Tegoroczne wakacje spędziliśmy na urokliwej wyspie Hvar w
Chorwacji. Wprawdzie droga była długa i męcząca, to jednak piękno tego miejsca
wynagrodziło nam trudy tej podróży.
Udało nam się w tym roku zgrać urlopy z naszymi serdecznymi przyjaciółmi.
Pojechaliśmy całą nasza rodzinką, to znaczy, ja, małżonka, córka z zięciem i
dzieciakami. W podobnym składzie jechali nasi znajomi. Podróżowaliśmy czterema
samochodami, a na każdym przystanku dzieciaki przesiadały się do innego auta,
żeby urozmaicić sobie nudnawą dla nich drogę. Na całe szczęście Adaś mój najstarszy
wnuczek zabrał ze sobą do torby podręcznej swoją ulubioną grę „Chińczyk, Węże i
drabiny - Star Wars”. Oczywiście jest to klasyczna gra planszowa w nowej
odsłonie, w którą pomimo
niezbyt dobrych warunków podczas jazdy grali po dwie osoby. W końcu
kilkunastogodzinna podróż dobiegła końca. Nareszcie można było odpocząć.
Apartamenty, które zarezerwowaliśmy , znajdowały się raptem kilkadziesiąt
metrów od cudownej, żwirowej plaży otoczonej małymi knajpkami. Zaraz po
zakwaterowaniu, udaliśmy się na krótki spacer, by zrobić mały rekonesans po
okolicy. Tego dnia na plażowanie nie mieliśmy już siły. Zjedliśmy pyszną
kolację w restauracji i wróciliśmy do pokoi, żeby wypocząć i się w końcu zregenerować . Z samego ranka,
pełni energii i w świetnych nastrojach spakowaliśmy torby plażowe i udaliśmy
się nad brzeg lazurowego Adriatyku. Nawet nie było wcale tłocznie, czego
obawialiśmy się przed wyjazdem. Miejsca na plaży było sporo. Dzieciaki z wody prawie nie wychodziły. Na błogim
lenistwie mijał dzień za dniem. Wieczorami zwiedzaliśmy urokliwą starówkę i
kosztowaliśmy specjałów regionalnej kuchni. Do swoich apartamentów wracaliśmy
późnym wieczorem. Klimat jednak nam sprzyjał, bo wcale nie odczuwaliśmy
zmęczenia. Dzieciaki jeszcze w łóżkach grały w jedyną grę , jaką miały do
dyspozycji „Chińczyk, Węże i drabiny - Star Wars”, a my do północy układaliśmy
plany na kolejny dzień. Nasza idylla trwała dziesięć dni. Ciężko nam było
pożegnać się z Chorwacją, ale w przyszłym roku z pewnością tu wrócimy.
piątek, 22 lipca 2016
czwartek, 21 lipca 2016
Muzeum
Klasa mojej wnuczki Julki co tydzień uczestniczy w zajęciach
organizowanych przez miejskie muzem. Pomysłodawcą utworzenia tak zwanej
Muzealnej Akademii Malucha był prezydent naszego miasta. W nowatorskim
projekcie uczestniczą uczniowie klas początkowych szkół podstawowych. Zajęcia
są niezwykle ciekawe. Dzieci dostają indeksy, w których dokonuje się adnotacji o tematyce poszczególnych spotkań oraz
dyplomy ukończenia semestrów : zimowego i letniego. Co tydzień na uczestników
czeka niespodzianka, a to w
postaci warsztatów tanecznych, związanych na przykład z tańcem ludowym naszego
regionu, a to spotkań autorskich z pisarzami czy też podróży po tzw.
Muzolandii, to znaczy podziwiania kolejnych, nowych wystaw organizowanych przez
tą placówkę. Amelka uwielbia te zajęcia. W ubiegłym roku tak bardzo podobała
jej się jedna z wystaw, że postanowiła zaciągnąć na nią niemalże całą swoją
rodzinę. Zajęcia odbywają się w każdą środę przed lekcjami. Po szkole natomiast
wnuczka zawsze mnie odwiedza i opowiada co się działo w danym dniu w muzeum.
