poniedziałek, 29 lutego 2016

Zimowe zabawy


Kilka dni temu zabrałem moją wnuczkę Klaudię na sanki. Szczerze mówiąc dawno się z nią nie widziałem, ponieważ byłem strasznie zapracowany ,a ona miała dużo nauki w szkole, ale na szczęście w końcu nadeszły wyczekiwane ferie. Byłem strasznie szczęśliwy. Kiedy przyszedłem po nią do domu ,bardzo się ucieszyła, podbiegła do mnie i rzuciła mi się na szyję. Kiedy się ubrała, wzięliśmy sanki z komórki i wybraliśmy się niedaleko na małą górkę, na którą zabierałem kiedyś także jej mamę i siostrę, kiedy były jeszcze dziećmi. Po drodze wnuczka opowiadała mi o szkole, jej przyjaciołach i o swoich marzeniach. Powiedziała mi także ,że dostała na swoje urodziny zegarek elektroniczny „VTech-Kidizoom Smart Watch” , który jej się strasznie podobał , i że pokaże mi go kiedy wrócimy do domu. Kiedy dotarliśmy na górkę, nie byliśmy sami. Było tam jeszcze paru rodziców wraz ze swoimi dziećmi. Niektórzy zjeżdżali razem z nimi na sankach , inni patrzyli się i śmiali. Widać było, że każdy był szczęśliwy na widok swoich rozpromienionych pociech. Klaudia dołączyła do dzieci i tak jak one zaczęła zjeżdżać na sankach i się wywracać . Później także i ja przyłączyłem się do niej       i razem zaczęliśmy zjeżdżać z górki i śmiać się wniebogłosy. Po jakimś czasie odstawiliśmy sanki na bok i zaczęliśmy lepić bałwana i robić anioły na śniegu. Czas mijał nam bardzo szybko ,a kiedy zaczęło się ściemniać , wróciliśmy do domu. Mama Klaudii zrobiła nam gorącą herbatkę i wtedy dziewczynka pobiegła do pokoju i wróciła ze swoim zegarkiem-zabawką. „VTech –Kidizoom Smart Watch” posiadał ekran dotykowy , miał wbudowany aparat, dzięki któremu dziecko mogło robić zdjęcia lub filmiki i dodawać graficzne efekty specjalne. Miał także stoper, alarm i czasomierz oraz wbudowany dyktafon, który posiadał funkcję zmiany głosu. Dodatkowo na zegarku można było grać     w gry takie jak : Detektyw, Tańczący Palec i Zakręcone puzzle. Klaudia śmiejąc się , mówiła, że jest to najlepszy zegarek na świecie i szczerze mówiąc szkoda, że za czasów mojego dzieciństwa nie było takich zegarków.

piątek, 26 lutego 2016

Natalka


Dwa dni temu moi znajomi poprosili mnie o zaopiekowanie się ich małą córeczką, ponieważ wybierali się na przyjęcie karnawałowe . Ich starsza córka nie mogła zająć  się siostrą, ponieważ wyjechała studiować do Gdańska, więc nie mieli z kim zostawić małej Natalki. Oczywiście zgodziłem się. Nie miałem         i tak w planach nic ciekawego , a wiedziałem ,że nie będę miał problemów           z opieką nad ich córeczką ,ponieważ była ona bardzo spokojną dziewczynką. Jej rodzice mieli wrócić dopiero nad ranem. Kiedy zapukałem do drzwi otworzyła mi Natalcia. Miała koronę na głowie , różową sukienkę , różowe rajstopki              i balerinki. Uśmiechnąłem się   i przywitałem się z nią, a później porozmawiałem chwilę z rodzicami. Po ich wyjściu dziewczynka poinformowała mnie, że już zaplanowała cały wieczór. Ja miałem być królem ,a ona księżniczką. Założyła mi także na głowę koronę i poprosiła żebym usiadł przy malutkim stoliku. Oczywiście zamiast na dziecięcym, plastikowym krzesełku usiadłem na podłodze , ponieważ nie chciałem żeby się ono złamało. Na stoliczku były poustawiane talerzyki oraz filiżanki wraz z dzbanuszkiem na herbatę. W jej pokoju wszystko było różowe. Różowy kolor ścian, różowe łóżko, różowe szafeczki, różowe firanki, tak jak przystało na prawdziwą księżniczkę. Dziewczynka nalała mi do filiżanki niewidzialny napój, przy którym rozmawialiśmy o zamku , rycerzach oraz poddanych. Potem wyjęła spod łóżka jakieś pudełeczko. Były to puzzle „ Jej wysokość Zosia”. Natalka zaczęła pokazywać mi prezent ,który niedawno otrzymała od Świętego Mikołaja na Święta Bożego Narodzenia. Widać było, że bardzo jej się podobał, ponieważ, gdy go pokazywała na jej twarzy malował się uśmiech od ucha do ucha. Poprosiła mnie ,abym wraz z nią poukładał jej wspaniałe puzzle „Jej wysokość Zosia”. Ponieważ była już bardzo późna godzina, nie skończyliśmy układanki , więc musiałem jej obiecać ,że przyjadę do niej jutro i dokończę układankę. Położyłem dziewczynkę do łóżka i przeczytałem jej bajkę na dobranoc, która opowiadała historię dzielnego rycerza, który bronił swojego zamku i honoru pięknej księżniczki . Nad ranem wrócili rodzice małej Natalki, a ja pojechałem do domu. Po drodze myślałem o zabawach,  o układaniu puzzli , o tym jak popijałem herbatkę w koronie i stwierdziłem, że będę miał o czym wspominać.

