowany. Gdy dojechaliśmy na miejsce oczom naszym ukazała się latająca chata Tajemnic. Dawid był zaskoczony. Ja też musiałem przyznać, że było to wyjątkowo magiczne miejsce. Ogrom atrakcji, pokazy iluzjonistów, świat w skali makro, wszystko to razem robiło ogromne wrażenie na zwiedzających. Nie brakło oczywiście punktów gastronomicznych i sklepików z pamiątkami i zabawkami. Na jednym ze stoisk Dawid kupił sobie Bańki Mydlane. Był zachwycony parkiem. Po kilku godzinach zwiedzania w końcu postanowiliśmy zjeść jakiś treściwy posiłek. Z trudem przekonaliśmy wnuczka, że musi się posilić. Był w swoim żywiole i ciężko go było odciągnąć od lewitującego kranu czy też bajkowego pałacu cieni. Wszystkie atrakcje oczywiście uwieczniliśmy na fotografiach, a niektóre z nich przesłaliśmy rodzicom Dawida, by mogli zobaczyć, jaką wycieczkę zaplanowaliśmy dla synka. Powolutku zbliżał się koniec naszej przygody. Park pustoszał. My także postanowiliśmy wracać do domu, choć Dawid najchętniej zostałby tam jeszcze kilka godzin. Całą drogę powrotną bawił się Bańkami Mydlanymi.Gdy dotarliśmy na miejsce wnuczek stwierdził, że to była najfajniesza przygoda, jaką w życiu przeżył. Byłem usatysfakcjonowany.

 

wtorek, 25 lipca 2017

Szkolenie


Niedawno razem z kilkoma swoimi współpracownikami uczestniczyłem                             w kilkudniowym szkoleniu wyjazdowym. Zorganizowane ono zostało w malowniczo położonej górskiej miejscowości. Cieszyliśmy się wszyscy, albowiem rzadko kiedy zdarza się , żeby nasza firma wysyła swoich pracowników na tak długie dokształcanie. Tym razem jednak nasz dział  przejmował bardzo istotny pod względem strategicznym i ekonomicznym projekt, który wymagał zdobycia nowych umiejętności i wiedzy. Wyznaczono więc delegację , która po przeszkoleniu, będzie mogła przekazać najistotniejsze informacje pozostałej załodze. Na miejsce pojechaliśmy samochodem służbowym. Hotel , w którym nas zakwaterowano spełniał najwyższe standardy europejskie. Następnego dnia z samego rana na sali konferencyjnej rozpoczęło się szkolenie. Prowadzone było przez najwyższej klasy specjalistów , więc mogliśmy liczyć na profesjonalne i rzeczowe  podejście do tematu. Po trzech godzinach wykładów teoretycznych, prowadzone były ćwiczenia i warsztaty. Te jednak trwały na szczęście troszkę krócej. Potem mieliśmy czas wolny, który postanowiliśmy wykorzystać, by zwiedzić miasteczko. Oczywiście należało najpierw się posilić. Wybraliśmy się do eleganckiej restauracji, a zaraz potem ruszyliśmy na Stary Rynek. Podążając malowniczymi uliczkami, przystanąłem na chwilę przy sklepowej witrynie sklepu z zabawkami i pomyślałem o wnuczce, która z pewnością odwiedzi mnie, gdy tylko wrócę do domu. Uprzejma sprzedawczyni doradziła mi zakup zestawu naukowego Warsztacik Kryształków. Zadowolony z upominku dogoniłem kolegów. Starówka tętniła życiem. W końcu można było się zrelaksować. Usiedliśmy pod parasolami  z kuflami schłodzonego piwa i obserwowaliśmy występy okolicznych artystów.  Tych kilka dni minęło nam bardzo szybko. Wróciliśmy do domów bogatsi o nową wiedzę i doświadczenie, ale również wypoczęci i zadowoleni. Następnego dnia , tak jak się spodziewałem odwiedziła mnie moja ukochana wnusia Alicja. Ucieszyła się na mój widok i rzuciła na szyję.  Szybciutko wyciągnąłem z szafy prezent. Poprosiłem ją o zamknięcie oczu, a gdy je otworzyła na jej twarzyczce pojawił się szeroki uśmiech. Warsztacik Kryształków okazał się strzałem w dziesiątkę. Ala skakała z radości i obsypała mnie całusami, po czym dodała, że jestem najukochańszym dziadkiem na świecie.

