wtorek, 31 października 2017

Upominek


Jakiś czas temu nasza wspólna koleżanka z pracy oświadczyła, że spodziewa się dziecka. Dla  wszystkich było o tyle duże zaskoczenie, że Renata miała już czterdzieści lat i dwójkę dużo starszych dzieci. Cieszyła się jednak bardzo, a my razem z nią . Renatka pracowała z nami od ponad piętnastu lat i była bardzo lubiana przez wszystkich. Zawsze uśmiechnięta, żywiołowa i pomocna. Nie sposób jej było nie lubić. Została z nami do piątego miesiąca ciąży i z uwagi na złe samopoczucie musiała na razie opuścić naszą załogę. Na czas ciąży                      i pierwszych miesięcy życia małej Alicji wyprowadziła się do mamy, ponieważ jej mąż Zbyszek pracował za granicą i wracał do domu tylko na kilka dni, raz                   w miesiącu. Dzwoniła jednak do nas i opowiadała , co ciekawego dzieje się                  u niej. Przysyłała również zdjęcia malutkiej. Okazało się jednak, że Renatka wraca niebawem w swoje rodzinne strony, ponieważ mężowi skończył się kontrakt za granicą i wracał na stałe do kraju. Miała nas odwiedzić ze swoją pociechą .To była fajna wiadomość. Podsunąłem zatem reszcie naszej załogi pomysł zakupu jakiegoś niewielkiego upominku dla ślicznej Alicji. Zrobiliśmy zbiórkę pieniążków. Zakupem odpowiedniego prezentu miała zająć się Klaudia, nasza młodsza koleżanka, która obecnie wychowywała czteroletnią Majkę, więc najlepiej z nas wszystkich znała temat. Kilka dni później przyniosła do pracy zakupiony upominek. Była to śliczna sukieneczka i liczydło dla najmłodszych 1,2,3 Liczysz Ty. Zapakowaliśmy prezent. Renatka zawitała do nas ze swoją księżniczką kilka dni temu. Wyglądała kwitnąco. Widać było, że macierzyństwo jej służy. Córeczka natomiast była prześliczna, miała śniadą cerę, kruczoczarne włoski i czarne oczy. Lustrzane odbicie Renatki. Wręczyliśmy na ręce mamy upominek dla Alicji. Była mocno zaskoczona i gorąco podziękowała, po czym oświadczyła, że za kilka miesięcy ma zamiar wrócić do pracy. Przyjęliśmy tą wiadomość z wielkim entuzjazmem, bo troszkę nam brakowało naszej wesołej i energicznej  Renatki. Następnego dnia przysłała zdjęcie Alicji z nową zabawką 1,2,3 Liczysz ty.