wtorek, 23 lutego 2016

Urodziny nad Morskim Okiem


W trakcie ferii zimowych postanowiłem zabrać moją bratanicę Julię na wyjazd do Zakopanego. Julcia miała kończyć 8 lat w trakcie naszego wyjazdu ,więc musiałem udać się na zakupy i kupić jej wspaniały prezent. Kiedy wybrałem się do hurtowni zabawek nie miałem zielonego pojęcia co wybrać, więc poprosiłem sprzedawczynię o pomoc. Powiedziałem jej czym się interesuje moja bratanica, jakie bajki lubi najbardziej , co jej się podoba. Po chwili namysłu podała mi pudełko puzzli „Przyjaciele z Krainy Lodu” i stwierdziła, że ten prezent na pewno się spodoba. Kilka dni później w dniu wyjazdu spakowałem rzeczy , zapakowałem prezent, włożyłem bagaże do auta i pojechałem zabrać Julię. Jej mama oraz tata byli bardzo ucieszeni ,ponieważ córka bardzo chciała pojechać w góry ,lecz jej rodzice nie mogli wziąć w pracy urlopu. Zapakowałem rzeczy Julki, pożegnaliśmy się oboje z jej rodzicami i wyruszyliśmy w drogę. W trakcie jazdy dziewczynka opowiadała mi o swoich ulubionych bajkach, przyjaciołach , o tym co lubi robić w wolnym czasie. Strasznie się cieszyła z powodu wyjazdu. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, rozpakowaliśmy bagaże w domku                           i wyruszaliśmy pozwiedzać miasto. Było bardzo piękne i te widoki…ahh. Julia także była wniebowzięta. Dziewczynka zawołała mnie i poprosiła, abyśmy już dzisiaj kupili pamiątki dla jej rodziców oraz przyjaciół. Po wybraniu drobiazgów wróciliśmy do domu. Musieliśmy się wyspać, aby mieć siły na jutrzejszy dzień, ponieważ Julia miała urodziny oraz czekało nas dużo zwiedzania. Rano kiedy dziewczynka się obudziła, stałem już obok jej łóżka z pięknie zapakowanym prezentem i zacząłem śpiewać jej „Sto lat”. Była bardzo szczęśliwa. Po mocnym uścisku poprosiłem ,aby otworzyła prezent. Kiedy zobaczyła co to jest, od razu poprosiła mnie abyśmy ułożyli jej puzzle ”Przyjaciele z Krainy Lodu”. Po godzinie świetnie spędzonego czasu udaliśmy się nad największe jezioro w Tatrach- Morskie Oko. Mimo tego, że droga tam była męcząca, było warto. Widok zapierał dech w piersiach. Do domku wróciliśmy dopiero wieczorem. Kolejnego dnia także wyruszyliśmy zwiedzać zabytki w mieście ,po czym wyjechaliśmy do domu. Muszę jednak przyznać, że był to wspaniały wyjazd i cieszę się ,że dzięki niemu mogłem wywołać uśmiech na twarzy Julki.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Zawody