piątek, 21 lipca 2017

Biwak pod namiotami


Długo zastanawialiśmy się ze znajomymi nad tym , jaki rodzaj i miejsce wypoczynku wybrać podczas naszego wspólnego letniego urlopu. Mamy dzieciaki w podobnym wieku i przyjaźnimy się od kilkunastu lat.  Co roku spędzamy go razem. Ostatnim razem byliśmy nad naszym ojczystym morzem. Był to bardzo udany wyjazd. Tym razem Maciek, mój przyjaciel zaproponował spędzenie urlopu pod namiotami. Tak jak się spodziewałem, przeciwne temu pomysłowi były nasze małżonki. Postanowiliśmy zrobić głosowanie. Spotkaliśmy się pewnego wieczoru i raz jeszcze przedstawiliśmy naszą propozycję, tym razem jednak Maciek bardzo szczegółowo i profesjonalnie się do tego przygotował. Dzieciaki były wniebowzięte, więc głosy rozłożyły się w przewadze sześć do dwóch, aczkolwiek argumentacja Maćka była tak dobrze przygotowana, że nasze panie powolutku zaczęły zmieniać zdanie. Nadszedł wreszcie moment wyjazdu. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Dzieciaki pakowały ostatnie rzeczy. Piotrek, mój najmłodszy syn na krok nie ruszał się                 z domu bez swojej ulubionej zabawki Vtech            `Wywrotka Małego Budowniczego. W końcu mogliśmy wyruszyć. Celem naszej wyprawy były urocze Mazury. Postanowiliśmy zatrzymać się w pobliżu Mikołajek. Na miejsce dotarliśmy po czterech godzinach jazdy i od razu zabraliśmy się za rozbijanie naszej bazy noclegowej. Zajęło nam to sporo czasu i kosztowało wiele wysiłku. Po dwóch godzinach walki , namioty były w pełni gotowe do zasiedlenia. Postanowiliśmy zjeść jakiś treściwy posiłek w niedaleko położonej knajpce. Gdy wróciliśmy na miejsce można wreszcie było odpocząć po męczącym dniu. Tylko nasze dzieciaki miały niesamowite pokłady energii. Ukryły się w jednym z namiotów               i bawiły się w najlepsze zabawką Piotrusia Vtech    `Wywrotka Małego Budowniczego Nasłuchując emocjonującej rozgrywki naszych pociech, zapadłem w drzemkę. Nie trwała ona wprawdzie zbyt długo, bo już po niespełna godzince w moim namiocie pojawiły się moje dzieciaki i próbowały przeforsować wycieczkę do Mikołajek. Zbliżał się jednak wieczór, więc musiałem odmówić, ale obiecałem, że następnego dnia z samego rana, wszyscy razem wybierzemy się na zwiedzanie tego malowniczego miasteczka.