piątek, 27 października 2017

Zguba


Kilka dni temu mój młodszy wnuczek Piotruś pojechał na wycieczkę do zoo ze

swoją grupą przedszkolną. Pogoda była wspaniała. Wprawdzie  o tej porze roku temperatury nie były już tak wysokie, ale słoneczko przyjemnie przygrzewało. Pojechałem do córki, by zawieźć malucha na zbiórkę w wyznaczone przez organizatorów miejsce. Piotruś był bardzo podekscytowany. Była to jego pierwsza tego typu wycieczka wyjazdowa. Ubrany był adekwatnie do panującej na zewnątrz pogody, na plecach miał mały plecaczek z prowiantem na drogę.    W ręku trzymał karty Fisher-Price-gra Piotruś, które dostał ode mnie kilka dni temu. Pojechaliśmy na parking, na którym miała odbyć się zbiórka. Autokar przyjechał przed czasem. Za chwilę również pojawił się patrol policyjny. Funkcjonariusze sprawdzili stan techniczny pojazdu i gdy wszystko było dopięte na ostatni guzik, dzieci zaczęły wsiadać do autobusu. Piotruś usiadł ze swoim ulubionym kolegą, zaraz przy oknie i machał mi, dopóki nie odjechali. Powrót przewidziany był na godzinę siedemnastą. Cały dzień zastanawiałem się, czy wnuczek dobrze bawi się na wycieczce i czy nic złego się nie wydarzyło. Przyjechałem na parking o wyznaczonej godzinie i razem z pozostałymi rodzicami i dziadkami oczekiwaliśmy przyjazdu autokaru. Troszkę to trwało, bowiem wycieczka nieco się przedłużyła i mieli godzinne opóźnienie. W końcu na horyzoncie pojawił się wyczekiwany przez wszystkich zebranych autobus. Gdy zaparkował, drzwi pojazdu otworzyły i dzieci kolejno zaczęły wysiadać. Piotruś był ostatni. Wysiadł ze skwaszoną miną i czerwonymi od płaczu oczyma. Wystraszyłem się nie na żarty. Na całe szczęście okazało się, że nic poważnego się nie stało. Opiekunka poinformowała mnie, że Piotruś zgubił swoje ulubione karty Fisher-Price-gra Piotruś i stąd jego zły humor. Zabrałem wnuczka do samochodu i powiedziałem ,żeby się nie martwił, bo nic strasznego się nie stało. Podjechaliśmy do sklepu i kupiłem maluchowi takie same karty. Piotruś od razu rozpromieniał i obiecał, że następnym razem będzie ich pilnował.                  W drodze do domu opowiedział mi o wycieczce, z której był bardzo zadowolony.

wtorek, 24 października 2017

Nasz Alanek


Kilka lat temu moja jedyna córka wyszła za mąż. Układało im się z mężem całkiem nieźle. Oboje mieli dobrą pracę. Po niedługim czasie kupili też piękny dom. Do szczęścia brakowało  im tylko potomka. Okazało się jednak, że Ala miała problemy z zajściem w ciążę. Zaczęły się wycieczki po lekarzach i badania. Martwiło nas to bardzo, bowiem Alicja zaczęła popadać w depresję. Trzy lata temu, małżonka zaproponowała Ali uczestnictwo w pielgrzymce. Zawsze byliśmy rodziną bardzo religijną, więc córka zdecydowała się ,że pójdzie. Całą drogę modliła się o dziecko, ale z drugiej strony pielgrzymka ta dała jej też troszkę spokoju psychicznego i odpoczynku od codziennych obowiązków              i zmartwień. Ku naszemu zaskoczeniu w dwa miesiące po wyprawie na Jasna Górę, zadzwonił telefon. To była Alicja. Była zapłakana. Początkowo nie mogłem jej zrozumieć, ale gdy tylko się uspokoiła, dotarła do nas szczęśliwa nowina. Ala spodziewała się dziecka. To był cud. Alan urodził się  cały i zdrowy dwa lata temu. Był naszym oczkiem w głowie. Rozwijał się wspaniale. Mieliśmy go niemal na co dzień, gdyż Ala wróciła do pracy, a małym zajmowała się moja małżonka. Raz w miesiącu kupowałem maluchowi jakąś nową zabaweczkę. Córka nie lubiła, gdy tak rozpieszczałem wnuczka. Kilka dni temu zobaczyłem             w sklepie fantastyczną zabawkę edukacyjną A,B,C Czytać chcę i od razu pomyślałem o wnuczku. Wprawdzie zaledwie dwa tygodnie temu dostał ode mnie nowy upominek, ale pomyślałem ,że to nie tyle zabawka co narzędzie, będące początkiem przygody z nauką liter i cyferek. Nie zastanawiając się zbyt długo, kupiłem prezent i zadowolony wróciłem do domu. Tego dnia Ala przyjechała po wnuczka troszkę wcześniej. Starałem  się wejść do domu niezauważony, ale niestety mi się to nie udało. Córka od razu, wyczuła co się dzieje i skarciła mnie wzrokiem. Odpakowałem zatem zabawkę A,B,C Czytać Chcę i powiedziałem stanowczo, że będę uczył Alana cyferek i liter. Córka westchnęła głęboko i pominęła to dłuższym milczeniem, a ja zabrałem Alanka do pokoiku, by pokazać mu nową zabawkę.