Kilka dni temu przyjechała do mnie w odwiedziny moja młodsza siostra Marta ze swoim dziesięcioletnim synem Bartkiem. Usiedliśmy w salonie, a żona podała świeżo upieczoną szarlotkę. Rozmawialiśmy na temat wspólnych wakacji, choć do lata było jeszcze kilka ładnych miesięcy to chcieliśmy wcześniej ustalić nasze plany i dokonać rezerwacji. Po dłuższych negocjacjach postanowiliśmy udać się w tym roku na Chorwację. Cel podróży został osiągnięty, teraz należało znaleźć odpowiednią ofertę w naszym ulubionym biurze podróży. Gdy już wszystko zostało na tę chwilę ustalone, głos wreszcie zabrał Bartek , który od samego początku wizyty nie mógł się doczekać, aż         w końcu będzie mógł coś powiedzieć. Najpierw z wielką dumą pokazał nam swój nowy gadżet zegarek VTech-Kidizoom Smart Watch, a potem zaczął swoją opowieść w jaki sposób wszedł w jego posiadanie. Okazało się , że podczas ferii zimowych uczestniczył w organizowanych przez jego klub łyżwiarski zajęciach. Pod koniec przerwy zimowej opiekunowie urządzili zawody. Dla zdobywców pierwszych trzech miejsc przewidziano nagrody. Bartek zdobył srebrny medal     i odlotowy, wielofunkcyjny gadżet elektroniczny zegarek VTech-Kidizoom Smart Watch. Sama nazwa właściwie nic mi nie mówiła, ale Bartosz zaraz pokazał mi wszystkie funkcje tego cudeńka. Przede wszystkim ta zabawka posiada intuicyjny ekran dotykowy, zegarek analogowy lub cyfrowy, jak kto woli,              z funkcjami czasomierz, stoper  i alarm, aparat i kamerę cyfrową, pozwalające na robienie zdjęć  albo krótkich filmów  i dodawanie efektów specjalnych, wbudowany dyktafon no i oczywiście co niezwykle istotne trzy gry. Po zaprezentowaniu  wszystkich funkcji niezwykłego zegarka, zrozumiałem, dlaczego Bartuś był nim aż tak zachwycony. Do tego nagroda odegrała chyba ważną rolę motywacyjną w karierze małego sportowca, ponieważ siostrzeniec był tak bardzo zafascynowany wygranym gadżetem, że od czasu zdobycia srebrnego medalu, codziennie sumiennie trenował  łyżwiarstwo, chcąc                w przyszłości stanąć na najwyższym podium. Zaimponowała mi determinacja Bartosza. Obiecałem mu, że gdy przyniesie złoty medal, kupię mu tableta. Siostrze nie spodobała się moja propozycja, ale wycofać się z nie już nie wypadało.

piątek, 19 lutego 2016

Psotnica


Kilka dni temu przeżyliśmy w domu mały kataklizm , a wszystko za sprawą naszej znajdy. Zacznijmy jednak od początku. Pewnego, zimowego wieczoru wracałem z pracy. W oddali dojrzałem  błąkającego się po okolicy szczeniaka. Jakiś czas go obserwowałem, czy aby nikomu nie uciekł, ale na ulicy nie było żywego ducha. Podszedłem bliżej. Okazało się, że to suczka bardzo ostatnio modnej rasy.  Wziąłem ją na ręce i postanowiłem obejść okolicę                            w poszukiwaniu właściciela. Trwało to dobrą godzinę, a mróz był siarczysty. Nie mogłem zostawić takiego szczeniaka na takim zimnie. Zabrałem go, a raczej ją do domu. Gdy tylko otworzyłem drzwi od progu oświadczyłem dzieciakom, żeby się nie przywiązywały, ponieważ trzeba odnaleźć właściciela suczki. Następnego dnia dałem ogłoszenie w lokalnej gazecie o zgubie i na okolicznych słupach, witrynach sklepów i klatkach wywiesiłem ogłoszenie. Czekaliśmy, ale nie było żadnej odezwy. W końcu zrezygnowany pojechałem do znajomego weterynarza, żeby sprawdzić czy piesek przypadkiem nie został zaczipowany. Niestety ostatnia deska ratunku zawiodła. W taki oto sposób suczka stała się członkiem naszej rodziny. Oficjalnie dzieci nadały jej imię Asti. Ponownie odwiedziliśmy weterynarza, żeby ją zaszczepić. Wszyscy obchodzili się z nią jak  z jajkiem, a ona odwdzięczała nam się swoimi psotami. Gryzła wszystko co jej wpadło do pyska, nawet nasze meble nie miały szans w starciu z kiełkami psotnika. Żona wybaczała jej wszystko, jednak kilka dni temu po powrocie            z pracy zastaliśmy ulubioną grę mojej córki „Memos-Kraina Lodu” w opłakanym stanie. Właściwie nie było czego zbierać. Żona zapakowała resztki gry do kosza na śmieci. Na całe szczęście córka nie była świadkiem tej katastrofy. Postanowiłem, że zachowam na jakiś czas to co się wydarzyło w tajemnicy              i postaram się kupić taką samą grę. Miałem jednak mało czasu, gdyż w każdą niemalże niedzielę po obiedzie siadamy całą rodziną do gry. Objechałem całe miasto w poszukiwaniu „Memos-Kraina Lodu”, ale na nic zdały się moje starania. Po prostu gra w sprzedaży nie była już dostępna. Traf chciał, że             w piątek opowiedziałem o tym wydarzeniu kolegom z pracy .Józek, z którym pracuję od kilu lat powiedział, że jego syn ma taką grę w domu i już się nią nie bawi i że jeżeli ma  to uratować nasz mir rodzinny to chętnie mi ją podaruje. To był cud.