wtorek, 18 lipca 2017

Zguba


W ubiegłą sobotę opiekowałem się moim ośmioletnim wnukiem Dawidem. Córka przywiozła go z samego rana i miała odebrać dopiero późnym wieczorem. Pomyślałem, że warto by było spędzić ten czas na świeżym powietrzu. Zapowiadał się piękny, słoneczny dzień. Po dłuższym namyśle zaproponowałem wycieczkę nad wodę. Niedaleko mojej miejscowości znajduje się ogromny zbiornik wodny. Są tam piaszczyste plaże, małe knajpki z jedzeniem, lodziarnie i kawiarenki. Dawidkowi spodobał się ten pomysł. Gdy dotarliśmy na miejsce, kupiliśmy sobie lody i poszliśmy na spacer. Na delikatnej tafli wody, powolutku dryfowały łódki. Kilkanaście metrów dalej znajdowała się wypożyczalnia rowerków wodnych. Postanowiłem zrobić maluchowi niespodziankę i już po chwili odbijaliśmy od brzegu. Dawid był przeszczęśliwy. Mnie również bardzo podobała się nasza wyprawa. Pogoda była idealna. Słoneczko mocno przygrzewało i wiał delikatny wietrzyk. Niestety czas szybko płynął i nadszedł czas powrotu. Gdy dobiliśmy do brzegu, zauważyłem pod siedzeniem niewielki plecaczek. Otworzyłem go i zajrzałem do środka. Z jego zawartości wnioskowałem, że należał z pewnością do jakiegoś malucha. Był tam mały samochodzik, buteleczka z piciem i Auto Safari. Zrobiło mi się przykro, bo z pewnością jakieś dziecko przeżywało swoją stratę . Raz jeszcze dokładnie obejrzałem plecak . Pod kieszonką znalazłem metkę, na której widniał napis : Kamilek i  numer telefonu. Bez wahania wybrałem numer. Nie odpowiadał. Pomyślałem ,że będę co kilka minut próbował się dodzwonić, a w międzyczasie udaliśmy się z Dawidkiem na pyszną pizzę. W pewnym momencie rozległ się dźwięk mojego telefonu. Na jego ekranie pojawił się numer z plecaczka. Odebrałem i przedstawiłem się .Po drugiej stronie słuchawki rozbrzmiewał głos kobiecy. Szybciutko wyjaśniłem rozmówczyni całą sytuację. Była zaskoczona, ale i szczęśliwa. Plecaczek należał do synka Kamilka, który po powrocie do domu zauważył jego brak. Najbardziej jednak przeżywał utratę swojego ulubionego Auta Safari. Umówiłem się z mamą malucha przy wypożyczalni rowerków. Po dwudziestu minutach zjawiła się w wyznaczonym miejscu ze swoim synkiem, który w podziękowaniach wręczył mi dużą czekoladę. Byłem zadowolony, że mogłem uszczęśliwić  malucha.

piątek, 14 lipca 2017

Targi myśliwskie


Niedawno wybrałem się razem z synem i dziesięcioletnim wnuczkiem Igorem  do Warszawy na Hubertusexpo, czyli targi myśliwskie. To największa tego typu impreza organizowana w naszym kraju. Nasza rodzina od kilku pokoleń pasjonuje się łowiectwem w najczystszej postaci, zgodnie z zasadami etyki łowieckiej. Syn ukończył szkołą leśną i choć nie pracuje                   w nadleśnictwie to jednak jego zamiłowanie do lasu jest ogromne. Również wnuczek powolutku coraz bardziej interesuje się tą dziedziną i każdą wolną chwilę spędza z tatą w gaju. Najbardziej lubi pomagać w pracach takich jak przygotowywanie paśników dla zwierzyny czyli zawek. Postanowiliśmy więc zabrać Igora by pokazać mu jak wyglądają takie targi. Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że zainteresowanie jest ogromne. Pośrodku ogromnej hali usytuowana była scena, na której odbywały się konkursy z wiedzy łowieckiej. Prowadził je redaktor popularnego programu telewizyjnego „ Darz Bór”. Przystanęliśmy na chwilę, by zobaczyć co dzieje się na scenie. Właśnie ogłoszono rozpoczęcie kolejnego konkursu, tym razem wabienia zwierzyny. Prowadzący poprosił chętnych do wzięcia udziału w konkurencji o podniesienie ręki. Ku mojemu zaskoczeniu zgłosił się mój wnuczek i bez cienia jakiejkolwiek tremy odważnie wkroczył na scenę. Zawodnicy byli w różnym wieku. Dopingowaliśmy go mocno. Igor zajął trzecie miejsce i otrzymał nagrodę w postaci wabika na lisa                        i dodatek dla  najmłodszego uczestnika grę planszową ” Grzybobranie w Zielonym Gaju”. To był jednak dopiero początek zabawy. Igor zmotywowany upominkami brał udział niemalże w każdym konkursie. Wszystko postanowiłem uwiecznić na zdjęciach. Niektóre zdobyte przez niego nagrody były związane z myślistwem, inne nie. Obładowany torbami z nagrodami uprosił mnie  jeszcze   o zakupienie wymarzonego kapelusza. W drodze powrotnej do domu był tak podekscytowany, że z trudem mu było opanować emocje. Obdzwonił chyba całą rodzinę, by opowiedzieć o wydarzeniach z targów. W domu rozpoczęło się odpakowywanie zdobyczy. Wszystkie upominki trafiły na honorową półeczkę w pokoiku Igora, poza „Grzybobraniem w Zielonym Gaju”. Ten podarunek postanowił  przetestować następnego dnia ze swoim najlepszym kolegą z podwórka

środa, 12 lipca 2017

Moja Zośka


Kilka dni temu zupełnie przez przypadek miałem okazję zwiedzić naszą nową galerię handlową. Jej budowa rozpoczęła się niemal dwa lata temu i większość mieszkańców nie mogła doczekać się jej otwarcia z jednego przede wszystkim powodu. Miało w niej powstać nowoczesne kino, którego w naszym małym miasteczku jeszcze  nie mieliśmy. Na otwarcie galerii przybyły ponoć tłumy. Ja osobiście wolałem odczekać kilka dni a nawet tygodni, jeżeli byłoby to koniecznie, by nie przepychać się między ludźmi. W każdym razie niedawno córka poprosiła mnie o poradę w kwestii zakupu prezentu urodzinowego dla zięcia w postaci sprzętu wędkarskiego. Sklep znajdował się akurat w nowej galerii. Miałem więc wreszcie okazję zobaczyć, co się w niej kryje. Sam osobiście nie lubię dużych centrów handlowych, ponieważ po prostu zaczynam się w nich gubić. Nasza galeria była stosunkowo nieduża i przestronna. Poszliśmy po prezent dla zięcia. W sklepie spędziliśmy niemal czterdzieści minut. Po zakupieniu upominku postanowiliśmy się przejść i sprawdzić, jakie punkty handlowe tu powstały. W pewnym momencie przechodząc obok witryny sklepu z zabawkami w oczy rzuciło mi się kolorowe pudełko z ulubioną postacią serialu mojej wnuczki Zosi. Zatrzymałem się na chwilkę, by bliżej przyjrzeć się produktowi. Był to Mikrofon Soy Luna. Zaciekawiło mnie to i wszedłem do środka, by podpytać panią ekspedientkę o szczegóły zabawki. Zośka uwielbia śpiewać i wychodzi jej to całkiem nieźle, więc taki  mikrofon z pewnością bardzo by ją ucieszył. Dodatkowo odtwarzał piosenkę z serialu Soy Luna, którą w kółko nuci pod nosem wnuczka. Z zakupu upominku nie była zadowolona moja córka, bo stwierdziła, że Zośce od nadmiaru dziadkowych prezencików            w końcu się w głowie poprzewraca. Ja jednak postawiłem na swoim                            i poprosiłem sprzedawczynię o zapakowanie Mikrofonu Soy Luna. Pokręciliśmy się jeszcze chwilę po galerii i wróciliśmy do domu. Po cichutku wszedłem do pokoju Zośki. Leżała na łóżku i słuchała muzyki. Położyłem jej prezent na biurku i wyszedłem. Gdy zorientowała się w sytuacji wpadła do ogrodu, gdzie odpoczywałem i mocno mnie uściskała.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Piknik rodzinny