piątek, 20 października 2017

Małe modnisie


Niedawno mieliśmy z małżonką na kilka dni pod opiekę naszą ośmioletnią wnuczkę Olę. Moja córka z zięciem wyjechali, jak co roku, ze swoimi starymi znajomymi w góry. Olunia bardzo lubiła nas odwiedzać. Mieszkaliśmy na wsi             i prowadziliśmy niewielkie gospodarstwo. Hodowaliśmy też króliki, które Ola wprost uwielbiała. Mogłaby całymi dniami się nimi zajmować. Poza tym                      w sąsiedztwie mieszkała dziewczynka w tym samym wieku co Ola. Za każdym razem , gdy przyjeżdżała do nas wnuczka, dziewczynki nie mogły się rozstać                              i bawiły się w najlepsze. Ada , bo tak miała na imię nasza sąsiadeczka na wieść  o przyjeździe Oli postanowiła upiec razem z mamą pyszny placek                                    z truskawkami. Wnuczkę rodzice przywieźli w piątkowe popołudnie . Miała zostać u nas do środy. |Gdy tylko córka z zięciem zajechali pod dom, czekała tam na nich również Ada ze świeżo upieczonym ciastem. Zaprosiliśmy więc małą sąsiadkę do siebie. Dziewczynki wpadły sobie w ramiona. To było przeurocze przywitanie. Ola była tak pochłonięta rozmową z Adą , że nawet nie zauważyła, kiedy odjechali jej rodzice. Niestety zbliżał się już późny wieczór                i należało kłaść się spać. Następnego dnia z samego rana Ola wyjęła z plecaka swój nowy nabytek Wrotkarski Zestaw Make-up Soy Luna i pobiegła do Ady. Około południa postanowiłem sprawdzić co się dzieje u sąsiadów. Dziewczynki bawiły się w najlepsze. Przebierały się w sukienki, zakładały pantofelki i korale             i robiły sobie makijaż. Wyglądały jak małe modnisie. Postanowiłem uwiecznić to na zdjęciu. Z trudem jednak przekonałem Olę, by wróciła na chwilę  do domu, zjeść obiad, który właśnie przygotowała jej babcia. Po posiłku wnuczka                       z powrotem pognała do sąsiadów. Dziewczynki bawiły się cały dzień. Wieczorem zapytałem Oli, czy nie zapomniała przypadkiem o swoich ulubieńcach. Wtedy wnuczka wyskoczyła z domu jak oparzona i pobiegła do królików. Te kilka dni minęło bardzo szybko. Gdy w środę nadszedł czas powrotu do domu, Ada nie ukrywała łez. Ola jednak, by pocieszyć przyjaciółkę , ofiarowała jej swój ulubiony Wrotkarski Zestaw Make-up Soy Luna i obiecała, że postara się zawitać jak tylko to będzie możliwe.

wtorek, 17 października 2017

Urodziny na kręgielni


Niedawno mój syn został zaproszony na przyjęcie urodzinowe naszego małego sąsiada Wiktorka. Impreza miała odbyć się w pobliskiej kręgielni. Najpierw jednak musieliśmy zorganizować prezent urodzinowy. W tym celu wybraliśmy się z Igorem, moim synem, do centrum handlowego. Zabawek było mnóstwo. Zastanawialiśmy się nad zakupem jakiejś ciekawej gry planszowej. Wiktorek od najmłodszych lat bardzo lubił piłkę nożną, więc postanowiliśmy poszukać gry związanej z tą dziedziną sportu. Nie było to łatwe zadanie. W pewnym momencie Igor zauważył na sklepowej półce doskonale znaną grę planszową dla dzieci, lecz w nowej odsłonie o nazwie Kapsle Football. Był to produkt znanej polskiej marki Trefl. Można więc było spodziewać się jej ciekawej formy. Przeczytaliśmy dokładnie opis gry i stwierdziliśmy jednoznacznie , że będzie doskonałym prezentem dla małego Wiktora, który miał za kilka dni skończyć siedem lat. Poprosiliśmy też sprzedawczynię o zapakowanie prezentu. Zadowoleni wróciliśmy do domu. Przyjęcie urodzinowe zaplanowano na piątkowy wieczór. Igor z niecierpliwością odliczał dni.  W końcu nadszedł piątek. Odebrałem syna ze szkoły. W domu małżonka zajęła się dobraniem odpowiedniego stroju. Po niecałej godzince Igor wyglądał wyjątkowo uroczyście. Zabraliśmy prezent i pojechaliśmy na kręgielnię. Byliśmy tam pierwszy raz, bowiem otworzono ją stosunkowo niedawno, raptem kilka miesięcy temu. Musieliśmy przyznać, że robiła wrażenie. Było nowocześnie, ale i bardzo przytulnie. Powitał nas Wiktorek. Złożyliśmy mu życzenia, a Igor wręczył prezent. Byliśmy pierwszymi gośćmi. Postanowiłem nie przeszkadzać w przyjęciu  i odebrać Igora po zakończonej zabawie. Zanim jednak opuściłem lokal Wiktorek poprosił mnie o pomoc w odpakowaniu prezentu. Usiedliśmy przy stoliku. Gdy otworzyłem pieczołowicie zapakowaną grę, jubilat podskoczył z zachwytu. Kapsle Football bardzo mu się spodobały. Ucieszyłem się, że udało nam się trafić z prezentem w gust małego jubilata. Przyjęcie trwało ponad dwie godziny. Po tym czasie zabrałem Igora do domu. Był szczęśliwy, ale i  zmęczony zabawą. Stwierdził, że gra w kręgle bardzo mu się spodobała i chętnie odwiedzałby to miejsce  o wiele częściej.

piątek, 13 października 2017

Anty - monopoly


Kilka dni temu moja córka poprosiła mnie, bym zajął się moją pięcioletnią wnuczką Marysią, ponieważ uczestniczy  w ważnym szkoleniu. Przyjechałem więc do córki z samego rana w piątek. Marysia ucieszyła się na mój widok, bo zawsze staram się wymyślać jakieś śmieszne zabawy. Adrian, jej starszy brat szykował się właśnie do szkoły. Po chwili zostaliśmy sami. Marysia właściwie powinna być tego dnia w przedszkolu, ale całą noc miała temperaturę i źle się czuła. Narzekała też na brzuszek. Córka zostawiła mi lekarstwa i objaśniła sposób ich podawania. Wnuczka leżała w łóżku i nie miała ochoty na zabawę. Postanowiłem poczytać jej ulubioną bajkę. Nadal źle się czuła. Przed południem wrócił do domu Adrian. Byłem zły , bo zaprosił do siebie kolegów. Poprosiłem więc go, żeby zachowywali się najciszej jak potrafią, bo Marysia właśnie zasypia. Ku mojemu zaskoczeniu chłopcy byli tak cicho, ze wydawałoby się , że wcale ich nie ma .Zajrzałem do pokoju. Siedzieli na dywanie i grali w grę planszową anty-monopoly. Zapytałem, czy nie chcą czegoś przekąsić. Poprosili jedynie o sok. Gdy wróciłem z napojem, usiadłem przy nich na chwilkę , bacznie przyglądając się rozgrywce. Adrian się uśmiechnął, bo wiedział, że jestem zaskoczony, że chłopcy potrafią bawić się w ciszy. Ku mojemu zaskoczeniu gra anty-monopoly wciągnęła mnie , choć byłem tylko widzem. Stwierdziłem jednak, że to naprawdę ciekawa propozycja dla starszych dzieciaków i nie tylko. Cieszył mnie ponadto fakt, że nie wszyscy chłopcy siedzą tylko przed komputerami. Po pewnym czasie Marysia się przebudziła. Podałem jej lekarstwo, zgodnie z zaleceniami mamy. Czuła się już znacznie lepiej. Zajrzałem do lodówki, bo wiedziałem , że córka z pewnością przygotowała dla nas jakiś obiad. Rozśmieszyły mnie jedynie karteczki na garnuszkach : „ Dla Marysi”                   i „ Dla chłopców”. Po posiłku Marysia poprosiła, bym włączył jej telewizor. Koledzy Adriana poszli do domu, a wnuczek postanowił odrobić część lekcji, pomimo tego, że był dopiero piątek. Wieczorem przyjechała córka i mogłem wrócić do domu.