czwartek, 18 lutego 2016

Nieznajomy


Parę dni temu mój wnuczek Kacper razem z jego przyjaciółmi wybrał się             w ostatnie dni karnawału na ostatki. Dzieci przebrały się za piratów i miały zamiar chodzić po domach zbierając różne łakocie. Szczerze mówiąc uwielbiam ten dzień. Mogę wtedy wywołać uśmiech na twarzy dzieci ,obdarzając je słodyczami. Grupa małych piratów szykowała się u mnie w domu do wyjścia na „łowy”. Widać było, że nie mogli się doczekać. Kiedy skończyłem malować im twarze podbiegli do mnie i zawołali  „Popielec, Popielec , daj nam pączka na widelec”. Zadowolony poszedłem do pokoju i wyciągnąłem z szafy dużą torbę słodyczy. Podzieliłem łakocie po równo i obdarowałem każdego urwisa. Szczęśliwe dzieci wybiegły z domu. Po paru godzinach mój mały Kacperek wrócił do domu i zaczął pokazywać mi ile to słodyczy uzbierał. Opowiadał jak reagowali ludzie, co najczęściej ofiarowywali, lecz najdziwniejszym podarkiem były puzzle „Farma” od starszego pana. Wnuczek był zachwycony i od razu zabrał się za układanie puzzli. Kiedy zacząłem mu pomagać , opowiadałem przeróżne historie z dawnych lat dotyczące tego szczególnego dnia i za kogo się przebierałem, gdy chodziłem na ostatki. Bardzo dobrze wspominałem te czasy. Kiedy zapytałem Kacperka czy reszta dzieci także otrzymała puzzle , powiedział, że jak się pożegnał z kolegami i wracał do domu, zawołał go starszy pan. Nieznajomy zapytał się czy nie będą bolały go zęby od takiej ilości słodyczy          i prosił żeby chwilkę zaczekał. Po chwili wrócił, dając mojemu wnuczkowi pudełko i powiedział, że te puzzle już rok czekają na jego bratanicę. Niestety wyjechała ona za granicę razem ze swoimi rodzicami i starszy pan nie miał komu ich dać. Wolał wywołać uśmiech na twarzy jakiegoś dziecka niż żeby kurzyły się na dole w szafie. Mój wnuczek po chwili namysłu powiedział mi, że szkoda mu się zrobiło staruszka i czy mógłbym jutro iść z nim do niego                w odwiedziny razem z pudełkiem czekoladek za puzzle „Farma”, które były najlepszym podarkiem w te ostatki. Byłem bardzo dumny z wnuczka. Ma ogromne serce!

wtorek, 16 lutego 2016

Szpital


 W ubiegłym miesiącu córka udała się z moim wnuczkiem na wizytę do lekarza     z powodu nawracających napadów kaszlu. Niepokoiliśmy się wszyscy, bowiem  nie było oznak jakiejkolwiek infekcji wirusowej. Nie miał gorączki, kataru, osłabienia organizmu, ale wieczorami przed zaśnięciem strasznie męczył go tak zwany suchy kaszel. Było to dla dziecka niebywale męczące, bo taki napad potrafił trwać nawet do dwóch godzin. Bywało też czasem, że budził się               w środku nocy i następował olejny atak kaszlu. Każdy był tym strasznie zmęczony. Dwa miesiące temu miał wykonane wszystkie możliwe testy alergologiczne, ale nie wykazały one żadnych nieprawidłowości. Czekaliśmy więc z niecierpliwością na powrót Adasia od lekarza. Pediatra rozłożywszy ręce skierował go na oddział dziecięcy naszego szpitala, celem przeprowadzenia badań i postawienia właściwej diagnozy. Adaś strasznie przeżywał zbliżający się pobyt w szpitalu. Z samego rana spakowaliśmy niezbędne rzeczy i pojechaliśmy z dzieckiem na oddział. Zostaliśmy przyjęci. Sala, w której miał spędzić następne kilka dni była bardzo przytulna. Jak się okazało Adaś miał ją dzielić z chłopcem w tym samym wieku. Patryk oprowadził wnuczka po oddziale . Byliśmy spokojni, bo wnuczek znalazł wsparcie w koledze i poczuł się bezpiecznie. Po obiedzie chłopcy udali się na świetlicę, gdzie mogli się pobawić. Patryk zaproponował Adasiowi grę „ Memos-Kraina Lodu”, a my w tym czasie mogliśmy swobodnie porozmawiać z lekarzem prowadzącym. Doktor zapowiedział, że wnuczek następnego dnia z samego rana przejdzie serię badań diagnozujących, począwszy od podstawowego pobrania krwi po prześwietlenie płuc. Poprosił również o psychiczne przygotowanie dziecka do kolejnego dnia pobytu na oddziale. Gdy wróciliśmy na świetlicę chłopcy w najlepsze grali          w ” Memos-Kraina Lodu” .Adaś był w rewelacyjnym nastroju. Postanowiliśmy dać dzieciakom jeszcze godzinkę na zabawę i pojechaliśmy do sklepu, by kupić mu jakąś zabawkę-niespodziankę, dzięki której łatwiej będzie znosił rozłąkę        z rodzicami. Po kolacji nadszedł czas na pożegnanie. Bardzo baliśmy się tego momentu, ale ku naszemu zaskoczeniu Adaś dał nam całusa i pobiegł do Patryka.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Znowu ferie


Jak co roku okres ferii zimowych to dla mnie i mojej małżonki nie lada wyzwanie. Przyjeżdżają do nas wnuki, ponieważ rodzice pracują i nie są              w stanie zapewnić im opieki na całe dwa tygodnie. Poza tym my mieszkamy na południu Polski, w malowniczo położonej wiosce u podnóża gór. Pobyt dzieciaków u nas jest zatem idealnym rozwiązaniem na tę okoliczność. Oczywiście bardzo cieszymy się z ich odwiedzin, choć zapewnienie atrakcji dwóm dziewięcioletnim chłopcom wymaga od nas dużej organizacji i sporej tężyzny fizycznej.  Na całe szczęście pogoda w tym roku dopisuje. Spadło sporo puszystego śniegu, więc od kilku dni przygotowuję plan zajęć, tak aby dzieciaki miały sporo frajdy. Odkurzyłem sanki i narty, a na wszelki wypadek gdyby warunki atmosferyczne nie sprzyjały szaleństwom na śniegu kupiłem dość ciekawą grę „ 5 sekund junior”. Mam więc nadzieję, że chłopcom  nie będzie dokuczać nuda. Małżonka natomiast od wczoraj przygotowuje w kuchni rożne domowe wypieki. Można by pomyśleć, że mamy w domu małą powtórkę Świąt Bożego Narodzenia. Od czasu do czasu zaglądałem do kuchni i skubałem troszkę pyszności, ale nie obyło się to bez reprymendy ze strony żony. Chłopcy uwielbiają babcine pierogi i makowca, ja zresztą także. Wieczorem usiadłem     w salonie i postanowiłem sprawdzić, czy zakupiona przeze mnie gra „ 5 sekund junior” rzeczywiście jest tak ciekawa, jak twierdził sprzedawca w sklepie z zabawkami. Poprosiłem żonę , żeby ze mną zagrała, bo samemu jest to raczej zadanie nierealne. Kręciła nosem dłuższą chwilę, że znów wymyślam jakieś głupoty, ale w końcu dała się namówić. Przyniosła gorącą czekoladę, którą wprost uwielbiam i zaczęliśmy grę. Rzeczywiście była rewelacyjna i mieliśmy przy tym sporo zabawy. Teraz wszystko było już dopięte na ostatni guzik . Pozostawało więc czekać na przyjazd wnuczków. Z samego rana, zgodnie             z wcześniejszymi ustaleniami, poszedłem do sąsiada i razem udaliśmy się saniami  odebrać chłopców ze stacji kolejowej. To miał być początek ich nowej przygody.

piątek, 12 lutego 2016

Kazimierz


Kilka tygodni temu wybraliśmy się ze znajomymi do Kazimierz Dolnego. Wspólny wypad planowaliśmy od dawna, ale zawsze coś komuś wypadało            i nigdy nie mogliśmy się zgrać. Ten wyjazd można spokojnie zaliczyć do jednego z najlepszych. Po prostu któregoś dnia wróciłem zmęczony po pracy do domu     i stwierdziłem, że chyba czas najwyższy odpocząć od ciągłej gonitwy.                  W czwartek oświadczyłem małżonce, że ma nas spakować na kilka dni, bo wyjeżdżamy następnego dnia po  pracy. Wyrazu jej twarzy chyba nigdy nie zapomnę. Zaniemówiła, a jej oczy stały się nadzwyczaj ogromne. W  pierwszej chwili jak sądzę pomyślała, że postradałem zmysły, ale po jakimś kwadransie dotarło do niej, że ja mówię całkiem serio. Zadzwoniłem do znajomych, choć nie spodziewałem się ochów i achów. Ku mojemu zaskoczeniu Irek stwierdził, że jadą z nami. Chyba miałem taki sam wyraz twarzy, jak moja małżonka kilka godzin wcześniej. W każdym razie do Kazimierza dotarliśmy około godziny dziewiętnastej. Nie mieliśmy zarezerwowanej kwatery, więc jej znalezienie zajęło nam trochę czasu, ale się udało. Następnego dnia, po śniadaniu zwiedzaliśmy to urocze miasteczko. Największe wrażenie zrobiła nam mnie wystawa narzędzi średniowiecznych tortur. Zmęczeni całym dniem odkrywania uroków Kazimierza wróciliśmy do naszej kwatery. W planach mieliśmy grilla, jednak niespodziewanie pogoda popsuła nam szyki. Zaczęło padać. Wróciliśmy do pokoi. W pewnym momencie pod łóżkiem zauważyłem jakieś pudło. Okazało się, że jest to gra towarzyska o nazwie „ 5 sekund”. Najprawdopodobniej zostawili ją poprzedni goście. Postanowiliśmy w nią zagrać, bo właściwie nie mieliśmy innego pomysłu na spędzenie wieczoru. Gra okazała się świetną zabawą. Graliśmy w nią do późnych godzin nocnych. Następnego ranka do drzwi zapukała właścicielka pensjonatu i spytała, czy nie znaleźliśmy w pokoju gry „5 sekund”, bo jej córce gdzieś się zapodziała. Z ciężkim sercem przyznaliśmy, że znaleźliśmy takową pod łóżkiem i pozwoliliśmy sobie w nią pograć. Właścicielka uśmiechnęła się i  podziękowała za uczciwość.

środa, 10 lutego 2016

Urodziny bratanicy


Na początku stycznia moja bratanica Emilka obchodziła swoje siódme urodziny. Już podczas wigilii zostałem uroczyście zaproszony na małe przyjęcie z tej okazji. Prezent urodzinowy pomogła mi wybrać moja córka, ponieważ miałem słabą orientację czym obecnie interesuje się bratanica. Razem pojechaliśmy do sklepu z zabawkami. Wybór padł na „ Craft Castle- Królewski Zamek Anny             i Elsy”.  Później dopiero dowiedziałem się , że to bohaterki ostatniego filmu animowanego „ Przyjaciele z Krainy Lodu”, którym Emilka od pewnego czasu jest zachwycona. Przyjęcie odbyło się w wynajętej sali zabaw, która znajdowała się w centrum miasta. Obok pomieszczenia, w którym zastawiono pysznościami stół dla najbliższych przyjaciółek bratanicy, znajdowała się niewielka salka, do której poproszono członków rodziny. To było doskonałe rozwiązanie, ponieważ dzieciaki czuły się niemal  jak dorośli, a dorośli uczestnicy przyjęcia mogli spokojnie porozmawiać z dala od zgiełku i hałasu. Przy wejściu każdy z gości dostał czapeczkę urodzinową. Dzieci wyglądały uroczo, a my troszkę śmiesznie. Nadszedł czas na wręczanie upominków. Emilka była zachwycona moim prezentem. Poprosiła resztę koleżanek o pomoc przy składaniu imponującej budowli „ Craft Castle- Królewski Zamek Anny i Elsy”. Mnie osobiście również bardzo spodobała się zabawka, którą pomogła mi wybrać  moja córka. Wspólnie z bratem, gdy przy naszym stole zaczęto poruszać typowo damskie tematy, postanowiliśmy pobawić się w fotografów i uwiecznić jedyne siódme urodziny jego córki. Niebawem wniesiono okazały  tort, pośrodku którego stały dwie figurki przedstawiające bajkowe postacie Annę i Elsę. Był nie tylko śliczny, ale i bardzo smaczny. Emilka była zachwycona. Kolejnym punktem przyjęcia urodzinowego było karaoke dla najmłodszych. Dziewczynki przebrały się  za swoich ulubionych muzyków i rozpoczęła się zabawa. Było przy tym dużo śmiechu, ale nie zabrakło drobnych upominków dla wszystkich uczestników muzycznego show. Przyjęcie zakończyło się w dość późnych godzinach wieczornych, ale przyjaciółki Emilki były bardzo z niego zadowolone. Stwierdziły nawet, że to najlepsze urodziny, na których do tej pory były.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Mała Nikola


Dwa dni temu udałem się do hurtowni zabawek po prezent urodzinowy dla mojej chrześnicy Martynki. Kiedy wszedłem do środka nie wiedziałem co mam wybrać . Przeglądałem półki, na których znajdowały się, a to puzzle , a to zabawki. Po chwili w rogu ogromnej sali ujrzałem wielkiego, białego misia. Stwierdziłem, że będzie on idealnym prezentem. Kiedy dotarłem do niego            i spojrzałem na cenę stwierdziłem, że nie mieści się ona niestety w moim budżecie. Zastanawiałem się , co mam zrobić, więc po chwili namysłu sięgnąłem po dużo mniejszego misia. Musiałem w takim razie dokupić coś do niego tylko nie miałem pojęcia co to mogłoby być . Nagle podbiegła do mnie mała dziewczynka, która przyszła z mamą wybrać sobie zabawkę. Uśmiechnęła się  na widok dużego miśka. Stwierdziła ,że dużo lepszy jest ten większy . Zaśmiałem się i powiedziałem ,że ma rację, ale jest także dużo droższy. Dziewczynka miała na imię Nikola i bardzo chciała pomóc mi wybrać dodatkowy prezent dla Martynki . Powiedziała, że zna się na zabawkach jak nikt inny              i zaprowadziła mnie do działu z lalkami. Przeglądała każdą półkę, dokładnie oglądała każdą zabawkę ,ale żadna jej się nie podobała. Poszliśmy ,więc do działu z grami. Kiedy przeglądałem puzzle , Nikola zawołała mnie i powiedziała, że znalazła idealny prezent dla siebie i mojej Martynki . Zaśmiałem się ,a ona pokazała mi grę planszową „Memos-Kraina Lodu”.  Jej mama stojąca obok także zaczęła się śmiać razem ze mną, kiedy to dziewczynka zaczęła opowiadać historię bohaterów z tej oto bajki. Widać było, że bardzo ją lubiła, więc stwierdziłem, że i mojej chrześnicy powinna się spodobać . Podziękowałem bardzo małej Nikoli za pomoc i udałem się do kasy. Stojąc w kolejce oglądałem grę, która nie dość, że ćwiczyła pamięć wzrokową, koncentrację oraz spostrzegawczość u dzieci, to na dodatek gwarantowała świetną zabawę.”Memos – Kraina Lodu” wydawała się być wprost idealna dla Martynki .Kiedy wróciłem do domu , bardzo cieszyłem się, iż dzięki Nikoli udało mi się dokonać zakupu wspaniałego prezentu i wiem, że gdyby nie ona, to nie udałoby mi się wyborać odpowiedniego upominku.

piątek, 5 lutego 2016

Awaria


Podczas ferii zimowych wybrałem się ze znajomymi w góry. Wyjechaliśmy późnym południem, a na miejsce mieliśmy dotrzeć dopiero rano . Czekała nas długa podróż. Kiedy przejeżdżaliśmy przez las, który zdawał się nie mieć końca zepsuło się nam auto. Nie mogliśmy go uruchomić mimo wielu starań. Dodatkowo nie było tam zasięgu, co utrudniało nam wszystko. Po paru godzinach zaczęło się ściemniać ,a kilka aut mijających nas nawet się nie zatrzymało. Nie mieliśmy pojęcia co mamy zrobić. Wpadliśmy więc na pomysł, aby poszukać jakiegoś domu ,z którego moglibyśmy zadzwonić po pomoc. Było już bardzo ciemno ,a my nadal szukaliśmy. Kiedy zaczęliśmy tracić nadzieję,        w oddali zauważyliśmy światło i udaliśmy się tam. Nie było to za blisko, a my byliśmy już strasznie przemarznięci. W końcu byliśmy na miejscu. Zapukaliśmy do drzwi. Otworzyła nam kobieta z dzieckiem na rękach. Kiedy wytłumaczyliśmy jej oraz jej mężowi całą sytuację, zaproponowali nam żebyśmy zostali na noc, ponieważ była już bardzo późna godzina. Nie chcieliśmy się narzucać, lecz nie mieliśmy wyboru, ponieważ gdybyśmy spali na zewnątrz zamarzlibyśmy do szpiku kości. Rodzina była przemiła , pościelili nam łóżka w pokoju gościnnym oraz w salonie i zaprosili na kolację. Po jakimś czasie ich córeczka przyniosła grę „Kalejdoskop 50 gier” i położyła ją na stole . Poprosiła wszystkich, aby zagrali. Nie mieliśmy nic innego do zrobienia, a więc nie mieliśmy także nic przeciwko. W grze „Kalejdoskop 50 gier” można było wybierać od klasycznych gier planszowych takich jak Warcaby, Szachy, Młynek, aż po gry karciane. Postanowiliśmy, że każdy wybierze jedną grę, która mu się najbardziej podoba     i zaczęliśmy zabawę. Granie pochłonęło wszystkich i zanim się obejrzeliśmy było już po dwunastej w nocy. Kiedy każdy był już zmęczony, postanowiliśmy zakończyć rozgrywki i położyliśmy się spać. Rano po wspólnym śniadaniu skorzystaliśmy z telefonu i zadzwoniliśmy po pomoc drogową, która miała się niebawem zjawić. Podziękowaliśmy wszystkim, pożegnaliśmy się i wyruszyliśmy do naszego auta, które stało na poboczu drogi . Muszę powiedzieć, że mimo przeciwności losu , było to niesamowite przeżycie.

środa, 3 lutego 2016

Pobyt w Wiśle


W ubiegłym roku wyjechaliśmy z cała rodziną na ferie zimowe do Wisły. Zakwaterowaliśmy się w pięknym pensjonacie. Każdy pokój wyposażony był       w łazienkę, mały aneks kuchenny, telewizor. Widać było, że właściciele dbają       o wygodę gości. Świeżo wyremontowane pokoje, czysta pościel i ręczniki. Rozpakowaliśmy walizki i ucięliśmy sobie mała drzemkę po długiej podroży. Tylko nasze wnuki Filip i Ola wcale nie miały zamiaru leniuchować, ale żeby nam nie przeszkadzać wyciągnęli z bagażu swoją ulubioną grę „ Memos – Kraina Lodu” i po cichutku się bawili. Gdy nabraliśmy więcej siły postanowiliśmy udać się na spacer po malowniczej Wiśle. Pogoda nam dopisywała. Było słonecznie, aczkolwiek mroźno. Najważniejszym punktem naszej wycieczki była słynna skocznia imienia Adama Małysza. Widok zeń był przepiękny. Stoki gór pokrywała puchowa śnieżna pierzynka. Zrobiliśmy kilka fajnych zdjęć i udaliśmy się na obiad do pobliskiej restauracji. W drodze powrotnej do pensjonatu zaczął sypać drobny śnieg. Troszkę się ociepliło. Wieczorem, ku uciesze dzieciaków, za oknem było już biało. Postanowiliśmy następnego dnia z samego rana, wybrać się na sanki. Pensjonat, w którym się zatrzymaliśmy miał do dyspozycji gości całkiem spory asortyment sprzętu zimowego. Dzieciaki, pomimo zmęczenia, nie miały zamiaru kłaść się spać. Z trudem zagoniliśmy je do łóżek, a my przenieśliśmy się do pokoju obok, by móc w spokoju porozmawiać. Nagle zza ściany dobiegł mnie cichy chichot. Zajrzałem do dzieci. Okazało się, że przy świetle latarki, pod kołdrą  w najlepsze grały w „Memos-Kraina Lodu”. Gdy odkryłem ich podstęp troszkę się wystraszyły, ale w końcu udało mi się im przetłumaczyć, jak ważny jest wypoczynek i sen, bo bez niego nie będą miały siły na zaplanowane śniegowe harce. Podziałało i już za niespełna pół godzinki słodko spały w swoich łóżkach. Następnego dnia śniegu napadało dobre dwadzieścia centymetrów. Pogoda nam sprzyjała. Zjedliśmy śniadanie, przyodzialiśmy cieple ubrania i ruszyliśmy po sprzęt zimowy. To był bardzo fajny dzień. Wieczorem dzieciaki były tak zmęczone, że już nie musiałem wyganiać ich do snu. Pobyt w Wiśle należał do jednych z bardziej udanych i mam nadzieję, że tegoroczne ferie będą równie ciekawe i wesołe.

poniedziałek, 1 lutego 2016

Spotkanie karnawałowe


Niedawno z żoną zostaliśmy zaproszeni do znajomych na małą imprezkę karnawałową. Tomek i Mirka mieszkają w niewielkim domku na obrzeżach naszego miasta. Tam też zazwyczaj organizujemy wszelkie spotkania, ponieważ większość z nas, a mam na myśli naszą starą paczkę, mieszka w blokach, więc imprezy z głośną muzyką i tańcami w otoczeniu wszechobecnych i wścibskich sąsiadów odpadają. Żeby nie nadwyrężać zbytnio kieszeni gospodarzy, każdy       z nas przynosi ze sobą coś do jedzenia. Oczywiście najpierw wszyscy uzgadniamy ze sobą, co i kto ma kupić bądź przyrządzić. My zazwyczaj jesteśmy zobowiązani do dostarczenia słodkości, ponieważ żona piecze przepyszne ciasta. Co do tego wszyscy są zgodni. Urozmaiceniem spotkania miała być maskarada, a każdego kto spróbuje nie włożyć maski, mieliśmy poczęstować wiadrem zimnej wody. Na całe szczęście nie było chętnych do kąpieli. Umówiliśmy się w sobotę o godzinie osiemnastej. Zabrałem ze sobą grę „  5 sekund”, która od pewnego czasu jest obowiązkowym punktem naszych spotkań. Wszyscy przybyli mieli na twarzach genialne maski. Zauroczył mnie wystrój salonu, w którym organizowane  są nasze imprezki. Mirka włożyła           w niego dużo pracy i fantazji. Dodatkowo uwagę moją przykuła rewelacyjna żarówka w kształcie mini disco kuli, która dawała niesamowite efekty świetlne. Sobotnie spotkanie odbywało się przy dźwiękach muzyki lat osiemdziesiątych       i dziewięćdziesiątych. Wszyscy byli w doskonałych nastrojach. Zanim przystąpiliśmy do fazy tanecznej, postanowiliśmy rozerwać się przy partyjce gry „ 5 sekund”. Jak zwykle było dużo śmiechu. Tylko nasz znajomy Heniu, jak zwykle naburmuszał się, gdy tylko gorzej mu szło. Wtedy Hanka, jego narzeczona, długo  musiała mu tłumaczyć, że to tylko zabawa. Śmiesznie to wyglądało, ale każdy z nas się do tego już przyzwyczaił. Gra pochłonęła nas tak bardzo, że nawet nie zauważyliśmy, że już dawno płyta z muzyką przestała grać . Na całe szczęście Mirka ocknęła się we właściwym momencie. Włączyła ulubiony kawałek całej naszej ekipy i porwała w pierwszej kolejności do tańca Heńka. Resztę spotkania przetańczyliśmy.