wtorek, 4 października 2016

Przedszkole



Wakacje właśnie dobiegły końca. Pierwszego września zaprowadziliśmy                z małżonką nasz trzyletnią córeczkę do przedszkola. Bardzo przeżywała  rozstanie z nami i choć przedszkole było kolorowe, panie bardzo serdeczne           i uprzejme to jednak dla tak małego dziecka jest to ogromne przeżycie. Serce mi pękało, gdy Julka uwiesiła mi się na szyi i ze łzami w oczach wręcz błagała żebyśmy jej nie zostawiali.  Żona napięcia nie wytrzymała i musiała jak najszybciej wyjść z sali, by się nie rozkleić. Pani przedszkolanka podeszła do Julci, wzięła ją za rączkę i zaprowadziła do pozostałych dzieci. Ja w tym czasie szybciutko opuściłem mury budynku. Było nam strasznie ciężko, ale wiedzieliśmy, że większość dzieci w ten sposób reaguje i że to tylko kwestia czasu i przyzwyczajenia. Po pracy czym prędzej pojechaliśmy odebrać Julkę. Ku naszemu zaskoczeniu była w doskonałym nastroju. Okazało się, że każde dziecko na powitanie dostało od pani dyrektor drobny upominek w postaci kart „ Gdzie jest Dory? – gra Piotruś”. Ucieszyliśmy się, że trauma minęła i że Julka jest zadowolona . W domu z ochotą opowiadała o poznanych koleżankach                   i zabawkach, jakimi mogą się bawić. Bardzo polubiła swoją panią przedszkolankę. Zrobiło nam się lżej na sercu. Wieczorem w łóżeczku poprosiła mnie, bym zagrał z nią otrzymaną w przedszkolu grę karcianą „ Gdzie jest Dory? – gra Piotruś”. Następnego dnia z rana niestety znów Julka zalała się łzami. Mieliśmy nadzieję, że po miłym dniu spędzonym w przedszkolu, będzie jej łatwiej z  nami się rozstawać. Zaniepokojeni poprosiliśmy panią przedszkolankę o rozmowę. Opiekunka jednak powiedziała nam, że taki stan może potrwać jeszcze kilka dni a nawet tygodni, więc musimy się uzbroić w cierpliwość i dużo z córką rozmawiać, tłumacząc jej ,że każde dziecko zaczyna kiedyś chodzić do przedszkola, potem do szkoły , a jak dorośnie do pracy. Kilka kolejnych dni nie należało do najłatwiejszych, jednak po tygodniu zauważyliśmy pewną poprawę. W końcu w połowie października Julka przyzwyczaiła się do codziennej rutyny     i nasze rozstania przebiegały o wiele spokojniej. Mogliśmy odetchnąć z ulgą.

piątek, 30 września 2016

PLUSZOWA TREFLINKA



Moja  pięcioletnia wnusia Malwinka zawsze przed snem ogląda na dobranoc jakąś bajeczkę .Można właściwie powiedzieć, że to jej wieczorny rytuał. Wszystko zawsze odbywa się w tej samej kolejności, najpierw kolacja, kąpiel, bajka i spanie. Zakłócenie tego porządku powoduje małą histerię, więc rodzice starają się  trzymać stałego schematu. Kilka dni temu na kanale bajkowym telewizji polskiej natknąłem się na nowy serial animowany produkcji firmy Trefl „ Rodzina Treflików”. Razem z Malwinką byliśmy nim zauroczeni. Bajka opowiada śmieszne historie, przekazując najmłodszym widzom wiedzę                 o otaczającym ich świecie. Serial jest  o tyle ciekawy, że jest to musical. Wnuczce bardzo się spodobał. Następnego dnia Malwinka namalowała śliczny obrazek przedstawiający  całą rodzinkę Treflików, poczynając od najmłodszego czteroletniego Treflika, jego sześcioletniej siostry Treflinki ,mamusi, tatusia,         a także latającej na miotle cioci. Obrazek oprawiony przeze mnie w antyramkę trafił oczywiście nad łóżeczko Malwiny. Wieczorem obowiązkowo obejrzeliśmy kolejny odcinek serialu. Tym razem jednak postanowiłem nagrywać kilkuminutowe bajeczki. Chciałem wnuczce zrobić niespodziankę, więc cały wieczór  szperałem  w internecie w nadziei, że uda mi się znaleźć jakieś pluszowe Trefliki. Niestety moje poszukiwania nie odniosły spodziewanego rezultatu. Najprawdopodobniej serial „ Rodzina Treflików” był jeszcze zbyt mało popularny wśród dzieciaków, by zaczęto produkować pluszaki                      z podobiznami przezabawnej rodzinki. Udało mi się jednak znaleźć kontakt do pracowni, która na zamówieni wykonuje takie zabawki. Następnego dnia przedzwoniłem do firmy z zapytaniem , jak w praktyce wygląda i ile kosztuje taka jednostkowa produkcja. Cena była dość wysoka, jednak w przyszłym miesiącu Malwinka będzie obchodziła swoje urodziny. Po dłuższym namyśle zdecydowałem się zamówić pluszaka. Pozostał jeszcze wybór odpowiedniej postaci. Przez kilka najbliższych odcinków uważnie obserwowałem wnuczkę              i podpytywałem , którą z postaci lubi najbardziej. Tak jak podejrzewałem do gustu przypadła jej Treflinka. Wysłałem więc wiadomość z podobizną bajkowej postaci, przelałem pieniążki i czekałem na realizację zamówienia. Pluszak przyszedł po dwóch tygodniach oczekiwania. Idealnie odzwierciedlał małą Treflinkę. Schowałem prezent głęboko do szafy  w oczekiwaniu na dzień urodzin wnuczki

środa, 28 września 2016

Niespodziewana wizyta



Kilka dni temu na miejskim targu, robiąc zakupy , spotkałem swojego starego znajomego z czasów liceum . Piotrek zaraz po skończeniu szkoły średniej wyjechał do Holandii. Tam znalazł dobrze płatną pracę, poznał dziewczynę            i ożenił się. Z tego co do tej pory słyszałem od naszych wspólnych znajomych kilka lat temu urodziły mu się bliźniaki. Spotkanie po tylu latach było rzeczywiście dość nieoczekiwane, choć wydawało mi się , że wcale się nie zmienił, no może troszkę przybrał na wadze. Wymieniliśmy ze sobą kilka zdań co u każdego z nas słychać, co porabiamy, gdzie mieszkamy i pracujemy, wymieniliśmy się telefonami i się rozstaliśmy. Tego dnia, a była to sobota cały czas rozważałem plan wspólnego spotkania, póki jeszcze Piotrek nie wyjechał. Jednak szybciutko moje plany legły w gruzach. Okazało się, że zawitać do nas mają znajomi mojej małżonki z dzieckiem, pięcioletnim Michałkiem. Przyjechali   około godziny siedemnastej i wręczyli naszemu synkowi drobny upominek          w postaci  puzzli „Auta-color”. Jasiek był szczęśliwy , że ma towarzystwo. Kwadrans później rozległo się głośne pukanie do drzwi. Gdy je otworzyłem, byłem tak zaskoczony jak chyba nigdy dotąd w moim życiu . W progu stał Piotrek z małżonką i dwójką urwisów. Na ich spotkanie wybiegli oczywiście także Michaś i Jasiek i aż krzyknęli z zachwytu, że będą mieli kolejnych kolegów do zabawy. Na oko byli w wieku Jaśka. Żona uśmiechnęła się podstępnie i już wiedziałem , że widocznie zaraz po tym jak jej opowiedziałem o nietypowym spotkaniu na miejskim targu, potajemnie uknuła plan wspólnej kolacji. Byłem jej za to wdzięczny. Zasiedliśmy do stołu, a dzieciaki w najlepsze rozpracowywały puzzle  „ Auta-color” .Miały przy tym dużo frajdy . Wprawdzie po zaledwie godzinie wspólnej zabawy pokój Jaśka przypominał pole bitwy, to jednak dzięki temu mieliśmy dla siebie dużo czasu. Nasze spotkanie przeciągnęło się do późnych godzin wieczornych, dzieciaki już dawno pousypiały w naszej sypialni, więc w spokoju mogliśmy kontynuować nasze biesiadowanie.

poniedziałek, 26 września 2016

Konkurs



Jakiś czas temu mój ośmioletni syn Daniel postanowił wziąć udział w konkursie plastycznym który miał dotyczyć jego ulubionej gry komputerowej o nazwie       „ Minecraft ”. Nigdy nie byłem zwolennikiem tego typu rozrywki, jednak niemalże wszystkie dzieciaki w klasie Daniela już dawno miały ją w swoich zbiorach. Nie pozostawało mi więc nic innego , jak jej zakup. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że gra ta ma wiele zalet. Przede wszystkim rozwija wyobraźnię przestrzenną dziecka, a jej podstawowym zadaniem jest ciosanie        i układanie trójwymiarowych bloków tak ,aby przekształcać wedle upodobań stworzony przez siebie wirtualny świat. W grze tej nie ma wygranych ani przegranych, choć jest kilka poziomów osiągnięć. Jak wspomniałem jakiś czas temu mój syn zapragnął wziąć udział w konkursie plastycznym. Stworzoną przez niego pracę dostarczyliśmy w określonym terminie do punktu wskazanego przez organizatora. Teraz należało czekać  na wyniku konkursu, które miały pojawić się na stronie internetowej. Daniel codziennie sprawdzał, czy aby nie ogłoszono już zwycięzców. Choć praca syna wyglądała rzeczywiście imponująco , obawiałem się, że tego typu konkursy nie do końca są uczciwe. Kilka dni temu ku mojemu zaskoczeniu przyszła do nas paczka nadana z Warszawy przez organizatora konkurencji. Daniel zdobył drugie miejsce. Był przeszczęśliwy, jednak nagroda okazała się niewspółmierna do jego wysiłku. Właściwie można by rzec, że była przeznaczona dla dziecka w wieku może pięć albo sześć lat, ale nie ośmiolatka. W misternie zapakowanym pudełeczku znajdowała się bowiem talia tematyczna firmy Trefl „ Auta”. Daniel był zawiedziony. Przykro mi było patrzeć na syna, który  wiele godzin poświęcił swojej pracy, by dostać zabawkę dla malucha. Nic nie mówiąc pojechałem więc do sklepu komputerowego             i kupiłem mu grę, którą polecał pan sprzedawca. Na jej widok Daniel rozpromieniał i wyznał, że bardzo chciał ją dostać. Kamień spadł mi z serca. Następnego dnia talię tematyczną „Auta” zawieźliśmy mojemu pięcioletniemu bratankowi. Adasiowi gra karciana przypadła do gustu. I choć Daniel nie zdobył wymarzonej nagrody to jednak dyplom za zdobycie drugiego miejsca zawisł nad jego łóżkiem.

czwartek, 22 września 2016

Zielona szkoła


We wrześniu czuje się już przedsmak nadchodzącej jesieni. To również miesiąc, w którym w wielu szkołach organizowane są wycieczki i tak zwane „zielone szkoły”. W tym roku moja wnuczka Hania uczestniczyła w pięciodniowej wycieczce , zaplanowanej tym razem w nadmorskich miejscowościach. Plan był wyjątkowo ciekawy, a koszt wyprawy całkiem przyzwoity. Dzieci miały zatrzymać się w nowo powstałym pensjonacie w Rewalu. Przewidziano zwiedzanie Biskupina, przejazd do Międzyzdrojów, Kołobrzegu i Trzebiatowa. Ciekawą atrakcją miał być również dwugodzinny rejs statkiem. Przygotowań do wycieczki nie było końca. Kiedy właściwie wszystko było już dopięte na ostatni guzik, Hania poprosiła mnie, żebym kupił jej na wycieczkę grę, którą niedawno widziała w sklepie, tłumacząc nieprzewidziany zakup, tym, że inne dzieci zabierają ze sobą w podróż tablety, mini konsole do gier i inne elektroniczne akcesoria, które mogą być przydatne podczas długiej podróży. Wybraliśmy się więc do wskazanego przez Hanię sklepu. Gra , o której mówiła to gra planszowa z serii krakowskiej fabryki „Trefl” o nazwie  „Boom Boom Gdzie jest Dory?”, doskonała zabawa dla fanów disneyowskich filmów animowanych dla dzieci. Oczywiście kupiłem grę, a Hanka piszczała z radości. Zapakowała ją do podręcznego bagażu, mając nadzieję, że uda jej się w autokarze w nią pograć     z koleżankami z klasy. Wyruszyli następnego dnia z samego rana. Hania regularnie dzwoniła a to do mamy a to do mnie informując nas o kolejnych etapach podróży . Na miejsce dotarli bardzo późnym wieczorem. Jak się okazało warunki w autokarze nie pozwoliły jej zagrać w ”Boom Boom Gdzie jest Dory?”, ale za to po zakwaterowaniu w trzyosobowych pokoikach nic już nie stało na przeszkodzie, by rozegrać mała partyjkę gry ze swoimi współlokatorkami. Ostatni raz tego wieczoru Hanka zadzwoniła po godzinie 23, informując mnie, że gra jest super i kładzie się spać . Kolejne dni obfitowały w wiele ciekawych atrakcji, ale każdego wieczoru dziewczynki grały w  grę, którą zakupiliśmy przed samym wyjazdem. Hanka wycieczką była zachwycona. Wróciła opalona                 i szczęśliwa z mnóstwem wrażeń do opowiedzenia.

wtorek, 20 września 2016

Lunapark


Tego lata wybrałem się z córką i wnuczką na wycieczkę do łódzkiego ZOO . Ostatnio byłem tam z osiem lat temu,  z moim wnukiem Adamem. Niestety dorósł już do takiego wieku, w którym wypady  z dziadkiem nie bardzo go radują. Woli każdą wolną chwile spędzać ze swoimi rówieśnikami, natomiast moja wnuczka Ala skończyła nie tak dawno pięć lat i jest teraz, jak to mówią, moim oczkiem w głowie. Niezmiernie się ucieszyła na wieść o wycieczce. Wyjechaliśmy z samego rana, zaraz po śniadaniu. Droga nie była długa,                a ponieważ był to dzień wolny od pracy, nie spieszyło nam się aż tak bardzo. Gdy dotarliśmy na miejsce, oczom moim ukazała się kilometrowa kolejka do kas w ZOO. Takiego natłoku się nie spodziewaliśmy. Zaparkowaliśmy auto na pobliskim parkingu i przypatrywaliśmy się chwilę długiemu ogonkowi. Jak nic trzeba było odstać co najmniej godzinę. Przypomniałem jednak sobie, że niedaleko ogrodu zoologicznego jest Lunapark. Zająłem kolejkę                               i zaproponowałem Ali przejażdżkę po Zamku Strachu. Tym pomysłem wnuczka była o wiele bardziej zafascynowana. Nie zwlekając udaliśmy się w kierunku Parku Rozrywki. Tuż za bramą znajdowało się stanowisko , na którym dziesięć trafnych rzutów piłeczką do celu gwarantowało wygraną. Ala uparła się, żebym wygrał dla niej stojące na najwyższej półce puzzle „Dory wśród meduz”. Tłumaczyłem jej chwilę, że mam już swój wiek i że z pewnością nie trafię do celu. Niestety moje tłumaczenia na nic się zdały . Zakupiłem żetony, zakasałem rękawy, nabrałem powietrza i zacząłem rzucać. Miałem wrażenie, że piłka wcale się mnie nie słucha, to znaczy podąża w zupełnie innym kierunku, niż jej nadałem. Wiedziałem dobrze, że tego typu zabawy naszpikowane są podstępem i na wygraną nie ma co liczyć. Po pierwszej serii na dziesięć rzutów, trafiłem zaledwie połowę. Zdenerwowany udałem się zakupić kolejne żetony. Oczy mojej wnuczki mówiły same za siebie. Podjąłem kolejną próbę. Pierwszy rzut trafiony, drugi i trzeci też. Ku mojemu zaskoczeniu głośno zaryczał dzwonek wygranej, a puzzle „ Dory wśród meduz” trafiły do rąk ukochanej wnusi. To był początek wyjątkowej przygody. Wprawdzie do ZOO się nie dostaliśmy, ale Lunapark dostarczył nam tyle frajdy, że Ala stwierdziła, że to najlepsza wycieczka, na której kiedykolwiek była. Cel jednak został osiągnięty.

czwartek, 8 września 2016

Anomalie pogodowe


Kilka dni temu zaprosiliśmy znajomych na grilla na naszą działkę. Słoneczko od rana mocno grzało, zrobiliśmy zakupy w sklepie, żona przygotowywała sałatki       i doprawiała karkóweczkę a ja oczyszczałem basen . Wiktorek w najlepsze bawił się w piaskownicy, choć nie mógł doczekać się kąpieli. Znajomi, Tomek                   i Mariolka mieli przyjść ze swoim synkiem Adasiem. Był o rok młodszy od Wiktorka . W końcu wszystko było dopięte na ostatni guzik. Rozpaliłem grilla                i czekaliśmy na gości. Zjawili się kilka minut po szesnastej. Karczek skwierczał na grillu. Adaś z Wiktorkiem od razu wskoczyli do basenu. Nie był zbyt głęboki, więc spokojnie można było zostawić ich samych sobie, od czasu do czasu doglądając czy wszystko jest w porządku. My w tym czasie rozpoczęliśmy biesiadę. W pewnym momencie zerwał się potężny wiatr, a do północy nadciągała ogromna czarna chmura . Nie wróżyło to nic dobrego. Na całe szczęście w tamtym roku dobudowaliśmy do altanki dużą, zadaszoną wiatę, więc nawet ulewa nie zakłóciłaby nam naszego spotkania. Długo nie musieliśmy czekać. Z wiszącej nad nami czarnej chmury zaczęły spadać ogromne krople deszczu. Dzieciaki z piskiem uciekły z basenu i schowały się do altanki. Po kwadransie zaczęło się chłopcom nudzić . Wyciągnąłem więc z szafy ostatnio zakupione karty Wiktorka „ Fisher price – gra Piotruś”. Dzieciaki były uradowane, że mają zajęcie i nie muszą z nami siedzieć przy stole. Żona zaniosła im upieczone na grillu hamburgery i mogliśmy wrócić do przerwanej rozmowy. Pomimo niesprzyjającej aury było naprawdę sympatycznie. Chłopcy w altance w najlepsze grali w „ Fisher price – gra Piotruś”. Po niespełna godzinie znów wyjrzało słońce, chłopcy jednak tak bardzo wciągnęli się w grę ,że nie można ich było namówić do ponownej kąpieli. Adasiowi tak bardzo spodobała się gra karciana z jego ulubionymi bohaterami z kreskówek, że tata musiał mu obiecać, że następnego dnia pojedzie do sklepu i kupi mu „ Fisher price – gra Piotruś”.