 

czwartek, 12 października 2017

Przyjaciele


Od wielu lat mieszkamy z małżonką na wsi . Nasze dzieci wyedukowały się                 i przeniosły do dużych miast. Zostaliśmy sami na gospodarstwie. Nie było ono duże, ale pracy nie brakowało. Na całe szczęście zawsze mogliśmy liczyć na pomoc naszych sąsiadów. Byli od nas dużo młodsi i mieli więcej sił i pomimo tego, że sami czasem nie wiedzieli w co włożyć ręce nigdy nie odmawiali pomocy. Nawet nie trzeba było ich o coś prosić, sami ją proponowali. Mieli dwójkę małych dzieci, z czego jedno niedawno skończyło zaledwie roczek. Nie mieli gospodarstwa, ale byli bardzo pracowici. Sąsiadka Julita opiekowała się dziećmi, a jej mąż Robert  pracował w mieście na budowie. Niedawno jednak stracił pracę i zaczęło brakować im niemal na wszystko. Okazało się , że znalezienie nowej posady wcale nie jest takie proste, pomimo  tego, że bezrobocie w kraju spadało. Nadszedł więc moment, byśmy mogli się odwdzięczyć sąsiadom za wieloletnią pomoc w gospodarce. Małżonka zanosiła im jajka, mięso, warzywa, wszystko to czym tylko mogliśmy się podzielić. Początkowo nie chcieli nic przyjąć, ale ciężka sytuacja zmusiła do przyjęcia naszej pomocy. Robert zaczął dorabiać na pół etatu w jakiejś firmie, ale były to grosze, za które nie sposób było utrzymać czteroosobowej rodziny. Kupowaliśmy maluchom niezbędną odzież, a nawet zabawki. Niedawno najmłodszy synek skończył roczek. Małżonka pojechała więc do miasta i kupiła maluszkowi zabawkę o śmiesznej nazwie Akuku Stuku Puku . Wieczorem zawitaliśmy do sąsiadów z ciastem i upominkiem. Julita rozpłakała się na widok prezentu. Zaprosiła nas do salonu. Odpakowała go, a ja wziąłem maluszka na kolanka. Pokazywałem mu jak bawić się nową zabaweczką Akuku Stuku Puku . Julitka pokroiła ciasto i zaparzyła herbatę. Tego wieczoru chyba wszyscy zrozumieliśmy, że staliśmy się dla siebie kimś więcej, niż tylko sąsiadami. Kilka dni później przybiegł do nas Robert z radosną wieścią, że w końcu udało mu się znaleźć dobrą posadę. Bardzo nas ta wiadomość ucieszyła. Po pierwszej wypłacie, sąsiedzi zaprosili nas na kolację w podziękowaniach za okazaną pomoc i serce.