Miesiąc temu na zebraniu klasowym mojego syna wychowawca klasy poinformował wszystkich o mającym odbyć się na terenie szkoły pikniku rodzinnym. Każda klasa miała zaprezentować kilka pomysłów, dzięki którym będzie można zebrać pieniądze na nowe nagłośnienie dla szkoły. Dyskusji nie było końca. Wreszcie wszyscy wspólnie postanowiliśmy, że chętne mamy upieką pyszne ciasta i przygotują schłodzoną lemoniadę. Fajnym pomysłem był też konkursy przeciągania liny i skoki w workach. Wszystko było zaplanowane. Piknik miał odbyć się w połowie czerwca na boisku szkolnym  . Tego dnia pogoda była wyjątkowo przyjazna imprezom plenerowym .  Olek, , mój syn, nie mógł się doczekać. Na piknik dotarliśmy pół godziny przed czasem. Trwały przygotowania do tego wydarzenia. Mamy z wypiekami przygotowywały stoiska. Nie brakło również tradycyjnej grochówki czy bigosu dla wygłodniałych. Wyjątkową atrakcją dla najmłodszych okazały się wozy policyjne i strażackie. Jednak największą furorę robiła loteria fantowa. Los kosztował pięć złotych i każdy jeden wygrywał. Kolejka chętnych była wyjątkowo długa, jednak Olek uparł się i musieliśmy niestety odstać swoje. Tuż przed nami kolega z klasy syna wylosował lalkę, a jego mina mówiła sama za siebie. Olek nie mógł powstrzymać się od śmiechu. W końcu nadszedł moment losowania . Gdy podawano mu jego wygraną Olek na chwilę zamknął oczy, a po chwili podskoczył z radości do góry. Okazało się bowiem , że trafiły mi się Bańki mydlane. Był przeszczęśliwy. Udaliśmy się w końcu do kącika kulinarnego, by skosztować wypieków. Olek zażyczył sobie ciasteczka z wróżbą i lemoniadę, a ja skusiłem się na apetycznie wyglądający sernik i kawę. Chwilę później strażacy postanowili zrobić dzieciakom niespodziankę i skąpali wszystkich w pianie. Radości nie było końca. Gdy wróciliśmy do domu Olek był tak zmęczony, że gdy tylko przyłożył głowę do poduszki od razu zasnął. Ja również zaraz po nim usnąłem . Następnego dnia rano obudził mnie skoro świt . Dookoła unosiły się urocze bąbelki z jego nowych Baniek Mydlanych.               

piątek, 7 lipca 2017

Zakończenie roku szkolnego


Ostatnie dni w szkole należały do bardzo pracowitych. Zanim wystawiono oceny roczne uczniowie jeden przez drugiego próbowali podciągnąć się z tych przedmiotów, co do których zachodziła wątpliwość jaki stopień wystawić. W końcu można było odetchnąć. Wielkimi krokami zbliżało się zakończenie roku szkolnego. Obiecałem swojemu wnuczkowi  Piotrusiowi prezent za dobre świadectwo, a on przyrzekł, że zrobi wszystko, żebym mógł byd z niego dumny. Rzeczywiście, należało przyznać, że starał się jak tylko mógł. Nie miałem wprawdzie żadnych wątpliwości, że przyniesie mi świadectwo z czerwonym paskiem. Zawsze był bardzo pilnym i zdolnym uczniem i nigdy nie było z nim żadnych kłopotów. Nadszedł w końcu długo wyczekiwany przez wszystkie dzieciaki moment. Tego dnia cierpliwe czekałem na wizytę Piotrusia. Przybiegł zaraz po rozdaniu świadectw.  Dumnie pokazał mi swoje  ciężko wypracowane oceny. Uściskałem go mocno i zabrałem do centrum handlowego. Zgodnie z umową mógł wybrać sobie nagrodę.  Wspólnie przemierzaliśmy alejki pomiędzy sklepowymi półkami z zabawkami. W końcu przy jednej z nich Piotruś przystanął i sięgnął po grę komputerową oraz puzzle wie Strony Mocy Stanowczo stwierdził, że to jest to czego szukał.  Bez chwili namysłu udaliśmy się do kasy , a po wyjściu ze sklepu poszliśmy na najlepsze lody w naszym mieście. Piotruś był szczęśliwy, a ja niezmiernie dumny ze swojego wnuka.  Spędziliśmy razem całe popołudnie.  To był wyjątkowy dzień. Po powrocie do domu, postanowiliśmy wspólnie przyjrzeć się nowej układance Puzzle Dwie Strony Mocy. Małżonka upiekła pyszne ciasto z truskawkami i borówkami. Piotruś je uwielbiał. Późnym popołudniem  przyjechała po wnuczka moja córka. Od progu  pochwalił się swoim prezentem ode mnie. Mama bardzo mocno go uściskała i oznajmiła uroczyście, że w nagrodę za bardzo dobre świadectwo, zdecydowali z zięciem, że dostanie nowego laptopa. Radości nie było końca. Piotrek był tak podekscytowany, że najchętniej od razu pojechałby z rodzicami do sklepu elektronicznego. Na całe szczęście godzina była już dość późna, więc wnuczek musiał cierpliwie  poczekać do następnego  dnia.

