Nastały brzydkie jesienne dni. Bardzo nie lubię tej pory
roku. Jest zazwyczaj szaro, deszczowo i ponuro. Większość czasu spędza się w
domu. Na całe szczęście mamy bardzo fajnych sąsiadów, z którymi często spędzamy
te monotonne wieczory. To bardzo sympatyczna i
wesoła para. Nie sposób się nudzić w ich towarzystwie. Mieszkają dwa
piętra wyżej, więc gdy tylko doskwiera nam nuda wykonujemy jeden telefon i
można być pewnym, że wieczór będzie ciekawy. Zazwyczaj wspólny czas spędzamy
grając w jakieś gry. Ostatnio każde spotkanie kończyło się zabawą w kalambury.
Niedawno jednak miałem okazję odwiedzić hurtownię z zabawkami. Kupowałem wtedy
prezent dla mojej siostrzenicy Ady z okazji jej ósmych urodzin. Przechodząc
jednak obok stoiska z grami planszowymi, zatrzymałem się na chwilę. Uwagę moją
przykuła nowość firmy Trefl, a mianowicie gra
„ 5 sekund” . Gdy spytałem ekspedientki o opinie klientów, przekonywała
mnie ,że to rewelacyjna pozycja. Zapoznałem się z regułami gry. Wydawała się
całkiem ciekawa. Cena też nie była zbyt wygórowana. Za namową sympatycznej pani
,skusiłem się i ją kupiłem. Był piątek, więc po powrocie do domu zadzwoniłem do
moich ulubionych sąsiadów i zaprosiłem ich na małą partyjkę. Byli przekonani,
że będziemy znów grali w
kalambury. Żona przygotowała mały poczęstunek, a ja zaprezentowałem gościom
moją nową zdobycz. Byli nieco zaskoczeni. Stwierdzili nawet, że skoro kupiłem
ją w sklepie z zabawkami, jest to gra
przeznaczona dla dzieciaków. Przedstawiłem reguły gry . Na pozór były
rzeczywiście proste, gdy jednak rozpoczęliśmy rozgrywkę, nikomu nie było już do
śmiechu. Każdy chciał być najlepszy i najmądrzejszy. Najlepsze jest jednak to,
że o ile pytania wymagające wiedzy specjalistycznej nie sprawiały zazwyczaj
żadnego problemu, to pytania z pozoru
banalne wprawiały graczy wręcz w osłupienie. Rywalizacja była zacięta, ale
pomimo bojowych nastrojów, grze „ 5
sekund” towarzyszyły również pozytywne emocje. Przede wszystkim było mnóstwo
śmiechu. Nasze piątkowe spotkanie skończyło się wyjątkowo późno, ale gra była
tego warta.
piątek, 30 października 2015
środa, 28 października 2015
Puzzle przyjacielem dziecka
Nasz wnuczek Mateusz od kiedy sięgnę pamięcią uwielbiał
układać puzzle. Pasją tą zaraziła go moja siostra, która, gdy Mateusz miał
zaledwie trzy latka zabierała go ze sobą do swojego domu. Miała tam niezliczone
ilości układanek. Niektóre z nich były naprawdę stare. Najbardziej jednak
Mateusz lubił układać puzzle „Kąpiel Prosiaczka”. Może dlatego, że była to jego
ulubiona bajka, a może
dlatego ,że puzzle nie były zbyt skomplikowane i pomimo młodego wieku mógł
zupełnie sam je ułożyć. W każdym razie złapał bakcyla i choć dzisiaj ma już
dziesięć lat nadal lubi je układać. Tydzień temu, przechodząc obok Miejskiego
Domu Kultury zauważyłem plakat zatytułowany „Puzzle przyjacielem dziecka”. Od
razu pomyślałem o Mateuszu. W końcu nie zawsze trafia się taka okazja.
Promowana wystawa puzzli miała odbyć się za kilka dni. Niewiele myśląc
zakupiłem bilety wejściowe i pojechałem wprost do wnuczka. Mateusz odrabiał
lekcje. Nie chciałem przeszkadzać. Usiadłem więc cichutko w kuchni i czekałem cierpliwie, aż
skończy. Zza ściany dobiegało jego biadolenie. Za wszelką cenę chciał bowiem
uniknąć pisania opowiadania. Wszedłem do jego pokoju i oznajmiłem z uśmiechem,
że jeżeli napisze ładne wypracowanie, czeka go bardzo miła niespodzianka, która
z pewnością go ucieszy. Przystał na moje warunki. Córka zrobiła moją ulubioną
herbatkę z cytryną i miodem i usiedliśmy troszkę poplotkować. Po niespełna
godzinie do kuchni wkroczył Mateusz wymachując dumnie skończoną pracą domową.
Przeczytał opowiadanie. Było całkiem dobre, choć wprowadziliśmy kilka poprawek.
W nagrodę wręczyłem mu dwa bilety na
wystawę. Otworzył oczy ze zdumienia, a na jego policzkach pojawiły się
rumieńce. Był zachwycony i podekscytowany. Wystawa
odbyła się w sobotę. Pojechaliśmy na nią razem z moją córką. Mateusz był szczęśliwy. W
pewnym momencie złapał mnie za ręka i
zaprowadził do jednej z gablot z układankami. Nie mogłem uwierzyć własnym
oczom. Pod szklaną taflą leżały ulubione puzzle mojego wnuczka „Kąpiel
Prosiaczka”. Wystawa była rewelacyjna. Warto było ją odwiedzić.
poniedziałek, 26 października 2015
Półkolonie
Wakacje to dla dzieciaków najbardziej wyczekiwany okres. Po
całorocznym wysiłku intelektualnym przychodzi w końcu czas na relaks i
odpoczynek. Dla rodziców, w szczególności posiadających swoje pociechy w wieku
, który nie pozwala na samodzielne pozostawienie ich w domu, to czas dość
problemowy. Można zapisać wprawdzie dziecko na
jakieś półkolonie czy obóz, ale wakacje trwają aż dwa miesiące. Cudem
zatem by było zorganizowanie wypoczynku na cały ten okres. Długo zatem z żoną
debatowaliśmy nad tym tematem. Nasz ośmioletni syn z niechęcią przyjął do
wiadomości, że będzie uczestnikiem organizowanej przez jego szkołę półkolonii.
Twierdził, że podczas wakacji nie ma ochoty uczęszczać do szkoły, nawet jedynie
w celach rozrywkowych. Musiał niestety dostosować się do zaistniałej sytuacji .
Nie mieliśmy innego wyjścia. Pierwsze dwa tygodnie miał spędzić u dziadków na
wsi, kolejne dwa na znienawidzonej półkolonii, następne trzy na przemian ze mną
i żoną i pozostała jeszcze końcówka wakacji, którą jeszcze nie wiedzieliśmy jak
ugryźć. Liczyliśmy na jakiś cud. Niemniej jednak pierwsze dni spędzone u
dziadków upłynęły nad wyraz szybko. Dopiero co nasz syn wyjechał, a już
odbieraliśmy go z powrotem. Nadszedł czas by przygotować go do półkolonii. Całą
niedzielę słuchaliśmy jego narzekań, biadolenia i złośliwych odpowiedzi. W
poniedziałek z samego rana próbował nam wmówić nagłą chorobę. Nagle rozbolał go
strasznie brzuch, zrobiło mu się niedobrze. Podałem mu witaminę C, twierdząc,
że to lekarstwo na jego dolegliwości i zawiozłem do szkoły. Tego dnia zwolniłem
się z pracy, by go odebrać i podpytać opiekunów, jak zachowywał się na
zajęciach. Ku memu zdziwieniu, gdy wszedłem do sali, w której trwały zajęcia
mój syn razem z dwójką
kolegów układali puzzle „Przyjaciele z Krainy Lodu”, chichocząc raz po raz. Gdy
mnie zobaczył, stwierdził stanowczo ,że przyjechałem po niego o wiele za
wcześnie, bo nie zdążyli z chłopakami się pobawić. Wyszedłem więc z sali i poczekałem cierpliwie na zewnątrz. Gdy
zajęcia dobiegły końca, podszedł do mnie zadowolony i nie czekając na moje
pytanie, powiedział, że wcale nie jest aż tak źle na tej półkolonii i może
wytrzyma . Poprosił także, bym kupił mu w sklepie puzzle „Przyjaciele z Krainy
Lodu”, ponieważ mają zamiar z kolegami urządzić sobie zawody w ich układaniu na
czas, a on oczywiście chciał być najlepszy. Przystałem na tę prośbę i
pojechaliśmy do sklepu.
piątek, 23 października 2015
Parapetówka
Niedawno zostaliśmy z żoną zaproszeni przez naszych dawnych
sąsiadów na parapetówkę do ich świeżo wybudowanego domu na obrzeżach naszego
miasta. Basia i Tomasz byli naszymi sąsiadami przez kilka lat, później jednak
wyjechali do Wielkiej Brytani w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Zostali
tam przez blisko pięć lat . Tam też urodziła im się córeczka Pamela, która w ubiegłym miesiącu
skończyła cztery latka. Po okresie ciężkiej pracy na wyspach udało im się
wrócić do Polski i wybudować piękny dom. Tomasz na miejscu mając doskonały fach
w ręku założył własną firmę zajmującą się wykończeniami wnętrz, zaś Basia
otworzyła swój wymarzony salon piękności. Gdy dotarliśmy do ich nowej
posiadłości, zaparło nam dech w piersiach. Na pierwszy plan wysunął się bajkowy
ogród z piękną altaną pośrodku i mnóstwem ozdobnych krzewów i kwiatów. Gdy
zapukaliśmy do drzwi nieśmiało otworzyła
je śliczna dziewczynka o bujnych blond lokach i błękitnych oczach. Wręczyłem
jej mały upominek – puzzle „ Barbie i jej super
przyjaciele”. Zadowolona pobiegła do mamy pochwalić się prezentem. Basia
zaprowadziła nas do obszernego salonu, urządzonego z wyjątkowym gustem i
smakiem. Sądząc po minie mojej żony, oczekiwałem po powrocie do domu lawiny
słów typu : „ a widziałeś
jaki oni mają….”. Powoli zacząłem układać sobie w głowie odpowiedzi na jej
dziwne pytania. Nie mniej jednak dom był rzeczywiście piękny. W salonie
najbardziej spodobał mi się kominek, który gdy zapłonął tworzył wspaniałą,
ciepłą i rodzinną atmosferę. Dom był zbudowany w systemie parterowym z
użytkowym poddaszem mieszkalnym, na którym mieściła się sypialnia rodziców i
pokój dziecięcy. Basia oprowadziła nas po wszystkich zakamarkach. Każde
pomieszczenie było wyjątkowe, ale najbardziej spodobał mi się gabinet Tomasza.
Jego własny azyl. Pomyślałem, że fajnie by było mieć taki własny kąt, gdzie
można się schować i zaszyć choć na chwilę, gdzie nikt ci nie przeszkadza i nie
marudzi. Ostatnim pokoikiem, który pozostał do obejrzenia było małe królestwo
Pamelki. Gdy zajrzeliśmy do środka dziewczynka siedziała na dywaniku i z
zapałem starała się ułożyć puzzle „Barbie i jej super przyjaciele”. Gdy mnie
zobaczyła podbiegła do mnie, chwyciła za rękę i z rozbrajającym uśmiechem
spytała „ Pomożesz mi ? ” wskazując na układankę. Nie śmiałem odmówić.
środa, 21 października 2015
Nieoczekiwane spotkanie
W ubiegłą sobotę zupełnie przypadkiem, przy okazji robienia
zakupów na naszym podmiejskim ryneczku, spotkałem dawnego znajomego , którego
nie widziałem od co najmniej dziesięciu lat. Razem studiowaliśmy na
politechnice w Poznaniu. Przez
ostatnie dwa lata wspólnie wynajmowaliśmy małe mieszkanko niedaleko uczelni. To
były wyjątkowe lata. Bardzo dobrze się dogadywaliśmy, niejedną noc zarwaliśmy,
nawet podobały się nam te same dziewczyny. Wtedy dochodziło do niewielkich
scysji, ale zawsze potrafiliśmy jakoś się dogadać. Po otrzymaniu dyplomów
ukończenia uczelni, każdy z nas wyjechał do swojego rodzinnego miasta. Nasze
drogi się rozeszły. Później docierały do mnie informacje, że Mirek wyjechał do
Niemiec i tam założył rodzinę. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy spotkałem
go przy stoisku z warzywami w
moim rodzinnym mieście. Okazało się, że jego małżonka ma tu babcię, do której
właśnie przyjechali w odwiedziny. Zamieniliśmy kilka słów i wymieniliśmy się telefonami. Po
powrocie do domu opowiedziałem żonie o niezwykłym spotkaniu. Zaproponowała ,
żeby Mirek z żoną wpadli do nas na kolację. Uradowany chwyciłem za telefon i o
godzinie siedemnastej rozległo się głośne pukanie do drzwi. Ku memu zaskoczeniu
towarzyszyła im córeczka, na oko w tym samym wieku co nasza Amelka. Dziewczynki
przypadły sobie do gustu. Po kolacji pobiegły do dziecięcego pokoju, by się
pobawić. Po godzinie zaniepokojeni ciszą zajrzeliśmy do dziewczyn. W skupieniu
układały najnowsze puzzle Amelki „Jej wysokość Zosia”. Były tak pochłonięte
układanką, że nawet nie zauważyły jak cała nasza czwórka stała nad ich głowami.
Gdy w końcu zorientowały się , że są obserwowane nastąpiło takie poruszenie, że
przez przypadek, ze stołu, na którym pracowały, puzzle” Jej wysokość Zosia”
spadły na ziemię i się rozsypały. Dziewczynki były strasznie złe . Z
zaciśniętymi zębami wyprosiły nas z pokoju, by od nowa w spokoju złożyć
układankę. Wróciliśmy zatem do salonu i postanowiliśmy im już nie przeszkadzać.
W końcu one też nie zakłócały nam spotkania.
poniedziałek, 19 października 2015
Monachium
Niedawno pojechaliśmy
z synem i córką do rodziny w Niemczech. Ciotka mieszka w pięknym domu na
obrzeżu Monachium. Ma dwóch synów w
wieku dziesięć i piętnaście lat.
Ciotka Jolanta to młodsza siostra mojej mamy. Gdy miała troszkę ponad
dwadzieścia lat poznała swojego przyszłego męża Wilfrieda i wyjechała do
Niemiec. Spotykamy się bardzo rzadko. Do Monachium jest przeszło tysiąc
dwieście kilometrów, więc podróż jest długa i męcząca. Tym razem jednak postanowiliśmy
wybrać się do niej liniami lotniczymi. W tej chwili ceny biletów nie są zbyt
wygórowane. Właściwie po przeliczeniu kosztów podróży samochodem i samolotem
okazało się, że różnica jest zaledwie dwustu złotych, ale komfort i czas
podróży wart jest dopłacenia tych kilku groszy. Wzięliśmy z żoną kilka dni
urlopu, zamówiliśmy bilety lotnicze i kilka dni później staliśmy już na głównej
płycie portu lotniczego w Monachium. Z podróży najbardziej zadowolony był nasz
syn Igor, gdyż był to jego pierwszy lot. Na lotnisko przyjechał po nas wuj
swoim wielkim Jeepem. Gdy dotarliśmy na miejsce na spotkanie wybiegły
dzieciaki, młodszy Martin i starszy Lukas. Przywitali się z nami i zaprowadzili
do naszych pokoi gościnnych. Dom mieli ogromny. Ciotka przygotowała pyszną
kolację. Po posiłku Igor z Martinem pobiegli do pokojów chłopców, żeby się
pobawić. Synowie ciotki, choć urodzili się w Niemczech świetnie mówią po
polsku. My siedzieliśmy w salonie i rozmawialiśmy. W pewnym
momencie przybiegł do nas Igor, trzymając w ręku jakiś drobiazg. Z podniecenia
mówił tak szybko, że nie mogliśmy go wcale zrozumieć . Chwilę później do salonu
wkroczył Martin, który wytłumaczył nam, że podarował Igorowi swój
VTech-Kidizoom Smart Watch. Martin tłumaczył, że nasz syn był tak zafascynowany
tym zegarkiem, że postanowił mu go dać. Stwierdził, że u nich w Niemczech takie
zabawki elektroniczne, bo VTech-Kidizoom Smart Watch poza wskazywaniem czasu ma
szereg dodatkowych funkcji, które bardziej sprowadzają go do roli zabawki niż
zegarka, nie są drogie i jeszcze zdąży sobie taki kupić. Nasz syn promieniał z
radości. U ciotki spędziliśmy pięć rewelacyjnych dni. Po powrocie do domu, nasz
syn stwierdził, że nigdy nie rozstanie się ze swoim nowym prezentem od Martina.
czwartek, 15 października 2015
Lodowe animacje
W ubiegły weekend pojechaliśmy z synem do Warszawy na pokaz
bajkowych postaci. Wyjazd ten zaplanowany był już prawie miesiąc temu. Któregoś
dnia odebrałem ze szkoły Piotrka. Był bardzo pobudzony. Trzymał w dłoni ulotkę,
reklamującą mający się odbyć w stolicy naszego kraju magiczny show z udziałem najsłynniejszych
postaci z bajek. Okazało się, że tego dnia w szkole na lekcji wychowawczej, do
klasy Piotra zawitał przedstawiciel firmy organizującej pokaz. Wręczył dzieciakom ulotki, opowiedział o
planie imprezy, a nawet odtworzył na projektorze krótki zwiastun programu.
Dzieci były oczywiście zachwycone, rodzice zapewne troszkę mniej. Ceny wstępu
na ten magiczny show przeszły nasze oczekiwania. Niestety nijak nie dało się
wytłumaczyć Piotrkowi, że to strata pieniędzy. W końcu doszliśmy do kompromisu.
Wycieczka do Warszawy miała być prezentem urodzinowym. Przełknąłem te kilkaset
złotych i zamówiłem bilety wstępu. Do stolicy wyruszyliśmy zaraz po sobotnim
obiedzie. Nie chcieliśmy się spóźnić. Podróż trwała prawie półtorej godziny.
Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że show przyciągnął tłumy widzów.
Sądząc po numerach rejestracyjnych zaparkowanych przed wejściem samochodów,
przyjechali tu ludzie z całej Polski. Była nawet ogólnopolska stacja
telewizyjna. Ponieważ cała impreza miała odbyć się na tafli lodu, założyliśmy
łyżwy i daliśmy ponieść się emocjom. Iluminacje świetlne, wspaniałe podłoże
muzyczne, rewelacyjna choreografia i kostiumy aktorów robiły ogromne wrażenia.
Po zakończonym pokazie bajkowe postacie wmieszały się w tłum dzieciaków.
Piotrek oczywiście na krok nie odstępował ulubionych, bajkowych herosów,
szczególnie IronMana. Przy wyjściu ustawiono stoiska z pamiątkami. Nie zdążyłem
zaprotestować, a mój syn trzymał już
w dłoni zestaw puzzli Avengers. Jego błagalny wzrok nie pozostawiał mi innego
wyjścia, jak zakupić to cudeńko za bagatela pięćdziesiąt złotych. Wycieczka
kosztowała mnie fortunę , ale widząc entuzjazm mojego syna, uznałem, że było
warto. Po powrocie do domu, pomimo późnej godziny, pierwszą rzeczą jaką zrobił
Piotrek było oczywiście złożenie w całość swoich puzzli Avengers, z jego
ulubionymi herosami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)