poniedziałek, 9 października 2017

Grzybobranie


Od dziecka uwielbiałem jeździć z moim tatą i dziadkiem do lasu. To były niesamowite wyprawy.  Oboje byli leśnikami i na temat roślin i zwierząt leśnych wiedzieli chyba niemal wszystko. Już w bardzo młodym wieku postanowiłem podtrzymać tradycję rodzinną, skończyłem szkołę leśną i tak jak oni całe swoje życie poświęciłem dla lasu. W moje ślady poszli też moi dwaj synowie. Bardzo więc chciałem, zarazić swoją pasją mojego sześcioletniego wnuczka Oskarka. On jednak wydawał się być zupełnie niezainteresowany. Często namawiałem go, by pojechał ze mną na wycieczkę do lasu, ale zawsze było coś innego ważniejszego. Ostatniej jednak niedzieli, ku mojemu zaskoczeniu, Oskar zadzwonił do mnie i spytał, czy nie moglibyśmy pojechać razem na grzyby. Nie mogłem uwierzyć w to, że mój oporny wnuczek sam ze swojej własnej , niewymuszonej woli, zaproponował wyprawę do lasu. Byłem przeszczęśliwy. Czym prędzej wsiadłem w samochód i już po kilkunastu minutach pędziliśmy w stronę mego ukochanego gaju. W lesie spędziliśmy całe popołudnie. Udało nam się uzbierać cały koszyk prawdziwków i koźlaków. Najbardziej cieszyło mnie to, że Oskarkowi ta wyprawa bardzo się spodobała i zapytał czy możemy ją niebawem powtórzyć. Odwiozłem malucha do domu i w drodze powrotnej wszedłem do sklepu, by kupić sobie coś do picia. Na jednej z półek sklepowych zauważyłem grę planszową o nazwie Grzybobranie w Zielonym Gaju. Pomyślałem, że byłaby to miła pamiątka  z dzisiejszego dnia. Cena nie była zbyt wygórowana, więc kupiłem grę  i  pojechałem z powrotem do Oskara. Wnuczek akurat się kąpał. Postanowiłem poczekać by wręczyć mu niespodziankę . Córka poczęstowała mnie kawałkiem pysznego ciasta i herbatką. Opowiadała, że Oskar po przyjeździe z lasu był bardzo podekscytowany . Miło było to słyszeć. Gdy tylko wyszedł z łazienki, zawołałem go, kazałem zamknąć oczy i wyciągnąć rączki. Położyłem na jego dłoniach grę Grzybobranie w Zielonym Gaju. Gdy je otworzył był mocno zaskoczony, ale i uradowany. Podziękował mi i pobiegł do swojego pokoiku, by spokojnie przyjrzeć się podarunkowi. Teraz mogłem spokojnie wrócić do swojego domu.

piątek, 6 października 2017

Niespodzianka


Właśnie zbliżały się imieniny mojej jedynej, aczkolwiek dorosłej już córeczki Ilonki. Jak zwykle miałem ogromny problem z zakupem dla niej odpowiedniego prezentu. Zazwyczaj kupowałem jej kwiaty i ulubione perfumy, których nazwę znałem już na pamięć. Kilka dni temu jednak doznałem olśnienia. Jakiś czas temu Ilona opowiadała mi o swojej ostatniej wizycie u  swoich znajomych. Była zachwycona ich genialnym pomysłem na spędzenie wieczoru towarzyskiego, a właściwie grą towarzyską Ego Love firmy Trefl, która stała się całą atrakcją imprezy. Pomyślałem więc, że byłby to ciekawy i oryginalny pomysł na upominek. Następnego dnia wybrałem się do centrum miasta w poszukiwaniu gry. Niestety nie mogłem sobie dokładnie przypomnieć jej nazwy. Wszedłem więc do sklepu i poprosiłem o pomoc sprzedawczynię. Na całe szczęście pamiętałem, że była to pozycja firmy Trefl i potrafiłem określić, jakie były jej zasady. Całą swoją wiedzę dokładnie przekazałem sympatycznej pani, by ułatwić jej to , zdawałoby się , że dość trudne zadanie. Jak się jednak okazało szczegóły, które zapamiętałem z opowieśći mojej córki w zupełności wystarczyły sprzedawczyni, by rozpoznać, o jaką grę konkretnie mi chodzi. Po kilkunastu minutach mogłem odetchnąć z ulgą. Gra Ego Love firmy Trefl, była już w moim posiadaniu. Zapłaciłem za zakupy i zadowolony wróciłem do domu. W drodze powrotnej kupiłem jeszcze bukiet pięknie pachnących frezji. Moja córka je uwielbiała.Przyjęcie imieninowe Ilonka zaplanowała tym razem na naszej  działce. Pomimo, że mieliśmy dopiero początek września pogoda była wspaniała,  temperatury od kilku dni oscylowały w granicach dwudziestu stopni, a słoneczko mocno przygrzewało. Byłem pierwszym z przybyłych gości. Złożyłem córce życzenia i wręczyłem upominek i poprosiłem , by odpakowała prezent. Jakaż była zaskoczona , gdy zobaczyła w środku grę Ego Love. Ucałowała mnie mocno. Byłem zadowolony, że mogłem ją pozytywnie zaskoczyć. Czekaliśmy na przybycie pozostałych gości, a później  zagraliśmy w grę, którą tak zachwalała córka. Rzeczywiście musiałem przyznać, że zabawa była wyśmienita.