wtorek, 4 lipca 2017

Kapryśna pogoda


Kilka dni temu pod koniec tygodnia moja małżonka całkiem niespodziewanie oznajmiła , że chciałaby zrobić nam niespodziankę i wyciągnęła z torebki potwierdzenie rezerwacji dwudniowego pobytu w Zakopanem. Było  to tak zaskakujące, że oniemiałem. Przez chwilę nie mogłem wydusić z siebie słowa w przeciwieństwie do naszego synka, który biegał, skakał i piszczał z radości. W pierwszej sekundzie nasunęła mi się myśl , skąd ona wzięła na to pieniądze. Moja mina była widocznie tak dziwaczna, że na jej widok oboje z synem wybuchnęli śmiechem. W końcu małżonka wytłumaczyła , że w zeszłym tygodniu otrzymała nagrodę za zaangażowanie w przygotowaniu nowego projektu, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Właściwie uznałem , że to bardzo ładnie z jej strony, że otrzymane pieniążki przeznaczyła na wypoczynek całej naszej rodzinki. Rozpoczęły się błyskawiczne przygotowania do wyjazdu. Następnego dnia byliśmy w drodze do Zakopanego. Najbardziej zadowolony z wyjazdu był nasz Wiktorek. Cały dzień poprzedzający nasz wyjazd pakował i rozpakowywał swój plecaczek. Nie mógł biedny się zdecydować, którą zabawkę ze sobą zabrać . W końcu stanęło na Auto Safari .Za oknami naszego auta powoli zaczął zmieniać się krajobraz. Widoki były przepiękne. Gdy dotarliśmy na miejsce, była prawie godzina  dziesiąta. Niestety zakwaterować się mogliśmy dopiero od godziny dwunastej. Postanowiliśmy zatem wykorzystać te dwie godzinki i ruszyliśmy na Krupówki. Pogoda sprzyjała spacerom. Uliczny artysta zachęcał do sportretowania turystów. Wiktorek oczywiście nie mógł przepuścić takiej okazji. Miał przy tym wiele frajdy . Portret był rewelacyjny. Zapłaciliśmy rysownikowi i postanowiliśmy wrócić do pensjonatu, żeby się zakwaterować . Dochodziła godzina dwunasta. Pokoik był przestronny i przytulny. W  pewnym momencie niebo przesłoniły ciężkie chmury i zaczął padać deszcz. Byliśmy niepocieszeni. Zostaliśmy uziemieni. Powoli zaczęła dopadać nas nuda. Najbardziej marudny był Wiktorek. Przypomniało mi się ,że synek zabrał ze sobą swoje ulubione Auto Safari. To był dobry patent, by przetrwać ulewę. Na całe szczęście nie trwała ona długo i do końca naszego pobytu kapryśna pogoda nie spłatała nam już żadnego psikusa.