Tak też było wczoraj. Amelka była strasznie podekscytowana. Okazało się, że
podczas cotygodniowego spotkania dzieci najpierw zwiedziły wystawę pod tytułem
„ Zabawy zwierząt w chowanego” a później podzielono dzieciaki na kilka grup.
Każdej z nich wręczono zestaw puzzli związanych z wczorajszą tematyką zajęć. Grupa
Amelki miała za zadanie złożyć układankę o nazwie „Farma”. Każdy zestaw puzzli miał
tyle samo elementów. Uczestnicy układali je na czas, a nagrodą było darmowe
wejście dla całej rodziny na dowolną wystawę organizowaną w Muzeum. Było dużo
śmiechu i zabawy z nutką
zdrowej rywalizacji. Wygrała grupa mojej wnuczki. Amelka stwierdziła, że
właściwie puzzle „Farma” wcale nie były trudne do złożenia. Zwyciężczyniom
wręczono obiecane wejściówki. Oczywiście wnuczka od razu oznajmiła mi, że będę
musiał się z nią wybrać w najbliższą niedzielę na wystawę. Nie przepadam za
takimi miejscami, ale co się nie robi dla jedynej wnusi. Z plecaka wyjęła
bileciki , które miałem przechować do czasu naszej wycieczki.
wtorek, 19 lipca 2016
Przyjazd Weroniki
W końcu nadszedł długo wyczekiwany urlop i wakacje. Do
przejścia na upragnioną emeryturę pozostało mi zaledwie dwa lata, albo aż dwa
lata, bo czułem się coraz bardziej zmęczony pracą. Urlop miałem spędzić z moją
dwunastoletnią wnuczką Weroniką. Nie mogłem się doczekać jej przyjazdu. Nie
widujemy się zbyt często, ponieważ ja mieszkam na wybrzeżu, a ona z rodzicami w centrum
Polski. Oczywiście zazwyczaj okres wakacyjny spędza u
nas. Mieszkam z żoną w małej nadmorskiej miejscowości. Do pięknej, piaszczystej
plaży mamy zaledwie dziesięć minut drogi. Weronika przyjechała z rodzicami późnym wieczorem. Pomimo
zmęczenia kilkugodzinną podróżą długo jeszcze siedzieliśmy i rozmawialiśmy .
Następnego dnia udaliśmy się oczywiście na spacer brzegiem morza. Pogoda
dopisywała. To był udany dzień. W niedzielę
z samego rana córka z zięciem wyruszyli do domu, by w poniedziałek stawić się
w pracy, a my zostaliśmy sami z Weroniką. Niestety, ku naszemu wielkiemu
niezadowoleniu, pogoda spłatała nam figla i z planowanego
plażowania musieliśmy zrezygnować. Po śniadaniu pojechaliśmy na zakupy.
Przechodząc obok jednej z wystaw sklepowych Weroniki uwagę przykuły puzzle „
Baśniowa kraina-puzzle romantic”. Rzeczywiście miały wyjątkowo piękną szatę
graficzną. Pomyślałem, że brzydki, pochmurny dzień można by spędzić na ich
układaniu. Wszedłem do sklepu i
kupiłem układankę. Po powrocie do domu od razu wzięliśmy się za zabawę. Puzzle
składały się aż z tysiąca elementów. Nie było więc prostą sprawą złożenie ich w
całość. Podeszliśmy jednak do tematu bardzo poważnie i postanowiliśmy nie dać za
wygraną. W międzyczasie podjadaliśmy świeżo upieczony przez babcię placek z
truskawkami, który Weronika wprost uwielbia. Wieczorem wnuczka dołożyła ostatni
element układanki. „Baśniowa kraina- puzzle romantic” w dość sporych wymiarach
uroczyście prezentowały się na stole. Byliśmy z siebie naprawdę dumni.
Postanowiliśmy to uczcić i zamówiliśmy pyszną
pizzę. Zmęczeni pracochłonnym zadaniem poszliśmy spać. Następnego dnia nie było
już śladu po ciężkich, ciemnych chmurach. Świeciło słońce i zapraszało nas na
plażę. Na całe szczęście przez kolejne dwa tygodnie aura nam sprzyjała, więc
harcy w morskich falach nie było końca. Niestety urlop minął o wiele za szybko,
ale Weronika została u nas do końca wakacji.
poniedziałek, 18 lipca 2016
Last Minute
Wreszcie nadeszły upragnione przez wszystkich wakacje. Mój
wnuk odkąd wrócił ze szkolnej wycieczki z Międzyzdrojów, nie mówił o niczym
innym jak o wspólnych, rodzinnych wakacjach nad morzem . Osobiście nie miałem
nic przeciwko temu pomysłowi, ale córka
miała kiedyś nieprzyjemny wypoczynek we Władysławowie. Całe dziesięć dni
pobytu lało jak z cebra i odtąd nie chciała słyszeć o wakacjach nad polskim morzem.
Właściwie to mieliśmy jeszcze sporo czasu by się nad tym zastanowić. Ofert
wakacyjnych było bez liku. Córka urlop miała zaplanowany w połowie lipca, więc
liczyła na jakąś okazję , typu last minute. Koniecznie chciała wakacje spędzić
w Chorwacji . Upatrzyła sobie urokliwą Riwierę Makarską i codziennie śledziła okazje na stronach
internetowych najlepszych biur podróży. Dwa dni przeplanowanym urlopem trafiła
się bardzo okazyjna oferta, ale do Grecji na wyspę Korfu. Właściwie nie było
się nad czym zastanawiać. Zarezerwowała tygodniowy pobyt i już w poniedziałek siedzieliśmy w
samolocie. Czterogwiazdkowy hotel robił wrażenie. Zaraz po zakwaterowaniu
postanowiliśmy skorzystać z pięknego
słońca i kompleksu basenów. Oferta zawierała pełne wyżywienie, więc o posiłki
nie musieliśmy się wcale martwić. Wieczorem dodatkowa atrakcją były konkursy i
animacje dla najmłodszych, w tym konkurs tańca, w którym mój wnuczek zdobył
zaszczytne drugie miejsce. Nagrodą były puzzle z widokiem na wyspę Korfu. Igor
był przeszczęśliwy. Harce i zabawy trwały
do późnych godzin wieczornych. Gdy zmęczeni położyliśmy się do łóżek wnuczek
przyznał, że jednak takie wakacje są wiele fajniejsze niż jego wycieczka do
Międzyzdrojów. Z samego rana zanim jeszcze udaliśmy się na plażę musiałem
z Igorem złożyć w całość jego zdobyczne
puzzle. Tydzień na wyspie Korfu upłynął nam strasznie szybko, ale z pewnością
będą to jedne z najlepszych wakacji jakich mogłem doświadczyć. Najbardziej
jednak cieszył mnie fakt, że równie zadowolony z tego wyjazdu był Igorek. Mieliśmy całą masę fantastycznych
zdjęć i wiele wspaniałych wspomnień, włącznie z wygranymi przez wnuka
puzzlami w konkursie
tańca.
piątek, 8 lipca 2016
Niedzielna wycieczka
W ubiegła niedzielę wybraliśmy się całą rodzinką na
wycieczkę. Korzystając ze wspaniałej pogody postanowiliśmy tym razem czas wolny
spędzić na łonie natury. Od wielu lat mamy swoje ulubione miejsce piknikowe,
które zna bardzo niewiele osób. Szanse zatem na to, że będziemy mieli towarzystwo
są naprawdę bardzo niewielkie. Od samego rana moja małżonka uwijała się w kuchni, by przygotować kosz
piknikowy, pełny smakowitości. Ja natomiast przygotowywałem swój zestaw
wędkarski no i oczywiście zapakowałem podróżnego grilla, którego nie mogło
przecież zabraknąć podczas tej wyprawy. Gdy wszystko było już dopięte na
ostatni guzik, pojechaliśmy po córkę , zięcia i wnuków. Jak przewidywałem musieliśmy na
nich czekać dobre pół godziny. W końcu wyruszyliśmy. Do celu naszej podroży mieliśmy niespełna
trzydzieści kilometrów. Gdy dotarliśmy na miejsce chłopcy radośnie wybiegli na
łąkę pograć w piłkę. Żona z córką rozłożyła koce piknikowe , a ja przygotowałem swój sprzęt wędkarski i
usadowiłem się wygodnie na brzegiem rzeki. Pogoda rzeczywiście była wspaniała,
nie za zimno nie za gorąco, w sam raz na odpoczynek na świeżym powietrzu. Po
godzinie uganiania się za piłką chłopcy postanowili troszkę odpocząć. Ułożyli
się wygodnie na kocach i wyciągnęli swoje ulubione karty Zootopia-Gra Piotruś. Ja
zająłem się rozpalaniem grilla, bo nadeszła pora obiadowa i każdemu zaczęło
burczeć w brzuchach. Z zadowoloną miną układałem na tackach kiełbaski,
kaszaneczki i swój ulubiony karczek. Teraz trzeba była troszkę cierpliwości,
żeby w końcu można było nasycić się pysznym jedzeniem. Usadowiłem się w
wygodnym krześle turystycznym i z
zaciekawieniem obserwowałem jak maluchy rozgrywają kolejną partyjkę. Karty
Zootopia-Gra Piotruś kupili kiedyś na szkolnej wycieczce. Odtąd nie rozstawali
się z nimi podczas wszelkich podróży i wyjazdów. W końcu można było skosztować grillowanych pyszności.
Córka zrobiła moja ulubioną suróweczkę. Jedzenie na świeżym powietrzu smakuje o
niebo lepiej niż w czterech
ścianach. Po obiedzie nadszedł czas na błogie lenistwo. Udało mi złapać krótką
drzemkę. W końcu nadszedł czas powrotu. Z żalem pakowaliśmy opustoszałe kosze
piknikowe do samochodu, ale ta niedziela upłynęła mi wyjątkowo przyjemnie.
środa, 6 lipca 2016
Kontrola
Moja nastoletnia córka niemalże każdy weekend spędza ze
swoimi przyjaciółmi na działce. Za miesiąc kończy osiemnaście lat, więc nawet
nie wypada momentami czegoś zabronić. W domu jest posłuchaną ,poukładaną i
pomocną dziewczyną. Cały tydzień od poniedziałku do piątku poświęca nauce, więc
właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby mogła przy weekendzie troszkę
odpocząć i się zrelaksować . Nasza działka leży nad dużym sztucznym zbiornikiem
wodnym. Trzy lata temu, kiedy ją kupiliśmy od razu postanowiliśmy wybudować na
niej niewielki domek letniskowy. Tak więc na przestrzeni zaledwie kilku lat
udało nam się doprowadzić naszą działeczkę do stanu niemalże doskonałego.
Przede wszystkim w domku można mieszkać całe lato. Na parterze znajduje się
salonik z aneksem kuchennym i małą łazieneczką, a na poddaszu dwa pokoiki
.Nasza działka graniczy z lasem, a do zbiornika wodnego jest zaledwie pięć
minut drogi. Wcale nie dziwię się mojej córce i jej przyjaciołom, że tak lubią
spędzać tam czas. Jednakże jak każdy rodzić początkowo miałem pewne obawy co do
tych ich wspólnych wypadów. W
końcu człowiek też kiedyś był młody i niekiedy do głowy przychodziły głupie
pomysły. Żeby rozwiać moje wątpliwości żona pewnego weekendu zaproponowała,
żebyśmy zajrzeli do dzieciaków i pod pretekstem dostarczenia na przykład pizzy
przeprowadzili małą kontrolę . Pomysł wydawał się całkiem dobry. Cała drogę
trochę się denerwowałem , czy aby nie zastanę tam czegoś czego nie chciałbym
zobaczyć. Zapukaliśmy do drzwi. Otworzyła Anna,
przyjaciółka mojej córki. Z
uśmiechem na twarzy zaprosiła nas do środka. Cała ekipa w małym saloniku
grała w grę „ Kalejdoskop 50 gier”. Podałem dzieciakom pizzę i trochę byłem
zmieszany, że mogłem podejrzewać moją ukochana córeczkę o złe zachowanie.
Dzieciaki ucieszyły się na widok
pysznego jedzonka i zaprosiły nas do wspólnej gry. Spojrzałem na córkę, chcąc
sprawdzić czy przypadkiem nie ma do nas żalu o ten nalot. Ale w jej oczach
ujrzałem zadowolenie, zupełnie tak jakby chciał powiedzieć, to fajnie, że
przyjechaliście i mogliście
zobaczyć w jaki sposób spędzam czas ze swoimi znajomymi. Uspokojony usiadłem do
gry. Spędziliśmy cudowny wieczór. Do tej pory nie miałem okazji tak dobrze
poznać przyjaciół córki. Wyjeżdżając, poprosiłem moją jedynaczkę, by pożyczyła
nam tą wspaniałą grę „ Kalejdoskop 50 gier”, bo w planach miałem zaprosić sąsiadów
na małą rozgrywkę.
poniedziałek, 4 lipca 2016
Klapa
Niedawno moja firma zatrudniła nowego technologa. Traf
chciał, że świeżo upieczonego pracownika ulokowano właśnie w moim pokoju.
Początkowo wydawał mi się zarozumiały, ale z czasem zaczęliśmy się całkiem
nieźle dogadywać. Robert, bo tak miał na imię mój nowy współpracownik chcąc
zapewne zacieśnić naszą znajomość zaprosił mnie z rodziną na kolację. Jak się
okazało mieszkał kilka przecznic od nas. Przed planowaną wizytą miałem
oczywiście w domu małe piekiełko. Moja żona niemalże tydzień czasu biegała po
sklepach, by znaleźć odpowiednią kreację na tę okazję. W końcu nadszedł dzień
próby. W drodze do Roberta zatrzymaliśmy się przy najlepszym w naszym mieście
sklepie z alkoholami i kupiliśmy wino dla pani domu. Zabraliśmy oczywiście ze
sobą naszą jedyną pociechę Julkę. Miałem nadzieję, że nie będzie się nudziła,
gdyż Robert z żoną również wychowywali córeczkę w podobnym wieku. Przywitaliśmy
się serdecznie i usiedliśmy do wspólnej kolacji. Nasze żony od razu przypadły
sobie do gustu, w przeciwieństwie do dziewczynek. Pomimo naszych wysiłków nie
mogły znaleźć wspólnych zainteresowań. Nastąpiła totalna klapa. Takiego obrotu
sprawy nikt z nas się nie spodziewał W
końcu żona Roberta przyniosła do salonu ulubione puzzle ich córeczki „Jej
wysokość Zosia” i poprosiła dziewczynki, by spróbowały złożyć je w całość. To
był strzał w dziesiątkę. Każda
chciała udowodnić, że taka układanka to dla niej pestka. My w tym czasie
mogliśmy dalej prowadzić naszą rozmowę. Okazało się, że żona Roberta ma w
centrum handlowym własny butik z damskimi ciuszkami. Przyniosła katalog, z
którego właśnie miała dokonać wyboru nowej kolekcji jesienno-zimowej. Moja
Zośka była zachwycona, tym bardziej, że otrzymała kupon rabatowy na cały asortyment.
My natomiast z Robertem wnikliwie analizowaliśmy ostatni problem naszej
kłopotliwej linii produkcyjnej. Tak bardzo pochłonięci byliśmy dyskusją, że
nawet nie zauważyliśmy, że nasze córeczki zaczęły się całkiem nieźle dogadywać.
Ułożyły w całość puzzle „Jej wysokość Zosia’” i pobiegły do dziecinnego pokoju,
wesoło podskakując. To była całkiem udana kolacja.
Subskrybuj:
Posty (Atom)