piątek, 22 lipca 2016

Urlop


Tegoroczne wakacje spędziliśmy na urokliwej wyspie Hvar w Chorwacji. Wprawdzie droga była długa i męcząca, to jednak piękno tego miejsca wynagrodziło  nam trudy tej podróży. Udało nam się w tym roku zgrać urlopy      z naszymi serdecznymi przyjaciółmi. Pojechaliśmy całą nasza rodzinką, to znaczy, ja, małżonka, córka z zięciem i dzieciakami. W podobnym składzie jechali nasi znajomi. Podróżowaliśmy czterema samochodami, a na każdym przystanku dzieciaki przesiadały się do innego auta, żeby urozmaicić sobie nudnawą dla nich drogę. Na całe szczęście Adaś mój najstarszy wnuczek zabrał ze sobą do torby podręcznej swoją ulubioną grę „Chińczyk, Węże i drabiny - Star Wars”. Oczywiście jest to klasyczna gra planszowa w nowej odsłonie,              w którą pomimo niezbyt dobrych warunków podczas jazdy grali po dwie osoby. W końcu kilkunastogodzinna podróż dobiegła końca. Nareszcie można było odpocząć. Apartamenty, które zarezerwowaliśmy , znajdowały się raptem kilkadziesiąt metrów od cudownej, żwirowej plaży otoczonej małymi knajpkami. Zaraz po zakwaterowaniu, udaliśmy się na krótki spacer, by zrobić mały rekonesans po okolicy. Tego dnia na plażowanie nie mieliśmy już siły. Zjedliśmy pyszną kolację w restauracji i wróciliśmy do pokoi, żeby wypocząć         i się w końcu zregenerować . Z samego ranka, pełni energii i w świetnych nastrojach spakowaliśmy torby plażowe i udaliśmy się nad brzeg lazurowego Adriatyku. Nawet nie było wcale tłocznie, czego obawialiśmy się przed wyjazdem. Miejsca na plaży było sporo. Dzieciaki  z wody prawie nie wychodziły. Na błogim lenistwie mijał dzień za dniem. Wieczorami zwiedzaliśmy urokliwą starówkę i kosztowaliśmy specjałów regionalnej kuchni. Do swoich apartamentów wracaliśmy późnym wieczorem. Klimat jednak nam sprzyjał, bo wcale nie odczuwaliśmy zmęczenia. Dzieciaki jeszcze w łóżkach grały w jedyną grę , jaką miały do dyspozycji „Chińczyk, Węże i drabiny - Star Wars”, a my do północy układaliśmy plany na kolejny dzień. Nasza idylla trwała dziesięć dni. Ciężko nam było pożegnać się z Chorwacją, ale w przyszłym roku z pewnością tu wrócimy.

czwartek, 21 lipca 2016

Muzeum


Klasa mojej wnuczki Julki co tydzień uczestniczy w zajęciach organizowanych przez miejskie muzem. Pomysłodawcą utworzenia tak zwanej Muzealnej Akademii Malucha był prezydent naszego miasta. W nowatorskim projekcie uczestniczą uczniowie klas początkowych szkół podstawowych. Zajęcia są niezwykle ciekawe. Dzieci dostają indeksy, w których dokonuje się adnotacji      o tematyce poszczególnych spotkań oraz dyplomy ukończenia semestrów : zimowego i letniego. Co tydzień na uczestników czeka niespodzianka, a to         w postaci warsztatów tanecznych, związanych na przykład z tańcem ludowym naszego regionu, a to spotkań autorskich z pisarzami czy też podróży po tzw. Muzolandii, to znaczy podziwiania kolejnych, nowych wystaw organizowanych przez tą placówkę. Amelka uwielbia te zajęcia. W ubiegłym roku tak bardzo podobała jej się jedna z wystaw, że postanowiła zaciągnąć na nią niemalże całą swoją rodzinę. Zajęcia odbywają się w każdą środę przed lekcjami. Po szkole natomiast wnuczka zawsze mnie odwiedza i opowiada co się działo w danym dniu w muzeum. Tak też było wczoraj. Amelka była strasznie podekscytowana. Okazało się, że podczas cotygodniowego spotkania dzieci najpierw zwiedziły wystawę pod tytułem „ Zabawy zwierząt w chowanego” a później podzielono dzieciaki na kilka grup. Każdej z nich wręczono zestaw puzzli związanych              z wczorajszą tematyką zajęć. Grupa Amelki miała za zadanie złożyć układankę     o nazwie „Farma”. Każdy zestaw puzzli miał tyle samo elementów. Uczestnicy układali je na czas, a nagrodą było darmowe wejście dla całej rodziny na dowolną wystawę organizowaną w Muzeum. Było dużo śmiechu i zabawy           z nutką zdrowej rywalizacji. Wygrała grupa mojej wnuczki. Amelka stwierdziła, że właściwie puzzle „Farma” wcale nie były trudne do złożenia. Zwyciężczyniom wręczono obiecane wejściówki. Oczywiście wnuczka od razu oznajmiła mi, że będę musiał się z nią wybrać w najbliższą niedzielę na wystawę. Nie przepadam za takimi miejscami, ale co się nie robi dla jedynej wnusi. Z plecaka wyjęła bileciki , które miałem przechować do czasu naszej wycieczki.

wtorek, 19 lipca 2016

Przyjazd Weroniki


W końcu nadszedł długo wyczekiwany urlop i wakacje. Do przejścia na upragnioną emeryturę pozostało mi zaledwie dwa lata, albo aż dwa lata, bo czułem się coraz bardziej zmęczony pracą. Urlop miałem spędzić z moją dwunastoletnią wnuczką Weroniką. Nie mogłem się doczekać jej przyjazdu. Nie widujemy się zbyt często, ponieważ ja mieszkam na wybrzeżu, a ona                     z rodzicami w centrum Polski. Oczywiście zazwyczaj okres wakacyjny spędza       u nas. Mieszkam z żoną w małej nadmorskiej miejscowości. Do pięknej, piaszczystej plaży mamy zaledwie dziesięć minut drogi. Weronika przyjechała      z rodzicami późnym wieczorem. Pomimo zmęczenia kilkugodzinną podróżą długo jeszcze siedzieliśmy i rozmawialiśmy . Następnego dnia udaliśmy się oczywiście na spacer brzegiem morza. Pogoda dopisywała. To był udany dzień. W niedzielę  z samego rana córka z zięciem wyruszyli do domu, by                       w poniedziałek stawić się w pracy, a my zostaliśmy sami z Weroniką. Niestety, ku naszemu wielkiemu niezadowoleniu, pogoda spłatała nam figla                          i z planowanego plażowania musieliśmy zrezygnować. Po śniadaniu pojechaliśmy na zakupy. Przechodząc obok jednej z wystaw sklepowych Weroniki uwagę przykuły puzzle „ Baśniowa kraina-puzzle romantic”. Rzeczywiście miały wyjątkowo piękną szatę graficzną. Pomyślałem, że brzydki, pochmurny dzień można by spędzić na ich układaniu. Wszedłem do sklepu            i kupiłem układankę. Po powrocie do domu od razu wzięliśmy się za zabawę. Puzzle składały się aż z tysiąca elementów. Nie było więc prostą sprawą złożenie ich w całość. Podeszliśmy jednak do tematu bardzo poważnie                   i postanowiliśmy nie dać za wygraną. W międzyczasie podjadaliśmy świeżo upieczony przez babcię placek z truskawkami, który Weronika wprost uwielbia. Wieczorem wnuczka dołożyła ostatni element układanki. „Baśniowa kraina- puzzle romantic” w dość sporych wymiarach uroczyście prezentowały się na stole. Byliśmy z siebie naprawdę dumni. Postanowiliśmy to uczcić                           i zamówiliśmy pyszną pizzę. Zmęczeni pracochłonnym zadaniem poszliśmy spać. Następnego dnia nie było już śladu po ciężkich, ciemnych chmurach. Świeciło słońce i zapraszało nas na plażę. Na całe szczęście przez kolejne dwa tygodnie aura nam sprzyjała, więc harcy w morskich falach nie było końca. Niestety urlop minął o wiele za szybko, ale Weronika została u nas do końca wakacji.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Last Minute


Wreszcie nadeszły upragnione przez wszystkich wakacje. Mój wnuk odkąd wrócił ze szkolnej wycieczki z Międzyzdrojów, nie mówił o niczym innym jak  o wspólnych, rodzinnych  wakacjach nad morzem . Osobiście nie miałem nic przeciwko temu pomysłowi, ale córka   miała kiedyś nieprzyjemny wypoczynek we Władysławowie. Całe dziesięć dni pobytu lało jak z cebra i odtąd nie chciała słyszeć o wakacjach nad polskim morzem. Właściwie to mieliśmy jeszcze sporo czasu by się nad tym zastanowić. Ofert wakacyjnych było bez liku. Córka urlop miała zaplanowany w połowie lipca, więc liczyła na jakąś okazję , typu last minute. Koniecznie chciała wakacje spędzić w Chorwacji . Upatrzyła sobie urokliwą Riwierę Makarską i  codziennie śledziła okazje na stronach internetowych najlepszych biur podróży. Dwa dni przeplanowanym urlopem trafiła się bardzo okazyjna oferta, ale do Grecji na wyspę Korfu. Właściwie nie było się nad czym zastanawiać. Zarezerwowała tygodniowy pobyt i już                w poniedziałek siedzieliśmy w samolocie. Czterogwiazdkowy hotel robił wrażenie. Zaraz po zakwaterowaniu postanowiliśmy skorzystać z  pięknego słońca i kompleksu basenów. Oferta zawierała pełne wyżywienie, więc o posiłki nie musieliśmy się wcale martwić. Wieczorem dodatkowa atrakcją były konkursy i animacje dla najmłodszych, w tym konkurs tańca, w którym mój wnuczek zdobył zaszczytne drugie miejsce. Nagrodą były puzzle z widokiem na wyspę Korfu. Igor był  przeszczęśliwy. Harce i zabawy trwały do późnych godzin wieczornych. Gdy zmęczeni położyliśmy się do łóżek wnuczek przyznał, że jednak takie wakacje są wiele fajniejsze niż jego wycieczka do Międzyzdrojów.   Z samego rana  zanim jeszcze udaliśmy się na plażę musiałem z Igorem złożyć   w całość jego zdobyczne puzzle. Tydzień na wyspie Korfu upłynął nam strasznie szybko, ale z pewnością będą to jedne z najlepszych wakacji jakich mogłem doświadczyć. Najbardziej jednak cieszył mnie fakt, że równie zadowolony z tego wyjazdu był  Igorek. Mieliśmy całą masę fantastycznych zdjęć i wiele wspaniałych wspomnień, włącznie z wygranymi przez wnuka puzzlami                w konkursie tańca.

 

piątek, 8 lipca 2016

Niedzielna wycieczka


W ubiegła niedzielę wybraliśmy się całą rodzinką na wycieczkę. Korzystając ze wspaniałej pogody postanowiliśmy tym razem czas wolny spędzić na łonie natury. Od wielu lat mamy swoje ulubione miejsce piknikowe, które zna bardzo niewiele osób. Szanse zatem na to, że będziemy mieli towarzystwo są naprawdę bardzo niewielkie. Od samego rana moja małżonka uwijała się           w kuchni, by przygotować kosz piknikowy, pełny smakowitości. Ja natomiast przygotowywałem swój zestaw wędkarski no i oczywiście zapakowałem podróżnego grilla, którego nie mogło przecież zabraknąć podczas tej wyprawy. Gdy wszystko było już dopięte na ostatni guzik, pojechaliśmy po córkę , zięcia      i wnuków. Jak przewidywałem musieliśmy na nich czekać dobre pół godziny.      W końcu wyruszyliśmy.  Do celu naszej podroży mieliśmy niespełna trzydzieści kilometrów. Gdy dotarliśmy na miejsce chłopcy radośnie wybiegli na łąkę pograć w piłkę. Żona z córką rozłożyła koce piknikowe , a ja  przygotowałem swój sprzęt wędkarski i usadowiłem się wygodnie na brzegiem rzeki. Pogoda rzeczywiście była wspaniała, nie za zimno nie za gorąco, w sam raz na odpoczynek na świeżym powietrzu. Po godzinie uganiania się za piłką chłopcy postanowili troszkę odpocząć. Ułożyli się wygodnie na kocach i wyciągnęli swoje ulubione karty Zootopia-Gra Piotruś. Ja zająłem się rozpalaniem grilla, bo nadeszła pora obiadowa i każdemu zaczęło burczeć w brzuchach. Z zadowoloną miną układałem na tackach kiełbaski, kaszaneczki i swój ulubiony karczek. Teraz trzeba była troszkę cierpliwości, żeby w końcu można było nasycić się pysznym jedzeniem. Usadowiłem się w wygodnym krześle turystycznym                               i z zaciekawieniem obserwowałem jak maluchy rozgrywają kolejną partyjkę. Karty Zootopia-Gra Piotruś kupili kiedyś na szkolnej wycieczce. Odtąd nie rozstawali się z nimi podczas wszelkich podróży i wyjazdów. W końcu  można było skosztować grillowanych pyszności. Córka zrobiła moja ulubioną suróweczkę. Jedzenie na świeżym powietrzu smakuje o niebo lepiej niż               w czterech ścianach. Po obiedzie nadszedł czas na błogie lenistwo. Udało mi złapać krótką drzemkę. W końcu nadszedł czas powrotu. Z żalem pakowaliśmy opustoszałe kosze piknikowe do samochodu, ale ta niedziela upłynęła mi wyjątkowo przyjemnie.

środa, 6 lipca 2016

Kontrola


Moja nastoletnia córka niemalże każdy weekend spędza ze swoimi przyjaciółmi na działce. Za miesiąc kończy osiemnaście lat, więc nawet nie wypada momentami czegoś zabronić. W domu jest posłuchaną ,poukładaną i pomocną dziewczyną. Cały tydzień od poniedziałku do piątku poświęca nauce, więc właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby mogła przy weekendzie troszkę odpocząć i się zrelaksować . Nasza działka leży nad dużym sztucznym zbiornikiem wodnym. Trzy lata temu, kiedy ją kupiliśmy od razu postanowiliśmy wybudować na niej niewielki domek letniskowy. Tak więc na przestrzeni zaledwie kilku lat udało nam się doprowadzić naszą działeczkę do stanu niemalże doskonałego. Przede wszystkim w domku można mieszkać całe lato. Na parterze znajduje się salonik z aneksem kuchennym i małą łazieneczką, a na poddaszu dwa pokoiki .Nasza działka graniczy z lasem, a do zbiornika wodnego jest zaledwie pięć minut drogi. Wcale nie dziwię się mojej córce i jej przyjaciołom, że tak lubią spędzać tam czas. Jednakże jak każdy rodzić początkowo miałem pewne obawy co do tych ich wspólnych wypadów.              W końcu człowiek też kiedyś był młody i niekiedy do głowy przychodziły głupie pomysły. Żeby rozwiać moje wątpliwości żona pewnego weekendu zaproponowała, żebyśmy zajrzeli do dzieciaków i pod pretekstem dostarczenia na przykład pizzy przeprowadzili małą kontrolę . Pomysł wydawał się całkiem dobry. Cała drogę trochę się denerwowałem , czy aby nie zastanę tam czegoś czego nie chciałbym zobaczyć. Zapukaliśmy do drzwi. Otworzyła Anna,  przyjaciółka mojej córki. Z  uśmiechem na twarzy zaprosiła nas do środka. Cała ekipa w małym saloniku grała w grę „ Kalejdoskop 50 gier”. Podałem dzieciakom pizzę i trochę byłem zmieszany, że mogłem podejrzewać moją ukochana córeczkę o złe zachowanie. Dzieciaki  ucieszyły się na widok pysznego jedzonka i zaprosiły nas do wspólnej gry. Spojrzałem na córkę, chcąc sprawdzić czy przypadkiem nie ma do nas żalu o ten nalot. Ale w jej oczach ujrzałem zadowolenie, zupełnie tak jakby chciał powiedzieć, to fajnie, że przyjechaliście       i mogliście zobaczyć w jaki sposób spędzam czas ze swoimi znajomymi. Uspokojony usiadłem do gry. Spędziliśmy cudowny wieczór. Do tej pory nie miałem okazji tak dobrze poznać przyjaciół córki. Wyjeżdżając, poprosiłem moją jedynaczkę, by pożyczyła nam tą wspaniałą grę „ Kalejdoskop 50 gier”, bo w planach miałem zaprosić sąsiadów na małą rozgrywkę.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Klapa


Niedawno moja firma zatrudniła nowego technologa. Traf chciał, że świeżo upieczonego pracownika ulokowano właśnie w moim pokoju. Początkowo wydawał mi się zarozumiały, ale z czasem zaczęliśmy się całkiem nieźle dogadywać. Robert, bo tak miał na imię mój nowy współpracownik chcąc zapewne zacieśnić naszą znajomość zaprosił mnie z rodziną na kolację. Jak się okazało mieszkał kilka przecznic od nas. Przed planowaną wizytą miałem oczywiście w domu małe piekiełko. Moja żona niemalże tydzień czasu biegała po sklepach, by znaleźć odpowiednią kreację na tę okazję. W końcu nadszedł dzień próby. W drodze do Roberta zatrzymaliśmy się przy najlepszym w naszym mieście sklepie z alkoholami i kupiliśmy wino dla pani domu. Zabraliśmy oczywiście ze sobą naszą jedyną pociechę Julkę. Miałem nadzieję, że nie będzie się nudziła, gdyż Robert z żoną również wychowywali córeczkę w podobnym wieku. Przywitaliśmy się serdecznie i usiedliśmy do wspólnej kolacji. Nasze żony od razu przypadły sobie do gustu, w przeciwieństwie do dziewczynek. Pomimo naszych wysiłków nie mogły znaleźć wspólnych zainteresowań. Nastąpiła totalna klapa. Takiego obrotu sprawy nikt z nas się nie spodziewał  W końcu żona Roberta przyniosła do salonu ulubione puzzle ich córeczki „Jej wysokość Zosia” i poprosiła dziewczynki, by spróbowały złożyć je w całość. To był strzał     w dziesiątkę. Każda chciała udowodnić, że taka układanka to dla niej pestka. My w tym czasie mogliśmy dalej prowadzić naszą rozmowę. Okazało się, że żona Roberta ma w centrum handlowym własny butik z damskimi ciuszkami. Przyniosła katalog, z którego właśnie miała dokonać wyboru nowej kolekcji jesienno-zimowej. Moja Zośka była zachwycona, tym bardziej, że otrzymała kupon rabatowy na cały asortyment. My natomiast z Robertem wnikliwie analizowaliśmy ostatni problem naszej kłopotliwej linii produkcyjnej. Tak bardzo pochłonięci byliśmy dyskusją, że nawet nie zauważyliśmy, że nasze córeczki zaczęły się całkiem nieźle dogadywać. Ułożyły w całość puzzle „Jej wysokość Zosia’” i pobiegły do dziecinnego pokoju, wesoło podskakując. To była całkiem udana kolacja.