Wczoraj wieczorem odwiedziły mnie moje córki i poprosiły o
pomoc w opiece nad dziećmi. Nie byłoby w tym nic strasznego , gdyby nie fakt,
że miałem się nimi zajmować cały tydzień, podczas gdy obie wraz z mężami wybiorą się na tygodniowy
wypad w góry. Odkąd pamiętam zawsze chcieli wspólnie odkrywać łańcuchy górskie
naszych pięknych Tatr, ale nigdy nie było ku temu okazji. Teraz kiedy dzieciaki
są już na tyle duże, mogą w końcu zrealizować swoje marzenia. Szkoda tylko, że
decyzję o wyjeździe podjęli w ostatniej chwili i właściwie postawili mnie
troszkę w sytuacji bez wyjścia. Kocham moje wnuki i bardzo lubię gdy mnie
odwiedzają, ale perspektywa spędzenia siedmiu dni w towarzystwie czterech
urwisów przyprawiała mnie o zawrót głowy .Oczywiście nie odmówiłem i z
uśmiechem na twarzy powiedziałem, że to żaden problem. Niestety problem był i
to spory. Byłem przerażony, że sobie nie poradzę. Moja żona właśnie wyjechała
do sanatorium, a tu taka niespodzianka. Całą noc rozmyślałem, jak mogę
dzieciakom zorganizować wolny czas. Były ferie zimowe. Z pewnością wybierzemy
się na sanki albo łyżwy, ale co dalej. Postanowiłem odwiedzić sklep z
zabawkami. Poprosiłem o pomoc właścicielkę sklepu. Zaproponowała grę „
Kalejdoskop 50 gier” wydawnictwa Trefl. Właściwie nie była to jedna gra, ale
rodzinny zestaw gier. Jak sama nazwa wskazywała składał się on z 50 gier. W
komplecie producent przewidział instrukcję i komplet akcesoriów do wspólnej
zabawy. Pomyślałem ,że to idealny pomysł na spędzenie długich zimowych
wieczorów w towarzystwie moich wnuków. Miałem nadzieję, że popularne gry takie
jak szachy, młynek, tryktrak i wiele
innych pozycji przypadną im do gustu i siedem dni upłynie zanim się obejrzę. Kupiłem
grę i pojechałem do marketu zrobić zapasy w lodówce. Zadowolony z zakupów
czekałem na przyjazd moich wnucząt. Pomyślałem sobie, że będę miał swoje własne
przedszkole. Teraz pozostawało tylko czekać na ich przyjazd. „ Kalejdoskop 50 gier ” miał być zatem moim asem w rękawie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz