Niedawno mieliśmy z małżonką na kilka dni pod opiekę naszą
ośmioletnią wnuczkę Olę. Moja córka z zięciem wyjechali, jak co roku, ze swoimi
starymi znajomymi w góry. Olunia bardzo lubiła nas odwiedzać. Mieszkaliśmy na
wsi i prowadziliśmy niewielkie gospodarstwo.
Hodowaliśmy też króliki, które Ola wprost uwielbiała. Mogłaby całymi dniami się
nimi zajmować. Poza tym w sąsiedztwie mieszkała
dziewczynka w tym samym wieku co Ola. Za każdym razem , gdy przyjeżdżała do nas
wnuczka, dziewczynki nie mogły się rozstać i bawiły się w najlepsze. Ada , bo tak miała
na imię nasza sąsiadeczka na wieść o
przyjeździe Oli postanowiła upiec razem z mamą pyszny placek z
truskawkami. Wnuczkę rodzice przywieźli w piątkowe popołudnie . Miała zostać u
nas do środy. |Gdy tylko córka z zięciem zajechali pod dom, czekała tam na nich
również Ada ze świeżo upieczonym ciastem. Zaprosiliśmy więc małą sąsiadkę do
siebie. Dziewczynki wpadły sobie w ramiona. To było przeurocze przywitanie. Ola
była tak pochłonięta rozmową z Adą , że nawet nie zauważyła, kiedy odjechali
jej rodzice. Niestety zbliżał się już późny wieczór i należało kłaść się spać.
Następnego dnia z samego rana Ola wyjęła z plecaka swój nowy nabytek Wrotkarski
Zestaw Make-up Soy Luna i pobiegła do Ady. Około południa postanowiłem
sprawdzić co się dzieje u sąsiadów. Dziewczynki bawiły się w najlepsze.
Przebierały się w sukienki, zakładały pantofelki i korale i robiły sobie makijaż. Wyglądały
jak małe modnisie. Postanowiłem uwiecznić to na zdjęciu. Z trudem jednak
przekonałem Olę, by wróciła na chwilę do
domu, zjeść obiad, który właśnie przygotowała jej babcia. Po posiłku
wnuczka z powrotem
pognała do sąsiadów. Dziewczynki bawiły się cały dzień. Wieczorem zapytałem
Oli, czy nie zapomniała przypadkiem o swoich ulubieńcach. Wtedy wnuczka
wyskoczyła z domu jak oparzona i pobiegła do królików. Te kilka dni minęło
bardzo szybko. Gdy w środę nadszedł czas powrotu do domu, Ada nie ukrywała łez.
Ola jednak, by pocieszyć przyjaciółkę , ofiarowała jej swój ulubiony Wrotkarski
Zestaw Make-up Soy Luna i obiecała, że postara się zawitać jak tylko to będzie
możliwe.
piątek, 20 października 2017
wtorek, 17 października 2017
Urodziny na kręgielni
Niedawno mój syn został zaproszony na przyjęcie urodzinowe naszego
małego sąsiada Wiktorka. Impreza miała odbyć się w pobliskiej kręgielni.
Najpierw jednak musieliśmy zorganizować prezent urodzinowy. W tym celu
wybraliśmy się z Igorem, moim synem, do centrum handlowego. Zabawek było
mnóstwo. Zastanawialiśmy się nad zakupem jakiejś ciekawej gry planszowej.
Wiktorek od najmłodszych lat bardzo lubił piłkę nożną, więc postanowiliśmy
poszukać gry związanej z tą dziedziną sportu. Nie było to łatwe zadanie. W
pewnym momencie Igor zauważył na sklepowej półce doskonale znaną grę planszową
dla dzieci, lecz w nowej odsłonie o nazwie Kapsle Football. Był to produkt
znanej polskiej marki Trefl. Można więc było spodziewać się jej ciekawej formy.
Przeczytaliśmy dokładnie opis gry i stwierdziliśmy jednoznacznie , że będzie
doskonałym prezentem dla małego Wiktora, który miał za kilka dni skończyć
siedem lat. Poprosiliśmy też sprzedawczynię o zapakowanie prezentu. Zadowoleni
wróciliśmy do domu. Przyjęcie urodzinowe zaplanowano na piątkowy wieczór. Igor
z niecierpliwością odliczał dni. W końcu
nadszedł piątek. Odebrałem syna ze szkoły. W domu małżonka zajęła się dobraniem
odpowiedniego stroju. Po niecałej godzince Igor wyglądał wyjątkowo uroczyście.
Zabraliśmy prezent i pojechaliśmy na kręgielnię. Byliśmy tam pierwszy raz,
bowiem otworzono ją stosunkowo niedawno, raptem kilka miesięcy temu. Musieliśmy
przyznać, że robiła wrażenie. Było nowocześnie, ale i bardzo przytulnie.
Powitał nas Wiktorek. Złożyliśmy mu życzenia, a Igor wręczył prezent. Byliśmy
pierwszymi gośćmi. Postanowiłem nie przeszkadzać w przyjęciu i odebrać Igora po zakończonej zabawie. Zanim
jednak opuściłem lokal Wiktorek poprosił mnie o pomoc w odpakowaniu prezentu.
Usiedliśmy przy stoliku. Gdy otworzyłem pieczołowicie zapakowaną grę, jubilat
podskoczył z zachwytu. Kapsle Football bardzo mu się spodobały. Ucieszyłem się,
że udało nam się trafić z prezentem w gust małego jubilata. Przyjęcie trwało
ponad dwie godziny. Po tym czasie zabrałem Igora do domu. Był szczęśliwy, ale
i zmęczony zabawą. Stwierdził, że gra w
kręgle bardzo mu się spodobała i chętnie odwiedzałby to miejsce o wiele częściej.
piątek, 13 października 2017
Anty - monopoly
Kilka dni temu moja córka poprosiła
mnie, bym zajął się moją pięcioletnią wnuczką Marysią, ponieważ
uczestniczy w ważnym szkoleniu.
Przyjechałem więc do córki z samego rana w piątek. Marysia ucieszyła się na mój
widok, bo zawsze staram się wymyślać jakieś śmieszne zabawy. Adrian, jej
starszy brat szykował się właśnie do szkoły. Po chwili zostaliśmy sami. Marysia
właściwie powinna być tego dnia w przedszkolu, ale całą noc miała temperaturę i
źle się czuła. Narzekała też na brzuszek. Córka zostawiła mi lekarstwa i
objaśniła sposób ich podawania. Wnuczka leżała w łóżku i nie miała ochoty na
zabawę. Postanowiłem poczytać jej ulubioną bajkę. Nadal źle się czuła. Przed
południem wrócił do domu Adrian. Byłem zły , bo zaprosił do siebie kolegów.
Poprosiłem więc go, żeby zachowywali się najciszej jak potrafią, bo Marysia
właśnie zasypia. Ku mojemu zaskoczeniu chłopcy byli tak cicho, ze wydawałoby
się , że wcale ich nie ma .Zajrzałem do pokoju. Siedzieli na dywanie i grali w
grę planszową anty-monopoly. Zapytałem, czy nie chcą czegoś przekąsić.
Poprosili jedynie o sok. Gdy wróciłem z napojem, usiadłem przy nich na chwilkę
, bacznie przyglądając się rozgrywce. Adrian się uśmiechnął, bo wiedział, że
jestem zaskoczony, że chłopcy potrafią bawić się w ciszy. Ku mojemu zaskoczeniu
gra anty-monopoly wciągnęła mnie , choć byłem tylko widzem. Stwierdziłem
jednak, że to naprawdę ciekawa propozycja dla starszych dzieciaków i nie tylko.
Cieszył mnie ponadto fakt, że nie wszyscy chłopcy siedzą tylko przed
komputerami. Po pewnym czasie Marysia się przebudziła. Podałem jej lekarstwo,
zgodnie z zaleceniami mamy. Czuła się już znacznie lepiej. Zajrzałem do
lodówki, bo wiedziałem , że córka z pewnością przygotowała dla nas jakiś obiad.
Rozśmieszyły mnie jedynie karteczki na garnuszkach : „ Dla Marysi” i „ Dla chłopców”. Po
posiłku Marysia poprosiła, bym włączył jej telewizor. Koledzy Adriana poszli do
domu, a wnuczek postanowił odrobić część lekcji, pomimo tego, że był dopiero
piątek. Wieczorem przyjechała córka i mogłem wrócić do domu.
czwartek, 12 października 2017
Przyjaciele
Od wielu lat mieszkamy z małżonką na wsi . Nasze dzieci
wyedukowały się i przeniosły do dużych miast. Zostaliśmy sami
na gospodarstwie. Nie było ono duże, ale pracy nie brakowało. Na całe szczęście
zawsze mogliśmy liczyć na pomoc naszych sąsiadów. Byli od nas dużo młodsi i
mieli więcej sił i pomimo tego, że sami czasem nie wiedzieli w co włożyć ręce
nigdy nie odmawiali pomocy. Nawet nie trzeba było ich o coś prosić, sami ją
proponowali. Mieli dwójkę małych dzieci, z czego jedno niedawno skończyło
zaledwie roczek. Nie mieli gospodarstwa, ale byli bardzo pracowici. Sąsiadka Julita
opiekowała się dziećmi, a jej mąż Robert pracował w mieście na budowie. Niedawno jednak
stracił pracę i zaczęło brakować im niemal na wszystko. Okazało się , że
znalezienie nowej posady wcale nie jest takie proste, pomimo tego, że bezrobocie w kraju spadało. Nadszedł
więc moment, byśmy mogli się odwdzięczyć sąsiadom za wieloletnią pomoc w
gospodarce. Małżonka zanosiła im jajka, mięso, warzywa, wszystko to czym tylko
mogliśmy się podzielić. Początkowo nie chcieli nic przyjąć, ale ciężka sytuacja
zmusiła do przyjęcia naszej pomocy. Robert zaczął dorabiać na pół etatu w
jakiejś firmie, ale były to grosze, za które nie sposób było utrzymać czteroosobowej
rodziny. Kupowaliśmy maluchom niezbędną odzież, a nawet zabawki. Niedawno
najmłodszy synek skończył roczek. Małżonka pojechała więc do miasta i kupiła
maluszkowi zabawkę o śmiesznej nazwie Akuku Stuku Puku . Wieczorem zawitaliśmy
do sąsiadów z ciastem i upominkiem. Julita rozpłakała się na widok prezentu. Zaprosiła
nas do salonu. Odpakowała go, a ja wziąłem maluszka na kolanka. Pokazywałem mu
jak bawić się nową zabaweczką Akuku Stuku Puku . Julitka pokroiła ciasto i
zaparzyła herbatę. Tego wieczoru chyba wszyscy zrozumieliśmy, że staliśmy się
dla siebie kimś więcej, niż tylko sąsiadami. Kilka dni później przybiegł do nas
Robert z radosną wieścią, że w końcu udało mu się znaleźć dobrą posadę. Bardzo
nas ta wiadomość ucieszyła. Po pierwszej wypłacie, sąsiedzi zaprosili nas na
kolację w podziękowaniach za okazaną pomoc i serce.
poniedziałek, 9 października 2017
Grzybobranie
Od dziecka uwielbiałem jeździć z moim tatą i dziadkiem do
lasu. To były niesamowite wyprawy. Oboje
byli leśnikami i na temat roślin i zwierząt leśnych wiedzieli chyba niemal
wszystko. Już w bardzo młodym wieku postanowiłem podtrzymać tradycję rodzinną,
skończyłem szkołę leśną i tak jak oni całe swoje życie poświęciłem dla lasu. W
moje ślady poszli też moi dwaj synowie. Bardzo więc chciałem, zarazić swoją
pasją mojego sześcioletniego wnuczka Oskarka. On jednak wydawał się być
zupełnie niezainteresowany. Często namawiałem go, by pojechał ze mną na
wycieczkę do lasu, ale zawsze było coś innego ważniejszego. Ostatniej jednak
niedzieli, ku mojemu zaskoczeniu, Oskar zadzwonił do mnie i spytał, czy nie
moglibyśmy pojechać razem na grzyby. Nie mogłem uwierzyć w to, że mój oporny
wnuczek sam ze swojej własnej , niewymuszonej woli, zaproponował wyprawę do
lasu. Byłem przeszczęśliwy. Czym prędzej wsiadłem w samochód i już po
kilkunastu minutach pędziliśmy w stronę mego ukochanego gaju. W lesie
spędziliśmy całe popołudnie. Udało nam się uzbierać cały koszyk prawdziwków i
koźlaków. Najbardziej cieszyło mnie to, że Oskarkowi ta wyprawa bardzo się
spodobała i zapytał czy możemy ją niebawem powtórzyć. Odwiozłem malucha do domu
i w drodze powrotnej wszedłem do sklepu, by kupić sobie coś do picia. Na jednej
z półek sklepowych zauważyłem grę planszową o nazwie Grzybobranie w Zielonym
Gaju. Pomyślałem, że byłaby to miła pamiątka z dzisiejszego dnia. Cena nie była zbyt
wygórowana, więc kupiłem grę i pojechałem z powrotem do Oskara. Wnuczek
akurat się kąpał. Postanowiłem poczekać by wręczyć mu niespodziankę . Córka
poczęstowała mnie kawałkiem pysznego ciasta i herbatką. Opowiadała, że Oskar po
przyjeździe z lasu był bardzo podekscytowany . Miło było to słyszeć. Gdy tylko
wyszedł z łazienki, zawołałem go, kazałem zamknąć oczy i wyciągnąć rączki.
Położyłem na jego dłoniach grę Grzybobranie w Zielonym Gaju. Gdy je otworzył
był mocno zaskoczony, ale i uradowany. Podziękował mi i pobiegł do swojego
pokoiku, by spokojnie przyjrzeć się podarunkowi. Teraz mogłem spokojnie wrócić
do swojego domu.
piątek, 6 października 2017
Niespodzianka
Właśnie zbliżały się imieniny mojej jedynej, aczkolwiek dorosłej już
córeczki Ilonki. Jak zwykle miałem ogromny problem z zakupem dla niej
odpowiedniego prezentu. Zazwyczaj kupowałem jej kwiaty i ulubione perfumy,
których nazwę znałem już na pamięć. Kilka dni temu jednak doznałem olśnienia.
Jakiś czas temu Ilona opowiadała mi o swojej ostatniej wizycie u swoich znajomych. Była zachwycona ich
genialnym pomysłem na spędzenie wieczoru towarzyskiego, a właściwie grą
towarzyską Ego Love firmy Trefl, która stała się całą atrakcją imprezy.
Pomyślałem więc, że byłby to ciekawy i oryginalny pomysł na upominek.
Następnego dnia wybrałem się do centrum miasta w poszukiwaniu gry. Niestety nie
mogłem sobie dokładnie przypomnieć jej nazwy. Wszedłem więc do sklepu i poprosiłem
o pomoc sprzedawczynię. Na całe szczęście pamiętałem, że była to pozycja firmy
Trefl i potrafiłem określić, jakie były jej zasady. Całą swoją wiedzę dokładnie
przekazałem sympatycznej pani, by ułatwić jej to , zdawałoby się , że dość
trudne zadanie. Jak się jednak okazało szczegóły, które zapamiętałem z
opowieśći mojej córki w zupełności wystarczyły sprzedawczyni, by rozpoznać, o
jaką grę konkretnie mi chodzi. Po kilkunastu minutach mogłem odetchnąć z ulgą.
Gra Ego Love firmy Trefl, była już w moim posiadaniu. Zapłaciłem za zakupy i
zadowolony wróciłem do domu. W drodze powrotnej kupiłem jeszcze bukiet pięknie
pachnących frezji. Moja córka je uwielbiała.Przyjęcie imieninowe Ilonka
zaplanowała tym razem na naszej działce.
Pomimo, że mieliśmy dopiero początek września pogoda była wspaniała, temperatury od kilku dni oscylowały w
granicach dwudziestu stopni, a słoneczko mocno przygrzewało. Byłem pierwszym z
przybyłych gości. Złożyłem córce życzenia i wręczyłem upominek i poprosiłem ,
by odpakowała prezent. Jakaż była zaskoczona , gdy zobaczyła w środku grę Ego
Love. Ucałowała mnie mocno. Byłem zadowolony, że mogłem ją pozytywnie
zaskoczyć. Czekaliśmy na przybycie pozostałych gości, a później zagraliśmy w grę, którą tak zachwalała córka.
Rzeczywiście musiałem przyznać, że zabawa była wyśmienita.
wtorek, 3 października 2017
Z wizytą u znajomych
Jakiś czas temu zostaliśmy zaproszeni przez naszych dobrych
znajomych na kolację. Przez kilka miesięcy do nich nie zaglądaliśmy, gdyż
przechodzili długą i żmudną drogę przez procedurę adopcyjną . Basia z Markiem
od bodajże sześciu lat starali się o dziecko. Niestety szereg badań
jednoznacznie wykluczył własne potomstwo. Decyzja o adopcji dziecka zajęła im
sporo czasu i należała do najtrudniejszych w ich życiu. Staraliśmy się z
małżonką wspierać ich jak tylko mogliśmy. Właściwie wiedzieliśmy o każdym
kolejnym kroku i decyzji. Po przejściu pierwszego etapu kwalifikacyjnego
zaczęli odwiedzać dom dziecka dla najmłodszych. Po kilku wizytach do serca
przypadła im dwuletnia dziewczynka o imieniu Adrianna. Od tamtej pory
regularnie ją odwiedzali, a ich więź stawała się coraz silniejsza. Nadszedł wreszcie
moment, gdy mogli zabrać malutką do domu. Szybko się zaaklimatyzowała. Dopiero
wtedy Basia z Markiem zaprosiła nas do siebie, byśmy mogli poznać ich córeczkę. Osobiście byłem troszkę
zestresowany tą wizytą . Pierwszy raz miałem do czynienia z taką sytuacją.
Kupiliśmy Adriannie Liczydło 1,2,3 liczysz Ty, zabawkę edukacyjną firmy Trefl.
Miałem nadzieję, że nas polubi. Gdy zapukaliśmy do drzwi, otworzyła nam Basia.
Za nią nieśmiale wyglądała malutka dziewczynka o ogromnych niebieskich oczach.
Basia przedstawiła nas i powiedziała, że jesteśmy przyjaciółmi. Po tych słowach
Adrianna powolutku podeszła do nas i się ukłoniła. Małżonka wręczyła jej
podarunek. Na jej buzi pojawił się promienny uśmiech. Przyglądałem jej się przez
chwilkę. Wyglądała uroczo. Miała bujne blond loczki i błękitną sukienkę,
podkreślającą kolor jej oczu. Gdy zasiedliśmy do stołu, podeszła do mnie i poprosiła
bym się z nią pobawił nowym drewnianym Liczydłem 1,2,3 liczysz Ty. Poczułem się
wyróżniony i pomyślałem, że to dobry początek naszej znajomości. Basia była
szczęśliwa, że mała tak szybko złapała z nami kontakt, gdyż zazwyczaj była bardzo nieufna w stosunku do
nieznajomych. Pod koniec naszej wizyty spytałem Adriannę, czy teraz ona nas
odwiedzi . Skinęła głową i szeroko się uśmiechnęła. Wszyscy odetchnęliśmy z
ulgą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)