 

 

 

wtorek, 3 października 2017

Z wizytą u znajomych


Jakiś czas temu zostaliśmy zaproszeni przez naszych dobrych znajomych na kolację. Przez kilka miesięcy do nich nie zaglądaliśmy, gdyż przechodzili długą i żmudną drogę przez procedurę adopcyjną . Basia z Markiem od bodajże sześciu lat starali się o dziecko. Niestety szereg badań jednoznacznie wykluczył własne potomstwo. Decyzja o adopcji dziecka zajęła im sporo czasu i należała do najtrudniejszych w ich życiu. Staraliśmy się z małżonką wspierać ich jak tylko mogliśmy. Właściwie wiedzieliśmy o każdym kolejnym kroku i decyzji. Po przejściu pierwszego etapu kwalifikacyjnego zaczęli odwiedzać dom dziecka dla najmłodszych. Po kilku wizytach do serca przypadła im dwuletnia dziewczynka o imieniu Adrianna. Od tamtej pory regularnie ją odwiedzali, a ich więź stawała się coraz silniejsza. Nadszedł wreszcie moment, gdy mogli zabrać malutką do domu. Szybko się zaaklimatyzowała. Dopiero wtedy Basia z Markiem zaprosiła nas do siebie, byśmy mogli poznać  ich córeczkę. Osobiście byłem troszkę zestresowany tą wizytą . Pierwszy raz miałem do czynienia z taką sytuacją. Kupiliśmy Adriannie Liczydło 1,2,3 liczysz Ty, zabawkę edukacyjną firmy Trefl. Miałem nadzieję, że nas polubi. Gdy zapukaliśmy do drzwi, otworzyła nam Basia. Za nią nieśmiale wyglądała malutka dziewczynka o ogromnych niebieskich oczach. Basia przedstawiła nas i powiedziała, że jesteśmy przyjaciółmi. Po tych słowach Adrianna powolutku podeszła do nas i się ukłoniła. Małżonka wręczyła jej podarunek. Na jej buzi pojawił się promienny uśmiech. Przyglądałem jej się przez chwilkę. Wyglądała uroczo. Miała bujne blond loczki i błękitną sukienkę, podkreślającą kolor jej oczu. Gdy zasiedliśmy do stołu, podeszła do mnie i poprosiła bym się z nią pobawił nowym drewnianym Liczydłem 1,2,3 liczysz Ty. Poczułem się wyróżniony i pomyślałem, że to dobry początek naszej znajomości. Basia była szczęśliwa, że mała tak szybko złapała z nami kontakt, gdyż zazwyczaj  była bardzo nieufna w stosunku do nieznajomych. Pod koniec naszej wizyty spytałem Adriannę, czy teraz ona nas odwiedzi . Skinęła głową i szeroko się uśmiechnęła. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą.