W ubiegłą sobotę opiekowałem się moim ośmioletnim wnukiem
Dawidem. Córka przywiozła go z samego rana i miała odebrać dopiero późnym
wieczorem. Pomyślałem, że warto by było spędzić ten czas na świeżym powietrzu.
Zapowiadał się piękny, słoneczny dzień. Po dłuższym namyśle zaproponowałem
wycieczkę nad wodę. Niedaleko mojej miejscowości znajduje się ogromny zbiornik
wodny. Są tam piaszczyste plaże, małe knajpki z jedzeniem, lodziarnie i
kawiarenki. Dawidkowi spodobał się ten pomysł. Gdy dotarliśmy na miejsce,
kupiliśmy sobie lody i poszliśmy na spacer. Na delikatnej tafli wody, powolutku
dryfowały łódki. Kilkanaście metrów dalej znajdowała się wypożyczalnia rowerków
wodnych. Postanowiłem zrobić maluchowi niespodziankę i już po chwili
odbijaliśmy od brzegu. Dawid był przeszczęśliwy. Mnie również bardzo podobała
się nasza wyprawa. Pogoda była idealna. Słoneczko mocno przygrzewało i wiał
delikatny wietrzyk. Niestety czas szybko płynął i nadszedł czas powrotu. Gdy
dobiliśmy do brzegu, zauważyłem pod siedzeniem niewielki plecaczek. Otworzyłem
go i zajrzałem do środka. Z jego zawartości wnioskowałem, że należał z
pewnością do jakiegoś malucha. Był tam mały samochodzik, buteleczka z piciem i Auto
Safari. Zrobiło mi się przykro, bo z pewnością jakieś dziecko przeżywało swoją
stratę . Raz jeszcze dokładnie obejrzałem plecak . Pod kieszonką znalazłem
metkę, na której widniał napis : Kamilek i
numer telefonu. Bez wahania wybrałem numer. Nie odpowiadał. Pomyślałem
,że będę co kilka minut próbował się dodzwonić, a w międzyczasie udaliśmy się z
Dawidkiem na pyszną pizzę. W pewnym momencie rozległ się dźwięk mojego
telefonu. Na jego ekranie pojawił się numer z plecaczka. Odebrałem i
przedstawiłem się .Po drugiej stronie słuchawki rozbrzmiewał głos kobiecy.
Szybciutko wyjaśniłem rozmówczyni całą sytuację. Była zaskoczona, ale i
szczęśliwa. Plecaczek należał do synka Kamilka, który po powrocie do domu
zauważył jego brak. Najbardziej jednak przeżywał utratę swojego ulubionego Auta
Safari. Umówiłem się z mamą malucha przy wypożyczalni rowerków. Po dwudziestu
minutach zjawiła się w wyznaczonym miejscu ze swoim synkiem, który w
podziękowaniach wręczył mi dużą czekoladę. Byłem zadowolony, że mogłem
uszczęśliwić malucha.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz